Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 września 2011

Ruszamy

Sezon jesienno-zimowy się zaczyna czas więc wyruszyć w podróż. W tym roku mam niestety mniej czasu tyko 2 i pół miesiąca, długo się zastanawiałem gdzie jechać. Wybór padł na Nepal, po ostatniej wizycie czułem niedosyt Himalajów. Tym razem wybieram się z moją dziewczyną Isą. Ciekawe jak to będzie, na pewno wesoło:)

Udało nam się kupić bilety do Delhi, w dwie strony za 550€. Została jeszcze kwestia wiz. Isa swoją wyrobiła w Berlinie, trwało to około tygodnia, ja wyrabiałem ją w Warszawie.

Termin wylotu zbliżał się nieuchronnie, a o wizie ani słychu ani widu. Dwa tygodnie od złożenia wniosku i cisza, proszę czekać i być cierpliwy, usłyszałem w słuchawce. Tak proszę Pani, ale ja po jutrze wylatuje!!!

Nie było wyjścia, spakowałem się szybko i ruszyłem do ambasady popchać moje sprawy.

Takich turystów jak ja było dużo, wszyscy czekaliśmy cierpliwie do 20tej aż konsul wklei papierek umożliwiający mój pobyt w Indiach. Wizę dostałem półroczną z możliwością nieskończonej ilości wjazdów i wyjazdów z kraju.

Z Warszawy pociągiem dojechałem do Berlina, tam spotkałem się z Izą, spędziłem noc na małym lotnisku Shonenfeld, a rano via Moskwa polecieliśmy do Delhi.

Stolica powitała nas monsunowym deszczem i mimo że to była piąta rano temperatura sięgała 30stopni. Metro rusza dopiero o 6 rano, chcąc nie chcąc zmuszeni byliśmy korzystać z komunikacji autobusowej. Już od samego początku zgrzyt, wiadomo Indie. Kontroler nie miał wydać 50RP, a gdy domagałem się reszty ten po prostu sprzedał nam dodatkowe 2 bilety. Taaa.... na szczęście będę tu krótko, tak krótko jak się tylko da.

Po obejściu kilku hoteli znaleźliśmy taki, gdzie prześcieradło miało tylko około miesiąca, a spod plam i szarości w kilku miejscach prześwitywał biały kolor.

Zmiana czasu i trudy podróży dawały nam się we znaki. Cały dzień spędziliśmy na spaniu i szlajaniu się po mieście, i odsyłaniu z kwitkiem namolnych sprzedawców i rykszarzy. Kupiliśmy bilet na następny dzień na 19.50 do Gorakhpur(162 Rp jeden).

Podróż trwała całą noc, ja, w przeciwieństwie do Isy spałem jak dziecko, wyłączyłem się zupełnie, ona niestety poddała się pociągowemu życiu i co chwila musiała się opędzać od różnej maści żebraków, ściemniaczy i sprzedawców chińskiego badziewia.

Pociąg przyjechał prawie o czasie. Czas na dalszą podróż. Naprzeciwko dworca stoją autobusy pod Nepalską granice. Po dwóch godzinach i ubożsi o 60Rp. Byliśmy na miejscu. Oczywiście rzucili na nas się rykszarze, ciągnąc nasze plecaki wykrzykując long way, cheep price!!! ale ja wiedziałem że do granicy jest raptem 300m.

Wizę wzięliśmy miesięczną koszt 40$ płatne w dolcach plus jedno zdjęcie. W Katmandu i Pokarze istnieje możliwość przedłużenia jej o kolejny miesiąc.

Ostatnią częścią podróży był 200km odcinek do Pokary. Bilet na nocny autobus kosztował 350RP (1€=100Rp) a cała podróż trwała raptem 12 godzin. Wymęczeni ale szczęśliwi po 32 godzinach tułaczki znaleźliśmy się na miejscu.



środa, 26 stycznia 2011

Kalkuta po raz drugi.


23 godziny w pociągu, tak, początkowo mnie to przerażało, ale z drugiej strony, miałem miejsce leżące, na samej górze. Zawsze mogłem tę podróż przespać nadrabiając braki snu. W moim „przedziale” jechało pięciu mieszkańców Bangladeszu oraz jeden wojskowy służący w Kaszmirze. Współpodróżni okazali się miłymi kompanami do rozmowy, szczególnie porucznik Muzar, który właśnie jechał do rodziny w Kalkucie. Opowiadał dużo o jego misjach, a był w Kongo, Afganistanie, Iraku i w innych miejscach ogarniętych wojną. Muzar, jako „prawdziwy” muzułmanin miał ze sobą litrową flaszeczkę Ginu z której popijaliśmy w trakcie jego opowieści. Podobał mi się jego stosunek do Indii, a raczej Hindusów. Jego zdaniem 80% jego ziomków to ściemniacze i oszuści, nie mogłem się z nim nie zgodzić. I tak rozmowa się toczyła, ja mówiłem o podróżach on o służbie, a panowie z Bangladeszu opowiadali o swoim kraju, czas płynął, butelka Ginu krążyła i nawet nie spostrzegłem jak minął cały dzień podróży. Po zmroku zaległem na mojej pryczy, a gdy przyszedł ranek byliśmy na miejscu. Pożegnałem się z wszystkimi i przez budzące się miasto ruszyłem do mojego starego hotelu. Tym razem nie dostałem osobnego pokoju ale łóżko w dormitorium za 80Rp. Nawet mi to pasowało bo zawsze jest możliwość spotkania nowych ludzi. Pokój był w 90% zajęty przez mieszkańców kraju kwitnącej wiśni. W latach 40tych armia japońska zdobyła większą część Azji, ale zatrzymana została gdzieś w Birmie i nie dotarła do Indii. Teraz udało się to młodym Japończykom, z tym ,że jest to najazd w 100% pokojowy. Młodzi turyści z tego kraju są bardzo mili, ale strasznie skrępowani i zamknięci w sobie, jednakże wystarczy dobry joint, odrobina alkoholu i wszystkie bariery pękają. Polubiłem ich bardzo.

W Kalkucie miałem spędzić 4 dni czekając na lot do Bangkoku. Czas mijał szybko, na zwiedzaniu, jedzeniu i pogaduszkach. Po prawie dwóch miesiącach w Indiach, przywykłem do brudu i smrodu, nie przeszkadza mi on tak bardzo jak na początku podróży. Nie przeszkadzają mi też żebrzący, może dlatego że nauczyłem się z nimi postępować. Wystarczy zdecydowane fuck off, lub przywalenie z liścia i już nikt ode mnie nie chce żadnych pieniędzy. Stałem się chyba postrachem hotelowej dzielnicy, bo po dwóch dniach nawet nikt do mnie nie podchodził z prośbą o jałmużnę.

Wreszcie zrobiło się ciepło, mogłem założyć krótkie spodnie i sandały. Ale wiem że prawdziwe upały czekają mnie dopiero w Tajlandii i Malezji. Cóż, zima nawet tutaj pokazuje swoje chłodne oblicze.

