Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kenia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 marca 2010

Mombasa - miasto z duszą.

Żeby z Lolitoktok dojechać do Mombasy, trzeba się troszkę wrócić w stronę Nairobi, do miasta o przedziwnej nazwie Email (Bus kosztuje 300Ks) , a potem już prosto do Mombasy (700Ks). Można tez skrócić trochę drogę o dobrych 100km, ale trzeba przebić się przez Tanzanię. Niestety nie mogliśmy uzyskać pewnych informacji czy da się to zrobić bez kupowania za 100$ wizy, dlatego zrezygnowaliśmy z tej trasy. Nie wiedzieliśmy czego spodziewać się po Mombasie, ale już od pierwszych chwil w tym mieście zdawaliśmy sobie sprawę że przyjazd tu to strzał w dziesiątkę. Miasto to istny magiel kulturowy, czułem się tam jak w domu. Przez setki lat przez półwysep przetaczały się, rożne nacje. Swoje piętno na mieście, oprócz rdzennych Afrykańczyków zostawili, Arabowie, Portugalczycy, Anglicy oraz tysiące innych kupców z Chin, Indii i Indonezji. Od razu widać to na mieście, mimo ze panuje tu islam, jest kolorowo, wesoło, a cale życie toczy się na ulicy.

Znaleźliśmy w miarę tani nocleg w Hotelu Plaza, 500Ks, i bez obawy, wieczorem poszliśmy w miasto. Na ulicach jest pełno straganów ze słodkimi ciastkami, czajem, przepysznymi samosami, smażoną lub wędzoną ryba, daktylami, Świerzymi sokami, owocami i wszystkim czego sobie można wymarzyć. Do tego, jako że to miasto portowe, ulice zawalone są kramami z najróżniejszymi towarami a Chin, od koszulek, przez ładowarki do telefonów, po motory. Postanowiliśmy zostać jeszcze jeden dzień. W miasto ruszyliśmy z rana, tu na wybrzeżu panują nieludzkie upały, jedyne schronienie dają podcienia starych pokolonialnych budynków. Do południa kręciliśmy się po starym mieście, mimo ze to dość biedna i trochę zaniedbana dzielnica ma swój niepowtarzalny urok. Wreszcie pojawił się orzeźwiający sok z trzciny cukrowej, niewidziany przez nas od czasów Egiptu. Po południu kupiliśmy bilet, na jutrzejszy autobus do Lamu - 700Ks. Jeszcze wrócimy do Mombasy, na pewno, na kilka dni bo warto i mamy stad lot, do Brukseli 22go. Tu upal, słonko, przepięknie, a w Europie pewnie dalej mrozy - bryyy......

czwartek, 4 marca 2010

Loitoktok - knajpa z widokiem na Kilimandżaro.

