Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nepal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nepal. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 października 2011

W poszukiwaniu tygrysa.

Do Parku Narodowego Chitwan z Katmandu jest około 150km, czyli cały dzień podróży. Nie było problemów ze znalezieniem odpowiedniego autobusu, zawsze znajdą się uczynni ludzie którzy doprowadzą Cię na miejsce, usadzą, wrzucą plecak na dach autobusu w końcu sprzedadzą bilet i ruszasz w drogę. Pierwszy etap to dostanie się do miasta Narayangarh cena 240Rp. Mimo że to prawie 90% drogi' zabrało nam to 7 godzin. Ale to nie koniec przyjemności. Następnie miejskim autobusem trzeba dostać się do Sauraha Chowk – 25Rp, aż w końcu ostatnie 8km na piechotę, lub busikem za 50Rp. Było już po 19tej gdy dotarliśmy do Sauraha. Okazało się że zaoszczędziliśmy po 85Rp w stosunku do autobusu turystycznego, który jedzie tylko 5 godzin. Nie warto było, wszak to niecałe 80centów. Ale cóż trzeba było spróbować. Nocleg znaleźliśmy w Hotelu Jungle Vista. Musieliśmy się ostro targować, a jako argument zawsze warto obiecać że weźmie się u nich wycieczkę do parku lub safari. Stanęło na przyzwoitej cenie 400Rp. za pokój.Pierwsze dwa dni spędziliśmy na ogólnym lenistwie i orientowaliśmy się w cenach. W końcu zdecydowaliśmy się na pakiet: spływ łódką, półtora dnia trekingu po dżungli i safari na słoniu. Cena wysoka 40€ na osobę i bez gwarancji że zobaczymy tygrysa:(

Bilet do parku kosztuje 500Rp, ale można go wykorzystać następnego dnia na przejażdżkę na słoniu, poza obrębem paku.

Stawiliśmy się jak było umówione 7.30. Czekało na nas dwóch przewodników. Dwóch, to na wypadek jak by jednego zjadł tygrys, a drugiego po bódł nosorożec. Żeby zaoszczędzić sobie chodzenia po tej części parku gdzie chodzą sobie po głowach turyści z pół dniowych i cało dniowych wycieczek, popłynęliśmy łódką w dół rzeki, miało być 2 godziny, za 800Rp, była godzina, no może półtorej. Wczesnym rankiem wszystko przesłania mgła, tworząc niesamowity nastrój. Wokół latały ptaki, czaple, marabuty, zimorodki, a na brzegu wylegiwały się krokodyle.

Gdy przybiliśmy do brzegu, nasi przewodnicy poprowadzili nas w głąb dzungli. Wygląda to mniej więcej tak idziesz, zatrzymujesz się, oglądasz kupę nosorożca lub słonia, nasłuchujesz czekasz, idziesz. I co, dalej brak tygrysa. Natknęliśmy się tylko na stadko antylop, jeleni, jednego legwana, trochę ptaków i mnóstwo czerwonych robaczków. Nuda, nuda. Dopiero pod koniec dnia wypatrzyliśmy pierwszego nosorożca zażywającego kąpieli w zarośniętym trzciną jeziorze. Co prawda, nasz przewodnik mówił że dziwny głos wydobywający się zza drzew to dwa kopulujące ze sobą tygrysy, ale prawdę mówiąc mogła to też być chora małpa, lub nieznośnie głośna papuga.

Okolo 16tej nasza tułaczka dobiega końca, przeprawiamy się na drugą stronę rzeki- 25Rp, jeszcze tylko pół godzinki i instalujemy się w tanim gest housie. Wieczorem, przy szklaneczce miejscowego sikacza, nasi przewodnicy opowiadają swoje doświadczenia z tygrysami. Jeden z nich, z 20letnim doświadczeniem, widział tego dzikiego kota aż 4 razy, ale tylko wiosną, gdy trawa jest niska. Wychodzi jedno zwierze na 5 lat, my nie mieliśmy tego szczęścia. Rankiem ruszyliśmy z powrotem, odwiedzając po drodze Elephant Breeding Center(50Rp). To takie schronisko, lecznica dla słoni, a także miejsce gdzie na świat przychodzą małe słoniki. Kilka lat temu urodziły się bliźniaki, dwie malutkie słonice, co jest bardzo rzadkim przypadkiem.