Kalkuta zdecydowanie mi odpowiadała. Oczywiście na ulicach było sporo bezdomnych mieszkających w namiotach zbudowanych z jakiś starych płacht reklamowych, lub leżących pokotem na chodnikach, ale będąc w Paryżu, taki obrazki też widywałem. Jedynie w nocy trzeba uważać żeby komuś na głowę nie nadepnąć.

Miasto wciągało mnie powoli i czułem się z tym dobrze. Przeszedłem je piechotą wzdłuż i wszerz. Trochę żal że większość budynków kolonialnych jest w tak kiepskim stanie, bo te odnowione sprawiają naprawdę duże wrażenie.

Jednego dnia wybrałem się do świątyni Kali, poczuć magię miejsca. Zostałem zaraz wyłapany przez jakiegoś pseudo przewodnika, dostałem pęk kwiatów które złożyłem w świątyni, oraz kadzidełka które zapaliłem na pomyślność. A że gotówka przeznaczona na Indie powolutku się kończyła przekazałem krwiożerczej bogini tylko 20 Rp, co spowodowało prawie oburzenie przewodnika który bąknął coś o 1000Rp!!! Powiedziałem że jestem z Polski, a niech myśli sobie o tym kraju co chce, zresztą Polska to chory kraj, chory na gorączkę Smoleńską, a ja przez to nie czuję się Polakiem i wcale się tego nie wstydzę.

Z wszystkich miejsc w Indiach Kalkuta jest najtańsza, łatwo to stwierdzić po cenach filiżanki czaju, wszędzie 5,6 Rp tutaj 3 Rp. A czaj jest dostępny na każdym rogu ulicy, potrafi rozgrzać człowieka, oszukać żołądek i jest dobrym kompanem w zwiedzaniu.

Mogę się już pokusić o subiektywną ocenę kraju. Jeżeli ktoś zaczął swoje podróżowanie od Indii, z pewnością będzie mu się tu podobać. Ale dla mnie to naprawdę nic specjalnego i niczym mnie nie chwyciły za serce. Nawet teraz, z perspektywy czasu uważam że Taj Mahal choć niewątpliwie piękny, jest tylko zwykłym klocem z marmuru ze śmieszną kopułka umieszczonym w środku parku i nie umywa się do na przykład Durbar Squer w Katmandu czy Patanie.

Ale wrócę do Indii na pewno, to wielki różnorodny kraj, a ja, mimo że przemierzyłem kilka tysięcy km, widziałem zaledwie ułamek tego co może zaoferować turyście i żeby poznać go dokładnie, na pewno nie wystarczą 2 miesiące.

sobota, 22 stycznia 2011

Deli



Pociąg z Agry doturlał się wreszcie do Deli, niestety nie do głównego dworca New Deli, gdzie jest główne zagłębie hotelowe, tylko na południowy dworzec Nizamuddin. Minęło trochę czasu zanim zorientowałem mapę i zorientowałem się sam, gdzie się znajduje. W tym czasie odprawiłem z setkę kierowców ryksz którzy za 50, 70Rp byli gotowi zabrać mnie do centrum. Komunikacja miejska w Deli jest dobrze rozwinięta więc popytałem na dworcu o autobus i za 15Rp dojechałem pod dworzec kolejowy w New Deli. Przede mną kolejne wyzwanie znalezienia noclegu.

Wszyscy naganiacze hotelowi śmiali się ze mnie gdy mówiłem że szukam noclegu do 200Rp, mówiąc, że to stolica i ceny hoteli zaczynają się od 350Rp. Wiedziałem że to nieprawda i ruszyłem na poszukiwania. W końcu w jednej z małych bocznych uliczek znalazłem zakwaterowanie w obskurnej norze hotelu Shiva, gdzie po długich negocjacjach dostałem pokój za 180Rp plus Vat co dało 200Rp. I co można? Miałem własny pokój, telewizor i o dziwo nie miałem dodatkowych mieszkańców w postaci pcheł i wszy. Jeszcze nie znalazłem noclegu w Indiach w którym chociaż prześcieradło było czyste i oczywiście tak było i tym razem. No cóż taki urok tego kraju.

W Deli miałem do załatwienia przede wszytkim wizę do Tajlandii. Wybrałem się więc pierwszego dnia do Ambasady, gdzie okazało się że obsługą wizową zajmuje się prywatna firma na Tołstoj street, w budynku o tej samej nazwie co ulica. Szkoda że tych informacji nie było w przewodniku, bo oszczędził bym sobie długiego spaceru, ale z drugiej strony, przechodząc koło budynków rządowych oraz Indyjskiego Łuku Triumfalnego czyli India Gate załapałem się na próby do defilady z okazji dnia niepodległości, który przypada na 26 stycznia. Były czołgi, armaty, wyrzutnie, helikoptery,konnica i tego typu sprawy które lubią duzi chłopcy:)

Straciłem jeden dzień, ale to nic, poczułem się nad wyraz dobrze w stolicy. Część rządowa miasta jest zielona, pełna parków, a ulice szerokie, niezakorkowane, gdzie kierowcy nie używają aż tak często klaksonów, które w wąskich uliczkach razem z gwarem ludzi i hałasem aut,rykszy i autobusów, tworzą nieznośną kakofonię dźwięków.

Wybrałem się następnego dnia po wizę, obsługa była miła kompetentna i szybka. Okazało się że wiz jest darmowa, jedynie trzeba było uiścić 294Rp za tą miłą obsługę , ale to i tak lepiej niż 30$, które za wizę płaciłem 3 lata temu. Po odbiór miałem się zgłosić po 2 dniach.

Wiedząc co i jak i kiedy postanowiłem zawczasu kupić bilet do Kalkuty. Lecz bez paszportu okazało się to rzeczą niełatwą i dopiero po interwencji kierowniczki kasy dla obcokrajowców dostałem upragniony papierek. Wyjazd w niedzielę o 7.10 rano, a na miejscu w poniedziałek 6.00. Tak, 23 godziny w pociągu, chyba jedna z moich najdłuższych podróży pociągiem w życiu.

Kolejne dni mijały mi na dalszej eksploracji miasta, błąkałem się więc po uliczkach starego Deli, raz na jakiś czas odwiedzając meczet to hinduską świątynie czy przysiadając na czaju. Wieczorami odganiałem się od dilerów, sprzedawców, żebraków i innej maści naciągaczy.

Powoli niestety zaczyna brakować mi gotówki, więc darowałem sobie muzea, oraz Red Fort, którego jedynie obfotografowałem ze wszystkich stron. Wkurza mnie trochę że są tu dwie ceny dla Hindusów i dla nas, turystów. I tak wejście do Fortu kosztuje 20Rp, ale dla nas białasów już 250Rp, no i tak ze wszystkim. Fakt że to tylko 5€ ale gdy mój dzienny budżet wynosi 6-8€ ta kwota staje się gigantyczna.