Zrywaliśmy się z Nairobi wcześnie rano, po ciężkiej, głośnej nocy. Najpierw, do drugiej nad ranem, trwało pompowanie wody do naszego hotelu przez bardzo stary beczkowóz, a potem od czwartej zaczęły się zjeżdżać do stolicy autobusy ze wszystkich zakątków Kenii. Swoja obecność komunikowały trąbieniem w odstępach 20sekundowym. Pamiętajcie, mimo ze nocleg na River Road jest najtańszy, to noclegiem tego nazwać nie można.
Naszym następnym celem była mieścina Lolitoktok, oczywiście nie dlatego ze ma tak śmieszną nazwę ale dlatego że stamtąd jest najlepszy widok na Kilimandżaro. Oczywiście jeżeli niebo nie jest zachmurzone. My mieliśmy pecha, noc wcześniej padało i chmury spowiły wierzchołek, który tylko rzadka przebijał się przez kumulusy i ukazywał ośnieżony szczyt. Podroż (450Ks)trwała 3godziny, z czego ostatnie pół po niemiłosiernych wybojach. Gdy dojechaliśmy na miejsce Lolitoktok ukazał się wielka dziura, z dwoma hotelami, małym targiem, i pięcioma knajpami, hmm... bardzo dziwne miejsce. Pochodziliśmy trochę po okolicy z nadzieja ze Kilimandżaro ukarze się w pełnej okazałości. Udało się, jeszcze przed wieczorem chmury rozwiały się zupełnie. Przed nami ukazała się wielka góra z ośnieżonym szczytem. Do podnóża było jakieś 20, 30 km, a sam szczyt nie wyglądał na wymagający, ach, chciało by się tam wejść, ale cena ponad 1000$ ostudza nasz zapal niczym ten śnieg na wierzchołku. Cóż było robić, udaliśmy się do jednej z 5 knajp na piwo lane, w stylu kenijskim, czyli cieple, bez gazu, w plastikowym, brudnym kubku ale za 40Ks czyli 1,60zl. Gdy sobie wspomnę kulturę picia alkoholi w Etiopii, to aż zal serce ściska. Ale miejscowym to nie przeszkadza, co gorsza najchętniej pitym trunkiem jest wódka z trzciny, pita wprost z 50ml plastikowego woreczka, w temperaturze barowej, czyli około +30 stopni. Oj dużo się jeszcze muszą nauczyć. W knajpie był oczywiście ochroniarz. Do tej roboty najchętniej najmują się Masajowie. Cieszą się dużym respekt wśród pijących, pod warunkiem ze są trzeźwi, inaczej sami dostają po nosie. Dla mnie ochroniarz w sukience, koralikach i kolorowymi bransoletkami na rekach wyglądał trochę zniewieściale, mimo ze miał potężnego kija, którym raz na jakiś czas wywijał. Masaj poczuł się w obowiązku pilnowania dwóch Muzungu, przez co nie odstępował nas na krok, co było dosyć krepujące gdy się chciało pójść do toalety :)
Gdy wszyscy miejscowi byli już w dobrych humorach zaczęły się tance. Wszyscy bawili się przednio, mimo ze na 10 chłopa przypadały 2 panienki. Bardzo mi się podobało to wioskowe szaleństwo, wybawiłem się za wszystkie czasy na tym wyjezie. Rano, po ostatnim rzucie oka na Kilimandżaro, pojechaliśmy do Mombasy.

wtorek, 2 marca 2010

Nairobi - dużo hałasu o nic.