Popołudniu przyszedł czas na safari na słoniu. To zupełnie co innego niż to na którym byłem w Tajlandi. Usadawiają cię w 4 osoby w drewnianym kojcu na grzbiecie słonia i hajda w busz. Cała przygoda trwa około półtorej godziny. Wielkie cielsko słonia przebija się przez zarośla i od razu napotykamy zwierzęta, są sarny jelenie, dzikie świnie i główny punkt wycieczki, pasący się nosorożec. Wszystko jest piękne ale żadnych emocji, zwierzęta wyglądają jak by miały stać tam gdzie stoją, specjalnie na życzenie turystów. Trochę to tak jak by chodzić po zoo bez klatek, mając świadomość że i tak wszystko okala wielki mur, a zwierzęta i tak nie mają gdzie uciec. Cóż wymusiłem na Isie trek wokół Annapurny, nie za bardzo jej się to podobało, ja natomiast zgodziłem się na park Chitwan, ale to z kolei nie za bardzo spodobało się mnie. Podróżowanie z drugą osobą to cała masa kompromisów. Najważniejsze że Isa była usatysfakcjonowana, a ja mam kolejną kartę przetargową żeby wyciągnąć ją w góry, choćby takie najniższe :)

Zostaliśmy w Sauraha jeszcze trzy dni spędzając czas na bezproduktywnym wylegiwaniu się na brzegu rzeki Rapti, ale ta wioska ma coś w sobie i nie chciało nam się stamtąd ruszać. Zmieniliśmy tylko hotel na inny na którego podwórku obozował wielki słoń który w nocy bardzo śmiesznie i donośnie chrapał. Następnym etapem Dolina Katmandu.

Podsumowując koszty i atrakcje, najlepiej wybrać safari na słoniu (800Rp+500Rp bilet do parku) iść do schroniska dla słoni, i przejść się wzdłuż rzeki aż do wioski Jagtapur. Bo szansa spotkania dzikich zwierząt jest taka sama jak w granicach parku.

niedziela, 16 października 2011

2011.10.10 Pokara ---> Katmandu




Przed rozpoczęciem treku, zostawiliśmy cześć zbędnego ładunku, w hotelu w którym spaliśmy. W górach każdy zbędny kilogram waży kilkakrotnie więcej niż by się wydawało, a im wyżej tym ciężej. Za przechowanie nie zapłaciliśmy nic ale musieliśmy spędzić kolejną noc w Funny House. Miejsce jest miłe, ale czułem się tam za bardzo rodzinnie, to tak jak by mieć 40 lat i ciągle mieszkać z rodzicami, ja tak nie potrafię. Na szczęście w Pokarze jest wiele hoteli i tak trafiliśmy na rewelacyjne miejsce z darmowym choć wolnym WiFi o nazwie Tibetan Thanka Guest House, prawie na samym końcu północnej części Lakeside za 400Rp bez targowania.

Isa postanowiła odprężyć się, po naszej wycieczce korzystając z Yogi. Odradzałem jej, lepiej się odprężyć pijąc Bang Lassi. No cóż, rzadko to się zdarza, ale miałem racje. Po godzinie wróciła znudzona i uboższa o 400Rp i potwierdziła moje słowa, że to dobre dla hipisów. Tak więc skorzystaliśmy z mojego pomysłu i poszliśmy na Bang Lassi :)

Jak by ktoś był zainteresowany można je dostać w pierwszej knajpce za Freedom barem, wejście od strony jeziora, a cena tylko 200Rp.

Pokara ma to do siebie, że łatwo w nią wsiąknąć, my wsiąknęliśmy na kolejnych kilka dni, robiąc w zasadzie nic, ale mieliśmy dobrą wymówkę, oczywiście odpoczynek po ciężkim treku.

Naszą jedyną aktywnością był 3 godzinny spacer na górę Sarangot, z której jest wspaniały widok na Annapurnę, niestety akurat tego dnia wszystko spowijały chmury:(

Wybraliśmy się też do muzeum górskiego wejście 300Rp. Można tam dojść w półtorej godziny, lub dojechać 2 autobusami. Na przystanku przy jeziorze wytłumaczą jak się tam dostać. Muzeum mieści się w parku w wielkim budynku. Ekspozycję można podzielić na dwie części. Część etnograficzno przyrodnicza, oraz wystawę związaną z podbojem Himalajów. Szukałem jakiś śladów polskich ekspedycji na ośmiotysięczniki ale niestety nic nie znalazłem, a wiem że jesteśmy potęgą jeśli chodzi o zdobywanie ich w sezonie zimowym.

Po kilku dniach totalnej laby, przyszedł czas na zmianę otoczenia na Katmandu. Autobus jeździ z Pokary tak często że nie potrzebna jest żadna rezerwacja biletów po prostu przychodzisz na dworzec, wsiadasz, płacisz za przejazd 390Rp i jak nie ma korków, co raczej jest niespotykane, po 7 godzinach jesteś w stolicy.

Z noclegiem nie ma problemu, mimo że była już 19ta, znaleźliśmy hotel za 400Rp z WiFi, które tutaj jest w standardowym pakiecie z łazienką i gorącym prysznicem i wszechobecnym hałasem i kurzem :)

W Katmandu musieliśmy załatwić sobie przedłużenie wizy, cała procedura trwała bardzo szybko ale jak się okazało, bardziej opłacalne było wyrobienie 3miesięcznej wizy na granicy-100$. Za miesięczną wizę i tak zapłaciliśmy 60$ + 600Rp, płatne w miejscowej walucie czyli wyszło 110$ za 2 miesiące.