Mimo wszystko spędziłem kilka miłych dni w stolicy, w której jest jakby czyściej i schludniej. Może to zasługa dużej ilości darmowych miejskich toalet, a może to to że ryksze i autobusy napędzane są gazem ziemnym i nie smrodzą aż tak, a może to przez święte krowy których naliczyłem tylko kilka, przez co znika problem gór łajna na ulicach, a może to po prostu ludzie, którzy mają tu inną kulturę życia W końcu jak mówią słowa piosenki – wiadoma rzecz stolica.

niedziela, 16 stycznia 2011

Agra, perła na kupie łajna.

Cały czas, będąc w Indiach, czuje się trochę jak by w tym kraju była wojna domowa. Oprócz policji na ulicach jest dużo wojska, wszędzie kontrole, zablokowane ulice, wykrywacze metalu. Parę tygodni przed moim przybyciem ktoś się wysadził w Varanasi, biorąc ze sobą do nieba kilku nieszczęśników. Dodatkowo 26 stycznia jest dzień republiki i pewnie dlatego wszystkie te militarne szopki.

Pożegnałem się z Alexem który jechał do Bombaju, ja ruszyłem nocnym pociągiem do Agry-260Rp. W pociągu spotkałem dwójkę Polaków, których odczucia, co do tego kraju, po ich kilku tygodniach podróżowania, nie różniły się wiele od moich.

Hotel znalazłem zaraz przy południowej bramie Taj Mahal (India Inn - 150RP), po obejściu kilku rekomendowanych przez przewodnik. Sprawdza się teoria, że jeśli hotel pojawi się w Lonely Planet, ceny wzrastają nieraz dwukrotnie.

Plan był taki, żeby zobaczyć Taj Mahal przy wschodzie słońca, ale jak zasięgnąłem języka, i widziałem na własne oczy, poranne słońce nie może się przebić przez zachmurzone niebo. Poczekałem do południa kiedy się rozjaśniło i ruszyłem na zwiedzanie. Wejście od południowej bramy było najmniej oblegane, zakupiłem więc bilet za astronomiczną cenę 750Rp, która była wyższa niż mój budżet na cały dzień, dostałem „szpitalne” czerwone nakładki na buty i w drogę.

Taj robi naprawdę wrażenie, olbrzymia budowla z białego marmuru, nad brzegiem rzeki, wokoło pięknie utrzymany park, a mury i dwa meczety ceglanego koloru dopełniają wizerunek jednego z cudów świata.

To budowla z XVIIw nie jest zamkiem, ani fortem to budowla hołd, wzniesiona dla drugiej żony króla Sahah Jahana, Mumatz Mahal, która zmarła wydając mu na świat 14tego dzieciaka. Nie wiem, czy to ona akurat urodziła mu wszystkich potomków, ale tak czy inaczej chłop spust miał niezły. W owym czasie Sahah Jahan był największym pracodawcą w rejonie, przy budowie pracowało 20 000 pracowników, a ich dzieło jest naprawdę imponujące. Jeżeli jednak ktoś szuka obrazów, rzeźb, jakiś zapomnianych korytarzy czy czegoś magicznego, znalazł się w złym miejscu. Ta budowla jest kamienna, surowa i jedynie piękne rzeźbienia w marmurowych ścianach krypty powodują że Taj nie jest zwykłym kamiennym klockiem.Po godzinie zwiedzania, i próbowania zrobienia zdjęć bez głowy jakiegoś turysty, opuściłem ten majestatyczny dowód miłości do utraconej żony, poszedłem zwiedzać miasto. Ale jak szybko zacząłem tak szybko skończyłem. Agra jest tłoczna, zakorkowana, głośna i chaotyczna . Podobno godny jest zobaczenia, ukryty za wysokimi murami, Fort – 250Rp, ja zostawiłem sobie zwiedzanie takiej militarnej budowli na Deli.

Nie było żadnego sensu zostawania dłużej w mieście. Rano udałem się na dworzec, zakupiłem bilet do stolicy(62Rp), wpiłem się do przeładowanego pociągu, cudem znalazłem wolne miejsce na półce z bagażami i po 3 i pół godzinie dotarłem do celu. Podróż pociągiem na półce z bagażami nie należała do łatwych, ale sprawiała mi jakieś dziwną masochistyczną przyjemność. Bo ja ogólnie bardzo lubię pociągi nawet te indyjskie:)))

piątek, 14 stycznia 2011

Krematorium Varanasi

Znowu w Indiach, znowu nóż w kieszeni sam się otwiera, agresja wzbiera, ciekawy jestem ile czasu minie jak znowu dam komuś po mordzie? Nie wiem co ludzie widzą w tym kraju, a może to ja trafiam tylko w toksyczne miejsca? Dobrze że to tylko 18 dni, a może dalej będzie lepiej – żywię taką nadzieje.

Jeszcze będąc w Gorakhapur, czekając na pociąg poszliśmy siąść sobie spokojnie poza teren dworca pogadać o Nepalskich klimatach. Znaleźliśmy spokojne miejsce w którym aż tak nie śmierdziało szczochem i chcieliśmy doczekać do naszego pociągu. Niestety spokój nie trwał długo, po chwili podjechał jakiś burak na rowerze z bambusowym kijkiem i powiedział że jest z policji i zostaniemy ukarani, ja za sikanie pod murem, a Alex za palenie papierosa, kara 500Rp dla każdego. Taaaak pięknie nas witasz Indio. Oczywiście został wyśmiany i zbluzgany po polsku, angielsku, rosyjsku i ukraińsku. W miejscu gdzie ludzie srają na głównej ulicy, do nas takie hasła, nie, nie, nie. Zwinęliśmy się na dworzec zostawiając tego idiotę wykrzykujące jakieś pierdoły w naszym kierunku. 18 dni, tylko 18 dni, dam radę.

W Varanasi wylądowaliśmy o 10 rano z planowym 3 godzinnym spóźnieniem. Alex jest paralotniarzem i targa swój sprzęt na plecach, całe 25kg, nie było sensu iść na piechotę, wzięliśmy więc auto riksze. Cenę zbiliśmy do 20Rp, kierowca nie narzekał za bardzo, on wie, że od właściciela hotelu, w którym się zatrzymany, dostanie duży bakszysz. Po objechaniu kilku miejsc znaleźliśmy wreszcie miły pokoik, zbudowany na dachu z piękny widokiem na brudny Ganges hotelu Baba Lolrak Guest House za 250Rp. Okazał się on naszym domem na następne 4dni.Całe życie m
iasta toczy się nad Gangesem, przynajmniej turystów, bezdomnych i tych z klas niższych. Cały brzeg pokryty jest ghatami, są to schody prowadzące do rzeki na których szczycie przeważnie jest świątynia. Na tych schodach, ludzie żyją, mieszkają, gotują, jedzą, załatwiają własne potrzeby, grają w własną wersje krykieta gdzie zamiast piłki uderzają w kawałek drewnianej belki,Puszczają latawce, co w tym mieście jest chyba narodowym sportem, żebrzą, suszą pranie „wyprane” w Gangesie lub własne osoby po wcześniejszej religijnej ablucji.