Znowu zabawiliśmy tylko jeden dzień w Kabale nie za bardzo wnikając w skarby ugandyjskiej stolicy. Następnego dnia ruszaliśmy do Kenii. Ale że do Kenii również nam się nie spieszyło, postanowiliśmy się zatrzymać w Jinjy. Plan był taki, żeby nad brzegiem jeziora, w końcu sobie poleżeć w słoneczku. Niestety fatum pogodowe wisiało nad nami czarnymi chmurami. W Jinjy, z powodu deszczu, odwiedziliśmy tylko dworzec autobusowy. Chcąc, nie chcąc trzeba jechać do Kenii. Dojechaliśmy do Mabele, miasta na granicy, nie było problemów z wizą kenijską, nie trzeba było kupować nowej, po prostu na starą wróciliśmy z powrotem. Zaraz przy granicy stało pełno naganiaczy sprzedających bilety do autobusów do Nairobii. Miasto Eldoret leżało po drodze. Zdecydowaliśmy się jechać autobusem. Oczywiście witamy w Kenii, od razu na dzień dobry próbowano nas naciąć na kasę mówiąc że 500 Ks za przejazd to normalna cena. Wiedzieliśmy że to nie prawda, w końcu stanęło na 400Ks choć i tak uważamy, ze przycięli jeszcze stówę na nas. Kenia, muszę myśleć pozytywnie bo ostatnie trzy tygodnie będą dla nas masakrą. Ale jak tu myśleć pozytywnie jak magicy od autobusu nie wlali paliwa i silnik wziął i stanął. Oczywiście zapowietrzyli silnik i nie mogli go potem odpalić. Próbując to naprawić za pomocą młotka i klucza piętnastki, jedynych dostępnych narzędzi, poświęcając sobie zapałkom, rozwalili wszystko dokumentnie, tak ze musieli sprowadzać mechanika z pobliskiego miasta. Przez to cale zamieszanie mieliśmy 3 godzinny postój i w Eldoret byliśmy dopiero przed północą. Na szczęście to miasto nie zasypia nigdy. Bez problemu znaleźliśmy nocleg. Żeby nie wylądować w Nairobi w nocy postanowiliśmy pojechać do miasta Nawisha. Gdy weszliśmy na dworzec kilkunastu naganiaczy chciało nam sprzedać miejsca w swoim wanie, ale nie chcieli negocjować ce, dlatego my wybraliśmy najtańszą opcje- autobus 350Ks. Już siedząc w autobusie, naganiacze nie dawali za wygrana, oni się sami nakręcają, zwariowane wariaty. Dojechaliśmy do Navishy. Kierowca wysadził nas na obwodnicy miasta, do centrum nie było daleko, zrezygnowaliśmy z podwiezienia motorem i poszliśmy piechotą. Po drodze, zaczepiło nas 3 dość dziwnie i bidnie wyglądających gości. Byli ubrani w dziurawe koszulki, podarte spodnie i kalosze. Chcieli nam sprzedać marihuanę. Byli to najdziwniejsi dilerzy jakich kiedykolwiek widziałem. Jeżeli komuś diler kojarzy się z BMW czarnymi okularami i tego typu atrybutami zapraszam do Kenii, może się trochę zdziwić.
Miasto w którym wylądowaliśmy znajduje się nad pięknym jeziorem, ale jak ktoś pomyśli że dzięki temu można tu dostać tanie ryby to jest w błędzie. Ceny są takie, jak za pstrąga na Krupówkach. Szkoda, bo na rybkę miałem sumaka. Mieścina jest bardzo mała, jak większość afrykańskich miast które mijaliśmy i nie za bardzo ma się czym pochwalić.
Rano pojechaliśmy do Nairobii. Bilet kosztował 150Ks i droga minęła bardzo szybko. Stolica jest bardzo rozległa i minęło dobre pół godziny od rogatek gdy dostaliśmy się do centrum. Znaleźliśmy dość tani nocleg, jak na miejscowe warunki, w Zahra Hotel 500Ks. Hotel ten mieści się na głównej ulicy miasta River Rd. i jest prowadzony przez ortodoksyjnych Muzułmanów, którzy już na wstępie powiedzieli nam, że w związku z tym, panuje kompletny zakaz spożywania alkoholu, ja dumnie odpowiedziałem że my, jako hiper ortodoksyjni chrześcijanie nie bierzemy alkoholu do ust, co wywołało lekką konsternacje.
Coz mogę napisać o stolicy??? Jest gwarna ruchliwa, nowoczesna jak na afrykański warunki, ale nie ma duszy, nie ma tego ulicznego życia, które jest w innych miastach. Ale jest to miasto bez historii, w którym muzeum stawia się pisarce Karen Blixen, a wystarczyło być jej kochankiem aby zasłużyć na pomnik. Cale centrum, ok, jest ładne, czyste i zadbane ale to tyle, zero ochów i achów. Co najgorsze po zmroku lepiej nie wychodzić na ulice. Jest to obok Johannesburga, najniebezpieczniejsze miasto w Afryce. Wróciliśmy wiec o 18tej do pokoju nie mogąc się doczekać kiedy rano z tad wyjedziemy