W planach mieliśmy zwiedzenie parku Chitwan, żeby gruntownie się do tego przygotować poszliśmy do Zoo. Ogród, a raczej ogródek zoologiczny mieści się w dzielnicy Jawalakhel, godzinę drogi od Thamelu, niedaleko Patanu (bilet 250Rp). Zwierzęta to głównie przedstawiciele miejscowych gatunków fauny. Widzieliśmy więc nosorożca, niedźwiedzia, hipopotama, szakale, leoparda, mnóstwo ptactwa, węży i rybki.

Ale jak wspomniałem ogród jest mały i trochę klaustrofobiczny. W dodatku była to sobota i był pełen ludzi.

Przez przypadek załapaliśmy się na metalowy festiwal, odbywający się obok, którego główną gwiazdą był polski Vader !!!!! Nepalczycy czują „bluesa” W przeciwieństwie do Hindusów.

Nie obyło się też bez spaceru na Durbar Square, to magiczne miejsce zawsze wzbudza we mnie wielkie uczucia i czuje się mały wśród tych kilkusetletnich budowli wśród których historia miesza się z prozą codzienności.

Co do wizyty w parku Chitwan, można to zorganizować w jednym z setki biur podróży na Tamelu. Pakiet 2 dniowy to koszt około 50€. My postanowiliśmy zrobić to po swojemu i na koniec porównać koszty. Tak więc, jutro ruszamy w stronę dzikiej przyrody.

poniedziałek, 10 października 2011

Wokół Annapurny

W jednym z wielu biur turystycznych, na pytanie o której odjeżdża autobus do Besisahar, czyli do miejsca gdzie zaczynamy nasz treking, usłyszałem jakże prostą i rzeczową odpowiedź rano:)

Cóż, spakowaliśmy się, zostawiając zbędny balast w hotelu i ruszyliśmy na dworzec autobusowy. Był ranek, no i faktycznie autobus jak by czekał na nas. Pięć godzin później, ubożsi o 200Rp wylądowaliśmy w Besisahar. Przy wylocie z miasteczka jest punkt gdzie trzeba zarejestrować swój TIMS, ale jak ktoś był oszczędny i mądry i nie posiadał tej książeczki, po prostu przechodził dziarskim krokiem nie zważając na nawoływania pani z kantorka:)

Do Bhulbule można dojść piechotą w 2 godzinki lub jak my za 100Rp dojechać autobusem. Nie było już miejsca w środku tak że dystans 7km pokonaliśmy na dachu autobusu. Nowe doświadczenia, nowe przeżycia nowe siniaki na całym ciele :)

Bhulbule to wieś gdzie zaczynamy naszą podróż, to tu trzeba okazać pozwolenie na wejście do parku i podstemplować je, takich punktów na trasie jest kilka i nie da się ich nijak ominąć. Gdy przechodzimy przez most zaczynamy naszą podróż. Zbliżała się 16ta tak że przed nami 2, 3 godziny drogi, żeby zdążyć przed zmierzchem.

Pierwszy dzień to spacerek doliną rzeki Marsyangadi Khola, która będzie nam towarzyszyć aż pod samą przełęcz Thorung La. Mijaliśmy wiele wiosek w których zawsze można znaleźć miejsce do spania i coś do jedzenia. Fajną rzeczą jest to, że gdy człowiek zdecyduje się gdzieś zostać na noc można wynegocjować darmowy nocleg, pod warunkiem że będzie się jeść na miejscu. Korzystaliśmy z tego przywileju nagminnie. Udało nam się dojść przed zmierzchem do Bahundanda.

Przez następne dni powoli pięliśmy się w górę, podejścia stawały się coraz stromsze, odległości coraz dłuższe, zmęczenie coraz większe, a Isa coraz zrzędliwsza. Nie obyło się bez płaczu, krzyku, zwątpienia, załamania ale z każdym dniem byliśmy bliżej celu.

Negatywną stroną trekingu o tej porze roku jest ogromna liczba turystów, ja na przykład potrzebuje samotności żeby rozkoszować się majestatem gór i pięknem przyrody. Pozytywem jest na pewno otaczająca wszystko zieleń, przynajmniej do wysokości 3500m.

Przy drodze wszędzie rosły krzaki dziko rosnącej marihuany, można było zerwać wysuszyć, lub na szybko przygotować haszysz. Jak się robi haszysz nie będę tłumaczył, bo to każde dziecko wie, a jak nie wie, to niech skorzysta z kopalni wiedzy jaką jest internet.

Piątego dnia naszej wędrówki dotarliśmy do Manang. We wszystkich przewodnikach autorzy radzą żeby zrobić sobie tam jeden dzień na aklimatyzacje, zwiedzić pobliski jezioro lodowe, odpocząć. Cóż co do jeziora, to piękniejsze widziałem w Alpach, a sam Manang to takie małe Krupówki, pełno turystów, hoteli, sklepów, restauracji, ogólnie nieciekawe jak dla mnie. Polecam zatrzymanie się wioskę wcześniej lub dalej, ciszej spokojniej i milej. Uciekaliśmy z Manang o świcie.