Brzeg rzeki jest chyba najciekawszą częścią miasta, reszta jest typowo Indyjska, tłoczna, chaotyczna i głośna. To właśnie nad brzegiem żebrzący czekają na jałmużnę, a jeżeli ktoś myśli że na prawdę nie mają za co żyć i co jeść, powinien zobaczyć ile kilogramów ryżu wala się dookoła, w Afryce było to nie do pomyślenia, tam na prawdę każde ziarnko jest na wagę złota.

Nad brzegiem, zaraz koło hotelu mieliśmy gazowe krematorium. Które jest znacznie tańsze od palenia zwłok na drzewnych stosach. Cały proces kremacji przebiega taśmowo. Najpierw rodzina kupuje w nad rzecznej „hurtowni” drewno. Sprzedawcy wiedzą ile potrzeba bali żeby spalić zasuszonego staruszka, a ile potrzeba na tłustego radże. Nad rzeką buduje się stos ofiarny, a na nim, na bambusowym stelażu układa się owinięte w kolorowe płótna zwłoki. Czasami rodzina śpiewa, czasami tańczy żegnając bliskiego,a mistrz ceremonii podkłada ogień. Stałem tak oglądając ten rytuał i zwłoki jednego staruszka, które powoli ogarniał ogień. Najpierw spłonęły materiały okrywające jego ciało, zobaczyłem martwą twarz, która po 10minutach zginęła gdzieś miedzy płomieniami. Gdy stos się dopalał, rozbijano go jeszcze balem, pewnie żeby rozkruszyć pozostałą czaszkę lub miednice. I tyle, żadnej magi, żadnych duchowych uniesień, żyjesz i umierasz, a na miejsce w którym spłonąłeś kładą następny stos a na nim następne martwe ciało. Tak, jest to jedyny pewny biznes, ludzie zawsze będą umierać.

Varanasi to bardzo specyficzne miejsce, ludzie używają narkotyków do celów religijnych, wszak sam Sziwa palił dużo ziela zanim stał się bogiem, czy innym miejscowym Jezusem. Przepraszam za moją ignorancje w tych sprawach, ale im więcej podróżuje i im więcej religii poznaję tym stają się dla mnie większą obłudą i kłamstwem, a ci wierzący w miłość i pokój chętnie wytłukli by się nawzajem w imię Jezusa, Allacha czy innego Sziwy. Wracając do narkotyków, przeróżne specyfiki można tu kupić w sklepach z rządową koncesją, są więc ciastka z haszem 50RP, czekoladki opiumowe 60Rp i inne pyszności do wyboru do koloru. Do tego na każdym kroku spotyka się dilerów. Idzie człowiek ulicą a tu nagle ktoś podchodzi i mówi – wstąp do mojej restauracji, wspaniały kurczak tandori, dosa, thali i najlepszy haszysz w mieście, może wynajmiesz łódkę 100Rp za godzinę, nie chcesz to może marihuana wprost z gór,lub – nie, nie tędy droga idź tą ulicą, tam gdzie jest mój sklep, mam wspaniałe jedwabne szale, pledy i najlepsze opium w mieście. Gdy człowiek jest dobry w negocjacjach, gram haszyszu czy ziela można kupić za poniżej 1€. Tą ważną i przydatną sztukę handlową przekazał mi Alex, po czym „poświęciliśmy” nasz zakup w świątyni, paląc z czilunga razem ze „świętym” braminem.

Spędziłem 3 dni w Varanasi i mimo że używki łagodziły moje negatywne odczucia co do Indii, dalej zajmują one przedostatnie miejsce w osobistej liście fajnych krajów w których byłem, gorszy był tylko Egipt, oczywiście pomijając Kair :)


poniedziałek, 13 grudnia 2010

Kierunek Nepal.

Przyszedł czas pożegnać się z górami, przynajmniej na chwilę, opuszczam więc Derjeeling, miasto, które dało mi silę i energie do dalszego podróżowania, a przede wszystkim pozwoliło zatrzeć niemiłe wspomnienia z pobytu w Indiach. Pożegnałem się z obsługą Hotelu New Galaxy, jeszcze ostatni czaj i ruszam. Nie udało mi się nawet dojść do przystanku, a już jeden z kierowców jeepa zwinął mnie z ulicy i już jechałem do Siliguri. No może nie tak od razu, kierowca zrobił jeszcze ze trzy rundki po mieście zbierając innych pasażerów.

Znowu w Siliguri, chciałem się przekonać co jest w tym mieście, no i cóż, nie za wiele. To faktycznie tylko takie miejsce przesiadkowe, chyba że ktoś lubi widok śmierdzącej rzeczki,pełnej śmieci i ludzkich ekskrementów. Nie było na co czekać wypłaciłem trochę kasy z bankomatu i poszedłem na dworzec autobusowy. W informacji dowiedziałem się że autobusy do Panitanki czyli pod granicę, odjeżdżają z głównej ulicy, a na moje pytanie kiedy? usłyszałem „All the time”. I faktycznie, nie czekałem więcej niż 5 min i już jechałem do Nepalu. Z przystanku w Panitanki do granicy jest jakieś 10min piechotą, oczywiście można skorzystać z usługi rykszarzy, ale obiecałem sobie że nigdy nie dam zarobić nachalnym kulisom, ani nie dam grosza żebrzącym i jak na razie jestem w tym nieugięty.

Na granicy po stronie Indyjskiej trzeba wypełnić dwa świstki, co trwa z 10min, potem dostaje się pieczątkę i można już przechodzić przez „most przyjaźni” do Nepalu.

Tutaj kolejne 2 świstki do wypełnienia, zapłata 40$ + 200Rp za wizę i jestem gotowy do zdobywania Himalajów. Wiza jest 30dniowa wielowiazdowa, ale można też dostać wizę trzymiesięczną za 100$.

Dworzec autobusowy jest 200m za granicą po prawej stronie. Pojawili się jak zwykle naciągacze, mówiąc że szybko, szybko ostatni autobus, ostatnie bilety, nie ma czasu, ale oni już, zaraz pomogą , zorganizują, kupią, przekupią żeby można było stąd wyjechać, jak by za minute miało się odbyć ostatnie tchnienie ziemi, a potem już nic tylko czarna pustka. Oczywiście wszystko to nie prawda, można kupić bilety w kasie, a autobusy po prostu podjeżdżają jeden za drugim. Za bilet zapłaciłem 550 Rp indyjskich, co i tak wydaje mi się za drogo ale może się mylę. Nie ma problemu z płatnościami w Rupiach Indyjskich, bo tu traktują je jak twardą walutę, ale o złotówkach nikt nie słyszał :)

Jeszcze ostatnie zakupy i ruszam rozklekotanym busem do Katmandu. Przede mną 15godzin drogi po wybojach i bezdrożach wschodniego Nepalu.

sobota, 11 grudnia 2010

Darjeeling - kocham góry!!!