poniedziałek, 8 lutego 2010

Uganda na dobry wieczór

Powoli miejscowymi busami przesuwamy się na zachód, a pierwszym naszym przystankiem jest miasto Eldoret (bus 250Ks). Według przewodnika, miało to być miejscowe eldorado serowe. Stęsknieni nabiału, ruszyliśmy do mleczarni. Nie było problemu ze znalezieniem fabryki, miasto jest na prawdę malutkie. Chcieliśmy się załapać na spacer po zakładzie i degustacje produktów. W sekretariacie przyjęły nas 2 mile panie, ale niestety trafiliśmy na dzień rozliczeń, wizytacje dyrekcji i nie było nikogo kto mógłby nas oprowadzić. Szkoda, ale nic straconego, wzięliśmy nr telefonu i wracając na pewno tu wskoczymy. Humor poprawiliśmy sobie na zakupach w sklepiku mleczarni. Robią tu miedzy innymi rewelacyjne lody i super jogurt, już się nie mogę doczekać powrotu do mlecznej krainy.
Mimo że panie w sekretariacie sugerowały żeby przyjść z rana, my postanowiliśmy ruszyć dalej. Kolejnym busem za 400Ks dojechaliśmy do granicznego miasta Malabe. Strona Kenijska nie wygląda zbyt oszołamiająco, natomiast strona Ugandyjska wręcz odwrotnie. Ładne nowoczesne budynki, dużo zieleni, świeżo przystrzyżone trawniki. Pierwsze wrażenie pozytywne, zobaczymy co będzie dalej. Za 50$ wbito nam wizę ugandyjska, wymieniliśmy trochę waluty u licencjonowanych cinkciarzy i już byliśmy na drugiej stronie. Musimy się znowu przestawić na inny kurs, za 1euro otrzymaliśmy 2600 szyling ugandyjskich, kurs okazał się całkiem niezły. Innym plusem dla Ugandy jest to, ze tutaj już 100% społeczeństwa mówi po angielsku. Oczywiście w Kenii w 90% tez nie było z tym problemu, ale tutaj angielski jest językiem urzędowym.
Pierwszym przystankiem była mała miejscowość Torroro, znana z tego, że jest tu druga co do wielkości cementownia w kraju. Właśnie to było powodem ze nie zatrzymywaliśmy się w mieście na dłużej. Przeskoczyliśmy do następnego busa i pojechaliśmy prosto do Jinjy, miasta u źródeł Nilu. Cala podróż kosztowała nas po 10000Ush. Dojechaliśmy o zmroku, ale tu mila niespodzianka, miasto nie kładło się spać. Większość sklepów była otwarta, z knajp dolatywała muzyka, a co najlepsze, na ulicach pojawili się sprzedawcy kulinarnych specjałów. Można było znaleźć pieczone udka kurczaka, rożne prze smaczne ryby i tak zwany rolex. Jest to zwykły rodzaj naleśnika zwany tu czapati razem z pieczonym plackiem zrobionym z rozbełtanych jajek, z dodatkiem kapusty i z plasterkami pomidora. Wszystko ładnie przygotowane na twoich oczach, cieplutkie, zrolowane razem i prze smaczne! Oj podoba się tu mi coraz bardziej. Z tanim noclegiem w Jinjy by problem, zrezygnowaliśmy z opcji namiotu, choć cena 5$ była kusząca, ale po doświadczeniach z Mt. Kenia wiedzieliśmy ze namiot nie przetrwa nawet 10 minutowej burzy, a chmury właśnie taka pogodę zwiastowały. Na szczęście zaraz za centrum miasta natknęliśmy się na mały hotelik za dość przyzwoitą cenę 15000Ush za pokój. Lekko podchmielony recepcjonista wręczył nam klucz, objaśnił co i jak. Po całym dniu w busach postanowiliśmy zakosztować miejscowego piwa, z lekkim niepokojem zapytałem o cenę, a to się okazało że to tylko 2000Ush czyli 3 złote za pół litra, cena bardzo dobra, ale to co najlepsze było w butelce, po prostu "niebo w gębie".
Od 08.02.2010 roku zostałem fanem piwa Nil Specjal.
Po Kenii, w której czułem się dość nieciekawie, trafiłem do rewelacyjnej jak na razie Ugandy, mam nadzieje ze nic w tym względzie się nie zmieni i będzie tak dalej!!!

niedziela, 7 lutego 2010

Wodospady Nyamururu

Postanowiliśmy nie lenić się po naszej wycieczce na najwyższy szczyt Kenii i mimo lekkich zakwasów rano ruszyliśmy dalej. Chcieliśmy dojechać na wodospady w okolicach miasta Nyamururu. Wzięliśmy mini busa, którego kierowca zapewnił nas ze jedzie właśnie w tym kierunku. Jak się okazało w mieście Nyeri kierowca dalej nie jechał i mimo ze skasował za cala podroż kazał nam się przesiąść do innego busa. Bartek ostro wszedł w potyczkę słowną, ale oprócz obniżki ceny o 100KS na następny transport, nic nie uzyskaliśmy więcej. W ten oto sposób zamiast 300Ks, zapłaciliśmy 500Ks. Najgorsze ze kierowca zamiast pod wodospadami wysadził nas 3 km wcześniej i musieliśmy łapać następnego busa. Na szczęście późniejszy widok zrekompensował wszystkie te niedogodności. Ale po kolei. Wodospady są umiejscowione w odległości 100 metrów od głównej drogi. Na szczyt wodospadu można wejść za darmo i "podziwiać" mały strumyczek. Aby oglądać wodospad w całej okazałości, należy przejść kawałek dalej i uiścić opłatę w wysokości 200Ks, cale szczęście istnieje tu korupcja, nie ma podsłuchów albo innych Ziobrowych pomysłów i można cenę zbić do polowy. Wodospad wygląda naprawdę oszałamiająco. Z małego strumyczka rodzi się masa wody . Z góry, z punktów widokowych można zejść do stóp wodospadu, gdzie woda spada z wysokości 82m. Tam wystarczy zaledwie chwila, by mgiełka wody zmoczyła człowieka do suchej nitki. Naprawdę super sprawa.
Wydostaliśmy się na gore, po ostrym, śliskim podejściu i po 15 minutach doszliśmy do miasta, robiło się późno wiec w dniu dzisiejszym dojechaliśmy tylko do kolejnego miasta na N czyli Nakururu. Jest to 4 co do wielkości miasto w Kenii, co od razu rzucało się w oczy. Mnóstwo ludzi, korki na ulicach, wielkie supermarkety pełno agresywnych żebraków i golnie nie za bezpiecznie. Nie kombinowaliśmy za dużo z noclegiem bo robiło się już późno i ogólnie nie za bezpiecznie. Znaleźliśmy hostel na przeciwko dworca za 550Ks, wygodny i z ciepłym prysznicem. Wystarczy wrażeń jak na jeden dzień.