Po drodze spotkaliśmy Artura, jednego z członków załogi filmowców, okazało się że na trasie część załogi się rozproszyła i on stanowi czoło peletonu. Ha ha jednak ich przegoniliśmy :)

Z Arturem doszliśmy do Letdar, on tam został na noc, a my z Izą atakowaliśmy kierunek przełęcz i po 3 godzinach dotarliśmy do Thorung Phedi, przedostatniego schroniska po tej stronie przełęczy. Udało nam się dostać ostatni pokój inaczej czekała by nas nos w jadalni, z małymi szansami na spokojny sen, ostatni przed atakiem góry.

Żeby zdążyć przed wieczorem do Mukthinat z Thorung Phedi wystarczy wyjść około 9tej. Tak też uczyniliśmy choć ruch w schronisku rozpoczął się już koło czwartej rano. Czekało nas teraz 4 godziny ostrego podejścia i naprawdę było ostre i męczące. W dodatku od wysokości 5000m zaczął padać śnieg, grad i ostro wiało. Szukałem na horyzoncie gdzie jest ta przeklęta przełęcz, ale za jedną górą była kolejna, a za kolejną następna i tak chyba z siedem osiem podrząd. Jednak się udało, 13.30 osiągnęliśmy szczyt. Na wysokości 5416m jest mały domek w którym można w okresie turystycznym liczyć na kubek herbaty, chyba najdroższej w całym Nepalu 100Rp, a dla zgłodniałych jest też snickers czy mars. Szybkie zdjęcia na przełęczy i schodzimy w dół 5 godzin do Mutkhinat, jedna z piękniejszych wiosek na szlaku.

Z Mutkhinat kursują jeepy do Jomson, my ruszyliśmy piechotą. W dolinie rzeki Kali Ghandaki wiał porywisty wiatr, tak silny, że pokonanie jego odbierało nam resztki naszej energii. Gdy dotarliśmy do Jomson, Isa miała już dosyć, i tak wielki szacunek że dała radę pokonać góry. Postanowiliśmy rano wracać autobusem do Pokhary.

Okazało się to nie takie proste. Najpierw za 775Rp dostaliśmy się do Ghasy. Po drodze mijaliśmy Marphe słynną z sadów jabłkowych, gdzie zaopatrzyłem się w wyśmienite Brendy. Potem za 300Rp zjechaliśmy znowu w dół kilka kilometrów, po wąziutkiej drodze z kierowcą ujaranym jak ta lala,ale tylko pod jakiś wodospad, musieliśmy ruszyć kawałek piechotą i po jakiś 20minutach trafiliśmy na coś co przypominało postój autobusów. Tam za 600Rp zaokrętowaliśmy się na jeepa prosto do miasta Bani. Na szczęście mieliśmy stamtąd od razu połączenie do Pokhary. Jeszcze tylko 200Rp na bilet 4 godziny drogi i skończyliśmy naszą całodniową tułaczkę. Ten dzień był dla mnie cięższy niż podchodzenie pod przełęcz ale jesteśmy!!!

niedziela, 25 września 2011

Pokara

Po dziewięciu miesiącach przerwy wróciłem do Pokhary. Po ciężkim sezonie letnim wreszcie przyszedł czas na upragnione wakacje. Gdy wysiedliśmy z autobusu przed piątą rano miasto powitało nas ulewnym deszczem, znak że sezon monsunowy jeszcze się nie zakończył. Obskoczyło nas kilku taksówkarzy cena za przejazd w stronę Lakeside spadła do 150Rp, ale postanowiliśmy przeczekać deszcz w kafejce i ruszyć gdy się rozpogodzi, wszak to tylko 30min piechotą. Ulewa, jak szybko nadeszła tak szybko się skończyła, zmieniając ulicę w wartki potok. Miasto budziło się do życia, skierowałem się w stronę Nord Lakeside gdzie stacjonowałem ostatnio. Jest tam ciszej, spokojniej i troszkę taniej niż w centrum turystycznego getta. Zakwaterowanie znaleźliśmy w Funny House, w tym samym w którym stacjonowałem w grudniu. Jako że byłem z dziewczyną postanowiłem podnieść standard wypoczynku i za 400Rp dziennie mieliśmy czyściutki pokój z łazienką z widokiem na jezioro i okoliczne góry. Warunki nie do pomyślenia w zasyfionych Indiach. Tak tu można odpoczywać!!! Pierwsze kilka dni to czas na aklimatyzacje i przyzwyczajenie się do innej strefy czasowej. Czas też by smacznie pojeść i popróbować miejscowego Gurkha Beer. Nie znaczy to że przez następne 9 dni leżeliśmy brzuchami do góry, marnując czas który pozostał nam w Nepalu.