15 godzin trwała moja tułaczka do Silliguri. Czasami zdawało mi się, że nie jechaliśmy asfaltem czy nawet drogą szutrową, tylko na wprost przez dzikie pola. W dodatku im dalej na północ jechaliśmy było coraz zimniej, oj czuć już powiew Himalajów, trzeba będzie się przeprosić z długimi spodniami i Adidasami, a szorty i sandały wrzucić na dno plecaka. Na szczęście o 9tej było już po wszystkim. Silliguri to tylko przystanek w drodze do Darjeeling. Zaraz przy przystanku autobusowym zaczepił mnie naganiacz oferując miejsce w jeepie za 105Rp. Jako że cena była tylko o 30Rp wyższa niż cena autobusu, pomyślałem czemu nie. Po 15 minutach zebrał się cały samochód pasażerów. Ruszyliśmy w 2 godzinną drogę, przez góry i przełęcze. Widok był niesamowity, tak nie da się ukryć KOCHAM GÓRY!!! Już nie mogę doczekać się Nepalu. Znowu chciałem znaleźć jakieś tanie lokum. Udało się w hotelu New Galaxi, mimo że nie było, tak jak pisali w przewodniku, sali zbiorowej, miałem miły, schludny pokój z łazienkom i przepięknym widokiem na okoliczne szczyty, za 150Rp. czyli 10 zł.
Darejeeling położone jest wokół jednej z gór. To dosyć ruchliwe miasteczko, do którego pielgrzymują, oprócz międzynarodowych turystów, również Hindusi. Jest tu dużo knajpek, dobrze rozwinięta baza hotelowa i targ na którym można kupić „oryginalne podróbki” takich światowych gigantów jak North Face, Mamuth, czy Adidas. Ja z zakupami czekam do Nepalu licząc na jeszcze niższe ceny.
Na szczycie góry położona jest świątynia hinduistyczna, a poniżej stary kościół Św. Andrzeja. W północnych Indiach, tak jak i na Goa, jest dużo katolików. Bardzo mi się tu podoba to wspaniałe miejsce na aklimatyzacje i odpoczynek. Niestety, jako że to grudzień i dość wysoko nad poziomem morza, jest tu dosyć zimno. Przekonałem się o tym już pierwszej nocy, kiedy to koło 4nad ranem, naciągałem na siebie długie spodnie, założyłem kaptur, ubrałem skarpety i rękawiczki, a śpiwór dodatkowo przykryłem pseudo pierzyną. Walczą we mnie ze sobą dwa skrajne uczucia. Z jednej strony chronicznie nienawidzę zimna, z drugiej uwielbiam góry. I ta druga rzecz zawsze wygrywa. Przede mną miesiąc w Himalajach, dam radę bez problemu i to z największą przyjemnością, po prostu w Katmandu muszę się okupić w ciepły polar, kurtkę, śpiwór i w termiczną bieliznę i to powinno załatwić sprawę :)
Tutaj hindusi wyglądają inaczej, bardziej przypominają Nepalczyków, no i co najważniejsze wreszcie pojawiły się ładne dziewczyny, w modnych nowoczesnych ciuchach. I tak na pierwszy rzut oka ludzie wydają się milsi i bardziej otwarci i weseli, tacy uśmiechnięci ludzie gór:)

środa, 8 grudnia 2010

Oh,Kalkuta!!!


Pobudka była o 5.30 rano. Konduktor szedł przez pociąg krzycząc – Kolkata, tak donośnie że zbudził by nawet umarłego. Zwinąłem swoje manatki i wyszedłem na dworzec. Okazało się że wylądowałem na stacji Howarh po drugiej stronie rzeki Hooghly.
Żeby dostać się do centrum trzeba jechać autobusem kierującym się najlepiej na dzielnice Esplande. Ja postanowiłem te 5km zrobić na piechotę. Najpierw przeszedłem przez wielki most na drugą stronę. Most to istne cudo XIX wiecznej techniki, niestety gdy chciałem mu zrobić zdjęcie, jak spod ziemi wyskoczyło dwóch żołnierzy, którzy pogrozili że za robienie zdjęć będzie mandat. Nie chcąc uszczuplać swego budżetu dałem sobie z tym spokój. Budząca się Kalkuta o 6tej rano wyglądała naprawdę ładnie. Oczywiście słowo ładnie może mieć wiele znaczeń, więc powiedzmy ładnie na tle innych miast które widziałem w Indiach. To miasto po prostu żyło, bezdomni budzili się ze swoich zawszonych barłogów i brali kąpiel w miejskich hydrantach. Rozkładały się pierwsze stoiska z jedzeniem, „kucharze” obierali ziemniaki, marchewkę i inne warzywa których nawet nie znam, a pod wielkimi kotłami z ryżem czy curry płonął już ogień. W dodatku na chodniku fryzjerzy zaczęli swe normalne codzienne zajęcie, czyli strzyżenie i golenie prawdziwą brzytwą.
Pobłądziłem trochę w okolicach przeogromnego parku ale 2 godzinach dotarłem do turystycznego getta w dzielnicy Chowringhee. Wybrałem Hotel Maria, z jednej strony z sentymentu do nazwy, z drugiej zaś, z powodu taniego noclegu. Oczywiście sala zbiorowa o 8.30 rano była zajęta, mieli jednak również w swej ofercie jedynkę i po targach udało mi się ją dostać za 150 Rp. Standard był typowo Indyjski, ale cóż, powoli się przyzwyczajam. Gdy przyjeżdżałem do Kalkuty w oczach miałem widok biednych żebrzących ludzi, na każdym rogu ulicy, którzy gdyby nie Matka Teresa i jej siostry z zakonu, dawno by już umarli z głodu. Oczywiście żebraków było dużo ale powoli dochodzę do wniosku że to ich wybór sposobu na życie. Hindusi chętnie dają im jałmużnę, oczywiście z tych pieniędzy nie da się kupić domu, samochodu, czy nawet komórki, ale wystarcza na jakie takie życie. Najlepiej jak ktoś nie ma nogi czy ręki lub jest od dzieciństwa wykrzywiony lub zdeformowany, wtedy pieniądze leją się strumieniem. Matka z dzieckiem na ręku to też niezły biznes. Ale najgorzej mają zdrowi mężczyźni, ci muszą się sporo natrudzić. Przeważnie nie myją się w ogóle, a ludzie dają im pieniądze po prostu żeby sobie poszli i nie zaśmierdzali otoczenia.
W Kalkucie spędziłem dwa dni. Muszę przyznać że to pierwsze miejsce w Indiach które mi się podobało, choć zwiedzanie dokładniejsze zostawiam sobie na później, kiedy to pod koniec stycznia będę stąd wylatywał do Bangkoku. To miasto ma naprawdę duszę. Budowle rządowe w centrum są odnowione i prezentują się pięknie, ale nawet na uboczu, stare, pokolonialne budynki, które niekiedy już pokrywa prawdziwy las małych krzaków i drzewek rosnących między cegłami, mają swój niepowtarzalny urok. W dodatku wszędzie żółte taksówki, żywcem jak z lat 50tych, przypominają trochę Kubę Fidela Castro.
Poza tym, na każdej ulicy, oprócz herbaty z mlekiem, można coś zjeść, lub przekąsią. Pojawiły się roleksy czyli jajko z sałatkami zawijane razem z czapati, które ostatnio jadłem w Ugandzie. Ogólnie miałem dwa dni obżarstwa i co by o Indiach złego nie mówić, to kuchnie mają rewelacyjną!!!
Wszyscy znają firmę Adidas, Reebok czy Puma. Te marki znane są na całym świecie. Jednakże obok nich, rośnie następny potentat obuwniczy firma BATA. Sklepy tej marki widziałem zarówno w Europie, Afryce a nawet tutaj w Indiach. To miło wiedzieć że nas południowy sąsiad, nie tylko jest znany z knedlików, ale również jako światowy producent obuwia, mimo iż cała jego produkcja odbywa się w Chinach. Polskich firm niestety tutaj nie zauważyłem.
Z Kalkuty chciałem oczywiście wyjechać pociągiem ale pierwszy wolny termin był na 4go stycznia. Nie było wyboru trzeba było się tłuc autobusem. Kupiłem bilet za 350Rp do Silliguri, stawiłem się na dworcu o 18tej, wpakowałem się do autobusu i po 15 godzinach walki z wertepami, znalazłem się o podnóża Himalajów.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Puri