czwartek, 4 lutego 2010

Mt. Kenia- Zima na rowniku

Miasto Nanyuki to dobra baza wypadowa na Mt. Kenia. Jest tam kilka banków, supermarkety i całkiem niezła baza hotelowa. My tradycyjnie wybraliśmy najtańszy hotel w mieście - Nakuhururu Horizon za 450Ks. Warunki w nim były przyzwoite, jedynym mankamentem był okresowy brak wody, albo odwrotnie, woda pojawiała się okresowo i to tylko w kranie a nie w prysznicu. Ale to nas nie przerażało, po prostu myliśmy się w wiadrze przyniesionym z dołu. Wielkim plusem tego miejsca była smaczna i bajecznie tania hotelowa restauracja.
W mieście spędziliśmy noc, by następnego dnia koło południa przemieścić się do Naro Moro- minibus 80Ks. Tam zaczyna się szlak. Pierwszy etap to 18km marszu po okolicznych wioskach aby dostać się do bramy parku. Ta trasa zajęła nam 3 i pół godziny z jedna małą przerwą na cieple, drogie i nie smaczne piwo. Żeby obniżyć koszty poszliśmy spać na polankę w młodniku tuż przed główną bramom. Rano poczuliśmy ze znajdujemy się już na 2400m było zimno, a to dopiero początek naszej podroży. O 7.30 zameldowaliśmy się przy głównej bramie. Niestety tu niemiła niespodzianka, ceny podskoczyły okropnie, zamiast 20$ za dzień pobytu w parku, plus 10 $ za nocleg, stało na dzień dzisiejszy 55$ za dniówkę, skandal!!! Pieprzeni złodzieje w imię eko turystyki napychają sobie kieszenie by potem rozbijać się nowiutkimi Toyotami Landcruser. Coż jako ze już tu przyszliśmy, a jak powiadał nasz niemiecki przyjaciel Simon "prawdziwy turysta nigdy się nie cofa", zapłaciliśmy 150$ za 3 dniowy pakiet. Ruszyliśmy w drogę. Pierwszy etap to dobrze ubita droga do Met Station na wysokości 3000m. Mimo ze pod górkę, mało mecząca i minęła nam bardzo szybko po 2 godzinach dotarliśmy do celu. Tam nabiliśmy się na grupę 20,30tu żołnierzy brytyjskich którzy prawdopodobnie przyjechali poćwiczyć chodzenie po górkach. Kenia militarnie jest bardzo związana z GB. Maja takie same karabiny, samochody, oraz cały tok szkolenia, dodatkowo na terenie państwa rozmieszczone są brytyjskie koszary, tak oto królowa "dba" o swoją byłą kolonie.
Nie było co się lenić, ruszyliśmy żwawo do następnego obozu. Teraz ubita droga się skończyła. Weszliśmy w wąską ścieżkę pnącą się do góry, po jakiejś godzinie zgubiłem z oczu Bartka, w dodatku się rozpadało schowałem się więc w krzakach za skala. Po pół godzinie wyszedłem na ścieżkę ale Bartka dalej nie było. Cofnąwszy się trochę na większą polankę, skąd miałem lepszy widok, poczekałem jeszcze z 15 min. i nic. Miałem nadzieje ze nic mu się nie stało i z ta nadzieja ruszyłem dalej. Dopiero po jakiejś godzinie zauważyłem świeżo odciśnięta podeszwę buta Bartka, znaczy jesteśmy w komplecie.