I tak, jeden dzień spędziliśmy na obejście jeziora Fewa. Wyprawa wydawała się niby prosta, ale dużo pobłądziliśmy wśród pól ryżowych, lasów, potoków, rzeczek i osuwisk skalnych. Mimo to bardzo było miło.

Gdy za 25€, w jednym z kilkudziesięciu sklepów ze sprzętem turystycznym, kupiłem nowiutkie buty Salomona, postanowiłem je sprawdzić w działaniu. Ruszyliśmy na podbój Pagody Pokoju, która góruje nad miastem. Trasa znowu wiodła małymi polnymi ścieżkami wśród lasów i wszystko było w porządku, gdyby nie pijawki, które dotkliwie nam w tym przeszkadzały spijając litry krwi z naszych nóg.

Odwiedziliśmy też dwie jaskinie za miastem Mahendra Gufa i Bat Cave. Niestety o tej porze roku, w jaskini nietoperzowej, naliczyliśmy tylko kilkanaście nietoperzy. Ale i tak było przyjemnie szczególnie wyjście z jaskini po mokrych śliskich kamieniach. Gdy wracaliśmy w biurze Annapurna Area Conservation Projekt załatwiliśmy pozwolenia na treking wokoło Annapurny. Pozwolenie kosztuje 2000Rp + 2 zdjęcia, a TIMS czyli takie niby ubezpieczenie, które nie jest ubezpieczeniem, a według mnie służy do wyciągnięcia kasy, 1450Rp + dwie foty.

Do Pokhary w piątek zawitał mój znajomy, Szymek razem z dwójką kumpli i ojcem. Będą kręcić tutaj dokument, ciekawy jestem jak im to wyjdzie:)

Spotkaliśmy się by obgadać szczegóły podboju Himalajów. Oni ruszają już jutro, my z Isą dopiero w poniedziałek. Mam nadzieje że złapiemy ich gdzieś na szlaku.

wtorek, 11 stycznia 2011

Lumbini

Gdy wczoraj byłem na dworcu zapytać się o której dochodzą rano autobusy do Lumbini, uzyskałem odpowiedź: Morning? No problem! Stawiłem się więc o 9 rano i faktycznie no problem 9.30 i jechałem w stronę gdzie narodził się Budda. Wyprawa trwała cały dzień. Najpierw do Bhairawy(350Rp), a potem ostatnie 20km rozklekotanym busem do Lumbini(35Rp). Na miejscu byłem już po zmroku, a to przeważnie oznacza problemy ze znalezieniem taniego miejsca na nocleg. Pytałem w kilku hostelach ale ceny były równe mojemu dziennemu budżetowi. Dopiero w Village Lodge wskazali mi dosyć ciekawą opcje. W dwuosobowym pokoju mieszkała samotna mieszkanka Półwyspu Iberyjskiego, która szukała współlokatora żeby obniżyć koszty wynajmu pokoju . Jak dla mnie spoko, więc poznałem Katalonkę która miała imię, o ironio, Maria. Dziewczyna okazała się bardzo spoko, w turystyczno-squoterskich klimatach, więc tematów do rozmów starczyło do samego rana. Taka wisienka na torcie o nazwie Nepal.

Maria postanowiła zostać tu dwa dni, jej też jak mi nie chciało się jej wracać do Indii, niestety dziś kończyła mi się wiza, więc chcąc, a raczej nie chcąc, musiałem pożegnać Napal. Lumbini to straszna dziura, po 15 minutach obszedłem ją całą. Ale najważniejsze nie jest miasteczko ale miejsce w którym urodził się Budda i ruiny świątyń datowane na 2,3 wiek p.n.e(250Rp). Pielgrzymują tu buddyści z całego świata i to nie tylko z krajów gdzie ta religia jest popularna, spotkałem tu wierzących z Francji, Niemiec, Anglii i USA. Samo miejsce narodzin znajduje się w ruinach jednej ze świątyń, a z powodu ciągłych prac archeologicznych otoczone jest zadaszonym pawilonem.Całe miejsce znajduje się w parku, w którego północnej części, kraje, w którym Buddyzm jest główną religią, zbudowały monastyry. A więc mamy świątynie chińskie, koreańskie, birmańskie czy wietnamskie. Cały teren jest ciągle w budowie i myślę że za rok lub dwa będzie z tego piękna perełka. Ostatnią budowlą, więczącą cały kompleks jest olbrzymia Pagoda Pokoju wzniesiona przez Japończyków za cenę miliona dolarów.

Lalibela żegnała mnie deszczem i chłodem, trzeba było na nowo wyciągnąć zimową kurtkę czapki i rękawiczki. Wróciłem z powrotem do Bhairawy, a z tamtąd Jeepem za 10Rp dojechałem do granicy w Sunauli. Żeby dopełnić wszystkich formalności musiałem naszukać się biura imigracyjnego. Gdy wszystko było gotowe, pieczątki powbijane, deklaracje powypełniane, wpakowałem się do Jeepa i pojechałem do Gorakhapur(100Rp indyjskich). W samochodzie poznałem Ukraińczyka z Krymu Alexa, który stał się kompanem mojej dalszej wędrówki. Alex też spędził miesiąc w Nepalu, z tym że on nie dopełnił żadnych wymogów wizowych, po prostu wszedł do Nepalu nie pokazując nikomu paszportu, no i wrócił w ten sam sposób, w Sunali naprawdę jest to możliwe.