Puri to małe miasto, a w zasadzie miasteczko, nad brzegiem Oceanu Indyjskiego. Udałem się tam autobusem(28Rp) z nadzieją na relaks i odpoczynek. Gdy przybyłem na miejsce zacząłem szukać taniego noclegu. W Lonely Planet było napisane że hotel Gandhara ma dormitorium za cenę 75Rp. Niestety jak objaśnił mi menadżer sala zbiorowa była ale, 2 lata temu. To kolejny błąd który wyłapałem z przewodnika – oj panowie odstawiacie chałę w tym Lonleju :)Zacząłem posuwać się dalej w stronę wioski, pytając po kolei o wolny pokój, niestety ceny zaczynały się od 250Rp. Dopiero w wiosce znalazłem Lodge Durga, za cenę 150Rp za pokój. Postanowiłem zostać tu 2 dni, wybyczyć się na plaży, pokąpać się w oceanie i zażyć słońca. Wszystko zapowiadało się miło, jednak koło 14tej, zaczęło się chmurzyć i spadły pierwsze krople deszczu. Tak oto mój plan runął w gruzy. Cóż było robić został spacer promenadą i ogólnie pojęty relaks.Niestety drugi dzień wyglądał tak samo do tego zrobiło się potwornie zimno i wietrznie.Spacerowałem po plaży rozmawiając co chwile z jakimś sprzedawcą który chciał mi wcisnąć perły, czy rybakiem, którego asortyment oprócz ryb i owoców morza, obejmował również ziele, haszysz, czy opium, po naprawdę kuszących cenach:)
Chciałem jeszcze zwiedzić otoczoną wielkimi murami świątynie Jagannath Mandir, niestety z powodu jakiś uroczystości nie zostałem do niej wpuszczony, szkoda bo wyglądała super z daleka. Dopiero w dniu wyjazdu poszczęściło mi się, pogoda zrobiła się ładna może nie na kąpiel w oceanie ale na pewno na byczenie się na plaży.
Do Bhubaneswar wróciłem o 18tej czyli już po zmroku. Miałem jeszcze kilka godzin do pociągu, postanowiłem więc wypić piwko. Nie chciałem przepłacać w restauracji dlatego kupiłem piwo w sklepie. W Indiach nie można pić piwa na ulicy, ale przeważnie przy sklepie,za zamkniętymi drzwiami, jest pseudo bar, czyli miejsce, gdzie na stojąco można szybko skonsumować alkohol. Ja piłem piwko, miejscowi natomiast delektowali się brandy z wodą brrryyyy.....Mistrzom wystarczyło kilkadziesiąt sekund żeby rozprawić się z małą flaszeczką alkoholu – szacunek. Jako że byłem jedynym białym w tym towarzystwie autochtonów, od razu miałem kupę znajomych :)
Ale co miłe szybko się kończy, nawet piwo które lane jest tu w butelki 0,650L. Poszedłem na dworzec, wgramoliłem się do pociągu, wyłożyłem na łóżku i spałem jak dziecko aż do samej Kalkuty.

piątek, 3 grudnia 2010

Pociągiem do Bhubaneswar



Musiałem wymeldować się z mojej nory, w sali zbiorowej hostelu Armii Zbawienia o 9rano. Miałem cały dzień do szlajania się po mieście i za bardzo nie wiedziałem co z tym czasem zrobić. Całe szczęście plecak mogłem zostawić w przechowalni bagaży na dworcu centralnym.

Ruszam więc w miasto, w którym oprócz ogólnego syfy, kilku kolonialnych budynków, slamsów i śmierdzącej jak diabli rzece za bardzo nie ma co robić. Czy wiecie na przykład do czego służą tu chodniki? Oczywiście nie do chodzenia przez pieszych, do tego służy ulica, na której non stop na ciebie ktoś trąbi, zajeżdża drogę, popycha. Chodniki tutaj to po prostu szalet. Więc jak ktoś wchodzi na trotuar, to tylko po to żeby się wysrać. To samo jest przy wszystkich możliwych płotach murkach i rowach, tam z kolei wszyscy sikają. Dodając do tego śmieci organiczne na ulicach i trzydziestu kilku stopniowy upał całe miasto śmierdzi zgnilizną, uryną i gównem.

Przed wyjazdem poszedłem jeszcze raz potwierdzić bilet w kasie. Pozytywną rzeczą jest to, że na każdej większej stacji jest okienko przeznaczone dla zagranicznych turystów, gdzie nie ma kolejek, a obsługa jest miła i rzetelna. Na miejscu oczywiście okazało się że wcześniej sprzedano mi bilet na pociąg który nie istnieje!!! I to w oficjalnej kasie!!!

Całe szczęście miejsca na wieczorny pociąg jeszcze były i po uiszczeniu 50Rp za prze bukowanie biletu, mogłem uciekać z tego miasta jeszcze dziś.

Pociąg podstawiają godzinę przed wyjazdem. Na wagonach wywieszone są listy z pasażerami, wszystko jest poukładane z angielską dokładnością. Pod numerem 57 znalazłem nazwisko Marcin Malczewski, wszystko się zgadzało. Zająłem przypisane mi miejsce tuż przy oknie. Wagon sypialny przypomina te, którymi podróżuje się po Ukrainie czy Rosji, z tą różnicą że w oknach są kraty i nie ma szyb tylko kawałek pleksi.