Ostatnią godzinkę idzie się po prostym mija mały strumyk i już w oddali widać schronisko Macinders (4150m) oraz czerwoną przeciw deszczówkę Bartka. Od ostatniego Campu szliśmy 4 i pół godziny, ale spokojnie można się zmieścić w 4. W schronisku można za 1200Ks zanocować, ale opiekun schroniska jest dość elastyczny i powiedział ze weźmie tysiaka za nasza dwójkę. Nie skorzystaliśmy z jego propozycji, wybraliśmy namiot. On za to później niemiłosiernie skasował nas za wrzątek 200Ks, zdzierstwo!!! Z polanki na której nocowaliśmy widać było nasz jutrzejszy cel podroży Point. Lenana. Mimo iż nie jest to najwyższy ze szczytów, w zachodzącym słońcu, sprawiał niezłe wrażenie. Niestety na wyższe szczyty można wejść tylko ze sprzętem wspinaczkowym. Następny dzień to pobudka o 3rano, chcieliśmy się znaleźć na szczycie o wschodzie słońca, szybkie pakowanie i 3:20 ruszamy. Teraz zaczyna się ostre podejście. Na początku idzie się brzegiem żlebu, po jakiś 2 godzinach dochodzi się do jęzora lodowca. W panującej tam zupełnej ciszy słychać jak lód pęka. Robi się bardzo zimno, mam na sobie co prawda krótkie spodnie, ale w nogi nie jest mi tak zimno jak w resztę ciała. Mimo ze mam na sobie koszule, flanele,polar i wiatrówkę a na głowie czapkę i rękawiczki na rękach nie potrafię się rozgrzać. Zimno, zimno, zimno, wchodzenie powyżej 4500m to nie dla mnie. Temperatura spadła chyba do -10 stopni. Nie po to uciekałem przed zimą do Afryki by teraz marznąć na kość . Brne jednak dalej. Dochodzę do schroniska Austrian Hut 4750m. Czekam pół godzinki na Bartka, gdy dociera jemy śniadanko, chleb z zamarzniętą margaryną i dżemem, zagryzamy glukoza i z nowa energią ruszamy na podbój szczytu, to ostatnie pól godzinki wspinaczki. 7:20 szczyt zdobyty Pt. Lenana 4950m, widok przepiękny ale słońce chowa się za chmurami szkoda. Zimno, zimno, zimno nie ma co marudzić schodzimy na cieplejsze wysokości. Do schroniska Shipton Camp mamy półtora godziny. Niestety schodzi się bardzo nieprzyjemnie po drobnych kamyczkach, które ciągle osuwają się z pod nóg. Nawet nie zliczę ile razy lądowałem na dupsku, ale najważniejsze ze jesteśmy na dole. W campie godzinka przerwy. Czas na porządne śniadanie, tym razem chleb, margaryna, cebula i pomidor hmmm... pyszności. Posileni ruszamy do schroniska Old Moses. Trasa prowadzi cały czas w dół, oprócz ostatniej godziny marszu gdzie trzeba przekroczyć trzy rzeczki, przez co trzeba poruszać się to w gore to w dół. O godzinie 15.20 dochodzimy do campu. Stąd to już tylko 9 kilometrów do bramy. Gdybyśmy wiedzieli ze uda nam się to tak szybko wzięlibyśmy tylko 2 dni w parku, zawsze to kilka dolców w kieszeni. Cóz musimy się nigdzie spieszyć, zostajemy na noc. Udało nam się dostać darmowy wrzątek wiec dziś kolacja z chińskiej zupki istne niebo w gębie.
Nad ranem mieliśmy "mokre sny" i to nie z powodu naszych niezaspokojonych od wielu tygodni żądzy, ale z powodu chińskiego namiotu który nie wytrzymał porannego oberwania chmury. O godzinie dziewiątej wreszcie przestało padać. Mogliśmy ruszyć do bramki doszliśmy w półtorej godziny. Tam sprawdzono nam bilet, żeby nie było. Mimo wszystko uważam ze można obejść wejścia do parku i w ogóle nie płacić, a od tej strony najlepiej uczynić to miedzy słupkiem elektrycznym nr 90 powracając na szlak przy słupku 100 :) W trakcie całej wędrówki nikt nas nie pytał o bilet wstępu .
Pozostało jeszcze 9 kilometrów do skrzyżowania z główną drogą , tam złapaliśmy busa do Nanyuki. Zakwaterowlismy się w starym hotelu i przyszedł czas na pranie, suszenie, dobre jedzenie i ogólnie pojęty relaks.