Do Gorakhapur kierowca zatrzymał się pod samym dworcem, zakupiliśmy bilety za 86 RP i po 4 godzinach czekania w tym nieciekawym mieście ruszyliśmy do Varanasi.

niedziela, 9 stycznia 2011

Dolina Katmandu

Przyszedł czas pożegnania z Pokarą, spędziłem tu super tydzień ale przede mną powrót do Katmandu, a potem dalej w stronę Indii. Czas goni, wiza się kończy więc ruszam dalej. Ze strefy hoteli jeżdżą autobusy prosto do Katmandu jednak cena jest o 100Rp wyższa niż normalnego autobusu, fakt to tylko jedno euro oszczędności ale czas podróży jest taki sam, a zawsze jest wesoło podróżując z miejscowymi i oszczędzone 100Rp można poświęcić na wypasione jedzenie po drodze.

Nie miałem żadnego problemu ze znalezieniem odpowiedniego autobusu, nawet nie doszedłem do dworca jak już zostałem zaciągnięty przez naganiacza do odpowiedniego autobusu, wrzucono mój plecak na bagażnik, skasowano 350Rp, usadowiono przy oknie i już jechałem w stronę stolicy. Mimo że to tylko około 200km jechaliśmy prawie 9 godzin. Przeprawa przez góry tymi wąskimi drogami pełnymi przeładowanych ciężarówek nie mogła chyba by być szybsza. Droga którą jechaliśmy nosiła dumną nazwę autostrady, więc nasza Krajowa Dyrekcja Dróg I Autostrad nie powinna wpadać w kompleksy. Z tym że Nepal należy do jednych z biedniejszych krajów świata, czego o Polsce raczej nie można powiedzieć. W Katmandu wróciłem do mojego starego hotelu na Tamel. Pokój czekał na mnie, ale po luksusach Pokary dopiero teraz zauważyłem w jakim niskim standardzie przyszło mi spędzić te ostatnie kilka dni. Lecz przede mną jeszcze nory Indii więc w sumie patrze na tą miejscówe z optymizmem :)

Pierwszego dnia wybrałem się do miasta Patan, obejrzeć Durbar Squer. Miasto jest zaraz za rzeką Bagmati i sąsiaduje z Katmandu niczym Chorzów z Katowicami. Można tam spokojnie dotrzeć piechotą z Tamel to raptem pół godziny drogi. Zaraz przy wejściu do miasta znajduje się kasa, gdzie kupuje się za 200Rp bilet i dostaje się niebieską nalepkę którą trzeba nosić w widocznym miejscu. Po drodze można znaleźć takową i zaoszczędzić dwie stówy. Durbar Squer jest równie piękny i wiekowy jak ten w Katmandu i mniej zatłoczony. To wspaniałe miejsce jeżeli szuka się wyciszenia szczególnie jeżeli człowiek zda sobie że patrzą na niego mury kilkuset letnich świątyń. Mimo że jest to pomnik historii UNESCO, życie toczy się po nepalsku. Na placu przekupki handlują zieleniną, kwiatami, pamiątkami i ciuchami, a wokoło jest pełno kawiarenek gdzie można uraczyć się czajem lub zjeść momo czy chowmin. Ale przez to wszystko czuć że to miasto żyje.

Następnego dnia wybrałem się z kolei do Bodhnath. Znajduje się tam największa stupa na świecie której początki sięgają 600roku naszej ery, a jak podsłuchałem od przewodnika obecny kształt pochodzi z 14wieku, wejście 250Rp ale gdy wchodzi się od strony północnej można obejrzeć ją za friko. Stupa robi naprawdę wielkie wrażenie jest olbrzymia i cały czas pełni swoją rolę miejsca kultu religijnego do którego pielgrzymują buddyści z całego świata. Jedyne miejsce skąd można objąć aparatem ten ogrom to z tarasu Tsachmen Gompy. Spod głównej bramy złapałem busa który za 10Rp podwiózł mnie prawie pod sam Tamel.