Mimo iż podróż trwała 20 godzin zleciała dość szybko. Najpierw błogi sen i pierwsza noc w Indiach gdzie nic mnie nie pożarło, a potem podróż brzegiem oceanu, który czasami, ale bardzo rzadko, pojawiał się gdzieś na horyzoncie. Nie było żadnych problemów z aprowizacją, co chwila przechodzili sprzedawcy z kawą, czajem, samosami, ciastkami wodą i wszystkim co sobie można zamarzyć i to w dodatku po rozsądnych cenach. W połowie dnia za 50 Rp zamówiłem sobie lunch i byłem naprawdę usatysfakcjonowany podróżą.

O 21ej wylądowałem w Bhubaneswarze. I tu dopadła mnie Indyjska proza życia. O tej porze znalezienie taniego noclegu graniczy z cudem. Przeszedłem 25 hoteli i dopiero przed północą znalazłem śmierdzącą norę, w której mogłem się przespać. Utargowałem 300Rp, ale za tą cenę, powiedziano mi, że nie zamierzają zmieniać prześcieradeł po poprzednich gościach i mam się zwijać przed 9rano. Trudno i tak, jak na chwile przysiadłem na łóżku żeby skręcić jointa na zapomnienie, już pchły dały o sobie znać. Zmiotłem podłogę z syfu, śmieci i czegoś co już kwitło pleśnią. Położyłem karimatę i rozłożyłem śpiwór, lepiej spać na ziemi z karaluchami, które są denerwujące tylko kiedy chodzą po twarzy, niż nie spać całą noc drapiąc się po całym ciele. Najgorsze jest to że za równowartość 20zł miałem tylko zapewniony dach nad głową i prawdę powiedziawszy następnym razem w tej sytuacji wybiorę spanie na ulicy.

Chennai, czyli po naszemu Madras.


Mimo że z Mamallapuram, do Chennai, jest zaledwie 60km autobus jedzie 3 godziny, w tym godzina w korku do centrum . Dworzec oddalony jest z 7km za centrum, więc musiałem skorzystać z usług komunikacji miejskiej. Mimo że nazwy na autobusach są pisane w języku tamilskim, od razu znalazło się kilku uczynnych pasażerów którzy wrzucili mnie do odpowiedniego pojazdu. Ze znalezieniem noclegu też nie miałem problemu – najtańszy wg przewodnika był hostel prowadzony przez Armie Zbawienia, tam właśnie się skierowałem. Miałem łóżko w prawie pustej sali zbiorowej, prawie, bo mnogości robactwa i wszechobecnych pcheł nie zliczę. Muszę przyznać że spałem w już bardzo podłych warunkach ale takiego syfu jak w Indiach to jeszcze nie widziałem. Najgorsze są pchły, jeszcze nie miałem noclegu gdzie by ich nie było, nawet bestie pożarły mnie w nocnym autobusie. Pech chciał że jestem uczulony na ich ugryzienia i teraz moje nogi to jeden wielki pryszcz a raczej kilka setek pryszczy.

To jest jedna z tych rzeczy które mnie tutaj irytują i sprawiają że Indie są na szarym końcu listy fajnych krajów w których byłem, gorsze jest tylko Brunei – państwo, miasto nudne jak flaki z olejem i Egipt najbardziej chamskimi, oszukańczymi luźmi.

Przyzwyczaiłem się do chaosu, smrodu, biedy, brudu, nie odrzuca mnie matka kąpiąca niemowlaka w rynsztoku, czy padlina psa na głównej ulicy rozdziobywana przez kruki. Jednak te wszystkie drobne szczegóły przysłaniają magie Indii, magie której jeszcze tu nie zauważyłem i chyba jej nie znajdę. I ostatnia sprawa dziewczyny, istna tragedia, bo żeby zobaczyć brzydką cygankę nie musiałem się ruszać z Katowic.

Postanowiłem jak najszybciej pojechać do Nepalu, szkoda marnować czas na Indie.

A co do Madrasu w którym teraz jestem miasto typowo Indyjskie wielkie, duszne, zatłoczone. Jest fort wybudowany przez anglików w XVII w , plaża miejska ale przy wylocie rzeki przy której Katowicka Rawa jest kryształowym górskim potokiem. Cóż tyle co udało mi się dziś zwiedzić. Jutro cały dzień powłuczę się jeszcze, a wieczorem 23.30 pociąg weźmie mnie na północ, w stronę Nepalu :)

środa, 1 grudnia 2010

Mamallapuram


Z Pondicherry wyjeżdżałem wcześnie rano. Miałem już dość siedzenia w tym mieście. Ruszyłem do Mamallapuram, choć trudna nazwa zaczynam się już przyzwyczajać do indyjskiej wymowy – po prostu trzeba mówić niezrozumiale. Autobus wysadził mnie na rogatkach miasteczka, i jak zwykle rzucili się na mnie, rządni mych pieniędzy, rykszarze. Tym z kolei odpowiadałem że worze się jedynie mercedesami:)

Miasteczko to 3 ulice na krzyż, plaża, oraz główny punkt wyprawy - ruiny świątyń. Większość jest porozmieszczana na małej górce nad miastem, a jedna z nich zaraz nad brzegiem Oceanu. Wygląda znakomicie i choć wejście kosztuje 250Rp, można się tam dostać od strony plaży za darmo. Wystarczy jeden dzień żeby zobaczyć wszystkie te znakomitości. Ja jednak miałem pecha i załapałem się na ostatnie tchnienia monsunu. Lało jak z cebra, tak że poświęciłem zwiedzaniu raptem 3godziny. Przeschłem trochę w norze, którą wynająłem za 150Rp i dziele solidarnierazem z pchłami i innym paskudztwem, po czym po południu przedzierając się przez strugi deszczu, udało mi się dotrzeć do kasy biletowej i kupić na 3go bilet do Bhubaneswar. Kupienie biletu też wymaga zachodu. Najpierw trzeba wypisać kartkę obiegówkę z danymi osobistymi, gdzie chcemy jechać, jakim pociągiem i.t.p. Ale to jeszcze nie wszystko, bo gdy otrzymam bilet muszę przed wyjazdem odwiedzić kasę i dowiedzieć się który to wagon i miejsce. A najfajniejsze to to, że najbliższy dworzec jest w Chennai (Madrasie) czyli 60km stąd.

wtorek, 30 listopada 2010

Pounducherry - Francja w Indiach

W Bangalore wylądowałem rano. Niestety nie mogłem znaleźć taniego rządowego autobusu do Poundochery. W informacji wysyłali mnie z jednego dworca autobusowego na drugi, w końcu żeby nie spędzić całego dnia w tym głośnym, tłocznym mieście zdecydowałem się na drogi prywatny autobus-450Rp. Ponduchery to stara Francuska kolonia, miasto zupełnie inne niż te w których już byłem, szerokie ulice, dużo zieleni. A wszystko nad brzegiem Oceanu Indyjskiego. Znalazłem pokój za 200Rp i tu postanowiłem trochę odpocząć.