sobota, 30 stycznia 2010

Kenia, trzeba bylo zostac w Etiopii

Z Dilo do granicy prowadzi ostatnia w tych rejonach droga asfaltowa, w całej północnej Kenii istnieją tylko drogi szutrowe. Mimo tych udogodnień jechaliśmy bardzo długo, by w końcu o 15tej być w Moyale. Nie mieliśmy już Etiopskiej kasy, więc postanowiliśmy spędzić noc po stronie Kenijskiej. Nasza decyzja, jak się potem okazało była brzemienna w skutkach. Ale o tym później. Na początku miła niespodzianka, wiza trzy miesięczna kosztowała tylko 25$, a cala procedura nie trwała dłużej niż 10minut. Moyale niestety to mała wieś z zaledwie kilkoma hotelami, targiem i budami w których można było dostać, ryż, mydło i powidło. Niestety ta cześć jest opanowana przez Muzułmanów, wiec można było zapomnieć o wyskokowych trunkach. W Banku Equit wymieniliśmy euro, bez prowizji, którą straszą w przewodniku. Kurs to 104szylingi za jedno euro, a na granicy oferowali tylko 95 szylingów. Znaleźliśmy nocleg w Sherif Hotel za 400Ks za 2 osoby. Zjedliśmy w pobliskim barze ryz z fasolą, wreszcie jakaś odmiana po dobrej, acz monotonnej indżerze. Jako ze nie było nic do roboty, jedyne co nam zostało to obejrzenie filmu na laptopie i pójście spać. Ciężarówki jadące na południe, odjeżdżają z głównego placu około 10tej. Wstaliśmy wcześniej, poszliśmy coś zjeść, ostatni raz rzucić okiem na wieś. A kiedy po 20minutach wróciliśmy, zastaliśmy nasz pokój otwarty i ktoś okradł mi laptopa i aparat. Pięknie przywitała nas Kenia. Po cholerę się tu pchałem, trzeba było zostać w pięknej, taniej i 100 razy lepszej Etiopii. OMIJAJCIE HOTEL SHERIF WIELKIM łUKIEM!!!Zgłosiłem sprawę na policji, poinformowałem szefa hotelu, razem szukaliśmy na mieście, ale jak się można domyślić, wszystko o kant dupy rozczaść. Przez to cale zamieszanie, musieliśmy zostać jeszcze jeden dzień w tej norze.
Wieczorem dokwaterowano nam bardzo sympatyczna mieszkankę Jerozolimy. Przyjechała do Mojale przedłużyć sobie wizę kenijską o kolejny tydzień, jak się okazało nie było z tym problemu i co ciekawe było to za darmo. Rano pojawiliśmy się na głównym placyku. Do naszego turystycznego grona dołączył Red, chłopak z Singapuru, oraz trzech Australijczyków. Ciężarówki, które zastępują tu autobusy, mogą wieźć bydło lub wory zboża lub fasoli. Nasza wiozła plony rolne, wiec poruszała się bardzo wolno . Na dodatek wyruszyliśmy dopiero o 13tej. Jedyną pozytywną sprawą, było to ze na worach można było się dość wygodnie położyć i cena 400Ks nie była zbyt wygórowana . Gdy podróżuje się z krowami, trzeba siedzieć na o rurowaniu paki samochodu, a muszę tu dodać ze burty samochodu są specjalnie podwyższane i pod sobą ma się 2 metry do krów lub 5 metrów do ziemi. W obu przypadkach upadek jest bolesny.
Pierwszym przystankiem na naszej trasie był Marsabit. Trafiliśmy tam dopiero koło pierwszej w nocy. Wysadzili nas kolo hotelu i mimo późnej pory załapaliśmy się na pokój za 300Ks.
Następnego ranka zaczęliśmy szukać transportu nad jezioro Turkana. Niestety nikt tam nie jechał, jak nam powiedziano, może ktoś pojedzie jutro, może pojutrze, a może za tydzień, nie było sensu marnować czasu w tej dziurze, postanowiliśmy wiec ruszyć dalej na południe. Za kolejne 400Ks dojechaliśmy do miasta Isolo, znowu naszym międzynarodowym składem. Tu zaczyna się asfalt, czyli cywilizacja. Rankiem po nocy w miejscowym hotelu, pożegnaliśmy się z Australijczykami i Redem. Oni ruszyli do Nairobi, my minibusem (200Ks) do Nanyuki. Stamtąd prosto na zdobywanie Mt. Kenia.