Niestety okres ważności mojej wizy upływał za 3 dni i chcąc, a raczej nie chcąc muszę opuścić Nepal i wrócić do Indii, na szczęście tylko na 2 tygodnie, a potem relaks w Tajladii, o tak już się nie mogę doczekać. Jeszcze tylko ostatnie zakupy, paczka do domu i kierunek Lumbini miejsce narodzin Buddy.

wtorek, 4 stycznia 2011

Tydzień w Pokarze

Po całym treku wokół Annapurny potrzebowałem kilku dni na wytchnienie. Pokara okazała się super miejscem do tego. Jest to drugie co do wielkości miasto po Katmandu, ale zupełnie inne. Turystyczna część rozciąga się nad brzegiem jeziora Phewa. Gdy przyjechałem na miejsce trafiłem akurat na czas noworocznego festiwalu ulicznego. Całe turystyczne getto było wyłączone z ruchu samochodowego, a główna jego ulica zmieniła się w jedną wielką restauracje, sklep z pamiątkami i ze sprzętem turystycznym włącznie. Ten klimat odpowiadał mi w 100%. Nocleg znalazłem na północnej części Lakeside gdzie jak się później okazało było wiele taniej niż w centrum i na południowych obrzeżach. Moim domem na najbliższe 8 dni został Guest House Funny Home:) Cena była bardzo miła, za pokój z widokiem na jezioro płaciłem 2€

Był to hotel prowadzony przez Nepalskiego Jogina, który na miejscu prowadził lekcje jogi. Jego wygląd kłócił się z moim wyobrażeniem prawdziwego jogina. To prawda, miał brodę i długie włosy ale do tego był mały z wielkim brzuchem, a na co dzień chodził w oczojebnym, starym, wytartym dresie. Mimo wszystko okazał się bardzo miłym gościem a czas spędzony w jego Funny House był dla mnie wyjątkowo funny.

Nie podejmowałem się żadnych fizycznych działań do końca 2010 roku. Zwiedziłem jedynie przecudną świątynie Bindhya Basini, położoną w północnej części miasta na wzgórzu, z której można podziwiać extra panoramę gór.

Przyszedł czas sylwestra. Cała ulica bawiła się hucznie. Ja umówiłem się na celebracje z Hermanem, miłym Duńczykiem którego poznałem hen gdzieś tam pod Annapurną.

Z powodu wysokich cen piwa w Nepalu zaopatrzyłem się w butelkę miejscowego Sake, które jednak dla mnie nie przypominało tego japońskiego trunku, a raczej podłej jakości bimber, ale było tanie 3€ za litrową butelkę, no i grzało od środka, a akurat w tę noc zrobiło się chłodno i od czasu do czasu padał deszcz. Chodziliśmy więc po głównej ulicy, racząc się ochoczo z flaszeczki i raz na jakiś czas zatrzymywaliśmy się w jakimś barze na piwko. O 23 zacumowaliśm

y w jednym z nim czekając na północ, niestety mój kolega zaczął powoli przybijać gwoździa, pewnie nie przywykły do mocy miejscowych trunków. Po chwili dosiadły się do nas dwie miłe miejscowe dziewczyny. Rozmawialiśmy, atmosfera zrobiła się luźna i tak, po jakiejś chwili, wyszło szydło z worka. Jedna z pań zaproponowała konsumpcje tej naszej znajomości ale powiedziała że kosztuje to około 40€. Zrobiło mi się głupio i poczułem się stary, nie, nie stary poczułem się obleśnie. Jednak w Hermana wstąpiły nowe siły, no cóż, zostawiłem go z tym problemem, dwoma paniami oraz z niezapłaconym rachunkiem, wziąłem piwo w dłoń i poszedłem na miasto. Akurat w Nowy Rok takie zdarzenie. Chodziłem więc po deptaku, gadając z miejscowymi mając myśli zajęte rozważaniem tematu przemijania czasu i gdyby nie głośne odliczanie do północy nawet nie wiedziałbym że to północ. Mamy 2011rok, hura teraz czas na zabawę do rana. Niestety nie tutaj o godzinie 24.30 zrobiło się pusto a o pierwszej prawie wszystko było pozamykane – taki Nepalski styl. Ale w sumie sylwester był bardzo fajny.

Następnego dnia wstałem rześki i wypoczęty. Plan na dzisiaj to Muzeum Gurków oraz jaskinie. Muzeum znajduje się jeszcze kawałek za starą częścią Pokary. To typowe miejsce dla dużych chłopców, prezentuje ona całą historie najwaleczniejszej formacji wojskowej. Od czasów XIXw aż do dzisiejszych czasów. Gdzie oni już nie walczyli,Monte Casino, Afganistan, Irak, Kosowo, Falklandy, Afryka pewnie jak by był konflikt na księżycu też można by było ich tam zastać. No ale jeżeli ich głównym mottem jest „Lepiej umrzeć, niż być tchórzem” to do czegoś zobowiązuje. Bilet kosztuje 150Rp a na miejscu można kupić różne pamiątki między innymi ich tradycyjne noże.