Pokuszę się o pierwsze spostrzeżenia z Indii. Ogólnie mi się tu nie za bardzo podoba. Nie łapie mnie ta hipisowska moda i ogólne życie na wdechu, jeżeli ktoś już był w Azji południowo-wschodniej nie będzie niczym zaskoczony. Mam nadzieje że inne części kraju będą ciekawsze. Na plus można dodać wyśmienite jedzenie, i przemiłych ludzi. Reszta kiepsko. A co najgorsze żeby utrzymać budżet na niskim poziomie nie można sobie pozwalać na ekstrawagancje w postaci piwa czy innych przyjemności. Trudno, takie życie uciekam w stronę Nepalu z nadzieją że inne części Indii będą ciekawsze.

piątek, 26 listopada 2010

Ruiny Hampi

Autobus dowiózł mnie do miejscowości Hospet. Od razu rzuciło się na mnie kilkunastu rykszarzy oferując podwiezienie do Hampi za 100Rp. Nie docierało do nich że jadę Autobusem za 10Rp i ściemniali mnie albo że będzie on dopiero wieczorem, albo że w ogóle nie jeździ i takie tam. Znam te ściemy za dobrze. Pierwszy autobus był o 6.30. Na dworcu spotkałem Igora Izraelczyka z Kazachstanu. Okazał się miłym kompanem i gdy dojechaliśmy do Hampi razem wynajęliśmy pokój żeby obniżyć cenę. Hampi to malutka mieścina, a nawet wioska powstała przy ruinach starego XV wiecznego miasta. Góruje nad nią wieża świątyni Varupaksha. Przyznać trzeba że robi wrażenie. Pierwszego dnia wynajęliśmy rowery żeby objechać ruiny zamku królewskiego oraz świątynie Vitala. Całość położona jest nad rzeką wśród gór które wyglądają jak by olbrzym poukładał wielkie, kilkuset tonowe kamienie jeden na drugim. Widok naprawdę rewelacyjny.

Ruiny są dobrze zachowane i wyglądają naprawdę majestatycznie. W świątyni Vitala wzięliśmy przewodnika 100Rp i to była dobra inwestycja. Wprowadził nas w tajniki mitologi Hinduskiej. Ogólnie pozostałości po starym mieście robią wrażenie, jednakże jeżeli ktoś już widział Ankhor Wat, to będzie zawiedziony.

Całą okolicę można zwiedzić w ciągu jednego dnia.

Drugiego dnia przeprawiliśmy się przez rzekę, okazało się że całe życie toczy się właśnie tam. Myślę że około 50% turystów tu w Indiach to Izraelczycy. Jak wytłumaczył mi Igor, po służbie w wojsku wyjeżdżają oni na półroczne wakacje, a za cel przeważnie wybierają Indie.

Wieczorem, z Hospet miałem autobus do Bangalore. Zaryzykowałem i kupiłem bilet na autobus luksusowy. Kosztował 360Rpczyli o 100Rp więcej niż zwykły. Fakt był wygodny ale cóż z tego jak przez całą noc gryzły mnie pchły. Cóż taki urok Indii :(


środa, 24 listopada 2010

Panaji

Jako że wybiła 14ta dzień był już nie do uratowania, ale na szczęście wyspałem się dobrze co zawsze poprawia mi humor.

Dzień minął na POMie czyli powolnym obchodzie miasta. W Panaji widać wpływy Portugalczyków którzy mieli tu kolonie w zamierzchłych czasach. Na ścianach wielu budynków widać sławne niebieskie kafelki które swego czasu tak bardzo mnie ujęły w Porto. Oprócz wpływu na architekturę widoczny jest też wpływ na religię. Sporą część mieszkańców jest katolikami, a nad parkiem miejskim góruje kościół.

Tu na Goa wieczór przychodzi dosyć szybko i o 19tej miasto spowijają ciemności. Na zakończenie dnia, poszedłem jeszcze na piwko z zapoznaną Szwajcarką Valerii. I tyle dzień dla mnie się zakończył.

Rankiem pożegnałem się z Ewą i Rafałem, oni pojechali się byczyć na kilka dni na plażę, ja podziwiać ruiny w miasteczku Hampi. Autobus (243Rp)miałem z odległego o kilkanaście kilometrów Marago. Jechałem nocą i znowu się nie wyspałem, Jak ktoś będzie jeszcze narzekał na drogi w Polsce niech sobie przyjedzie w te rejony, tragedia.


poniedziałek, 22 listopada 2010

Żegnaj Europo na kilka miechów.

Pożegnałem się ze wszystkimi znajomymi zarówno w Polsce jak i Amsterdamie, a muszę przyznać że trwało to dosyć długo no i hucznie :) i przyszedł ten wspaniały czas żeby opuścić zimną Europę, teraz kierunek Goa.

Wylot miałem z Frankfurtu. Bojąc się że coś się stanie po drodze z autobusem z Amsterdamu wyjechałem już w nocy, w razie jak by co, żeby zdążyć dojechać stopem.

Oczywiście nic się nie stało i w zupełnie opustoszałym Frankfurcie, wylądowałem o piątej rano. Nie było wyjścia pobujałem się trochę po mieście i w południe znalazłem się na lotnisku. Wylot dopiero o 23.30 nuda,nuda,nuda. Na szczęście w budynku portu na parterze jest dobrze zaopatrzony supermarket z przyzwoitymi cenami :)

Podczas odprawy spotkałem parkę z polski Ewe i Rafała zawsze to raźniej w grupie.

Lot minął spokojne z krótką przerwą na do tankowanie paliwa w Bahrajnie.

Indie powitały mnie gorącym podmuchem wiatru, koniec zimy, przynajmniej do Nepalu. Wylądowaliśmy o 16tej miejscowego czasu ale zanim biurokratyczne procedury dobiegły końca zrobiła się 18ta i zaczęło się ściemniać.

Nie chcąc ryzykować że nie dostaniemy się przed nocą do Panaji wybraliśmy z Rafałem i Ewą droższą wersje podróży czyli taksówką. Wersja tańsza, czyli najpierw do Vasco da Gamma, a potem autobusem do Panaji mogła się zakończyć spaniem pod chmurką. Utargowaliśmy cenę do 450Rp na 3 osoby i za godzinę byliśmy na miejscu(15 Rupii to około 1zł.)

Trafiliśmy niestety na Międzynarodowy Festiwal Filmowy na Goa i znalezienie taniego noclegu okazało się rzeczą nie łatwą. Wreszcie zaczepiliśmy się w jednym z guest housów i po wysupłaniu 550Rp za pokój mogliśmy odetchnąć w spokoju. Zmiana czasu dawała się nam we znaki. Nie było co kombinować, wzięliśmy prysznic poszliśmy coś zjeść i przejść się po mieście i jak grzeczne dzieci poszliśmy spać o 22giej.

Spałem jak dziecko i wstałem dopiero po 15godzinach.