Idąc dalej na północ miasta dochodzi się do dwóch jaskiń. Pierwsza to Mahendra. Położona w

parku, nie za duża jaskinia. Wchodziło się do niej po schodach. a można było wyjść po dość stromym skalnym kominie. Druga była trochę bardziej dzika ale prze to bardziej ciekawa. Do zwiedzania niej przyda się latarka którą można wypożyczyć przy wejściu za 40Rp. Bilety wejściowe kosztują 20Rp. Nazwa tej drugiej to Bat Cave, Jaskinia Nietoperzowa, no i nazwa była adekwatna, na suficie były setki śpiących nietoperzy pierwszy raz w moim życiu widziałem coś takiego, rewelacja. A najlepsze było z niej wyjście trzeba było się nieźle na wspinać, żeby zobaczyć światło dnia, no ale o to w tym wszystkim chodzi no nie:)

Jak już ja wspominałem Pokara leży nad jeziorem postanowiłem go obejść. Wydawała się to prosta trasa, ale zajęła mi aż 7godzin. Może przez to że szedłem wzdłuż linii brzegowej idąc wąskimi ścieżkami i czasami okazywało się że to tylko dojścia do pól tarasowych albo jedynie szlak wydeptany przez bydło. Po drodze mijało się wioski, pola ryżowe, i pastwiska. Czasami na pastwiskach pasły się krowy i woły. Zwierzęta te ogólnie boją się ludzi ale kilka razy musiałem schodzić im z drogi, szczególnie gdy takie kilku tonowe stworzenie zaczynało biec w moim kierunku mucząc znacząco.

Na ostatni dzień zostawiłem sobie podejście do wioski Sarangot. Szlak prowadzi zaraz za północną częścią Lake Side. Trzeba się kierować na Sadhana Yoga, a potem prosto w górę szlakiem który prowadzi na sam szczyt. Pod szczytem znajduje się polanka z której startują paralotniarze. Przyjemność kosztuje 100€ za godzinę lotu. Na samym szczycie jest punkt widokowy, wejście 25Rp. Rozciąga się stamtąd wspaniały widok na białe szczyty gór, między innymi Annapurne i mimo że trafiłem na dość pochmurną pogodę widok był porażający. Właśnie za takie widoki podziwiam Nepal. Nie potrzebuje żadnej Jogi czy medytacji by oczyścić duszę, wystarczy tylko taki krajobraz. Drogę powrotną obrałem w stronę miasta i mimo że troskę pobłądziłem dotarłem po 2 godzinach do Funny House :)

Jestem bardzo zadowolony z pobytu, trochę tu wsiąkłem ale ten relaks był mi potrzebny, teraz kierunek Katmandu za tydzień koniec wizy i czas wracać do Indii. Mam nadzieje że ta część którą będę zwiedzał bardziej podejdzie mi do gustu.


poniedziałek, 27 grudnia 2010

Spacerkiem wokół Annapurny

Przyszedł czas pożegnać się z Katmandu, spokojnie, spokojnie jeszcze tu wrócę :)

Z turystycznego getta na dworzec autobusowy jest około 30min. Zjawiłem się tam o 8 rano, od razu znalazł się uczynny, który zaprowadził mnie do kasy, a potem prosto do drzwi autobusu i nie chciał za to ani grosza, to miłe. Bilet do Besisahar, gdzie rozpoczynałem moją wędrówkę, kosztował 300Rp. Miałem jeszcze godzinę do odjazdu więc przy herbatce oglądałem zawody w nepalską wersje cymbergaja. Cała podróż trwała długo i była nużąca, a na miejscu wylądowałem dopiero po południu. Nie było sensu ruszać się już gdziekolwiek, więc znalazłem pokój w hotelu, pochodziłem trochę po mieście, takiej zwykłej ulicówce i poszedłem spać.

Piękny rześki poranek, smaczne herbata z rana i ostatnie momo w dobrej cenie i ruszam w góry. Do Bhulbule, gdzie znajduje się wejście do parku można dojechać autobusem, niestety nie było akurat żadnego więc 2 godzinną trasę pokonałem na piechotę. To na razie nie były żadne góry ani nawet pagórki, ale szło się przyjemnie. Po dokonaniu wszystkich formalności i wpisaniu się do wielkiej księgi, mogłem ruszać dalej. Według przewodnika pierwszy nocleg miał mieć miejsce w wiosce Bahundada. Aby dostać się do niej trzeba zaliczyć dość ostre podejście. No i jestem na miejscu, kilku turystów oddycha ciężko, już szukają miejsca na nocleg, ale jak to, dopiero dochodzi 13ta. Już wcześniej wiedziałem że trasy opisane w Lonely Planet są dla górskich dyletantów lub starych bab. Ruszyłem więc dalej i około 15tej znalazłem się w wiosce Ghermu Phant położonej przy pięknym wodospadzie. Tu postanowiłem zrobić przerwę. Na całej trasie co pół godziny przechodzi się koło jakiejś wioski gdzie zawsze jest jakiś guest house w którym można znaleźć lokum i coś dobrego do jedzenia. Ja zatrzymałem się w Hotelu Sabina, zamówiłem warzywne curry z ryżem i rozkoszowałem się pięknem krajobrazu. To curry było w 100% ekologiczne i świeże, a kucharz żeby je przygotować zrywał warzywa wprost z małego przy hotelowego ogródka. Zostałem tutaj na noc.

Drugiego dnia ruszyłem o godzinie 8 rano. Po dwóch godzinach dotarłem do wioski Chamje, która miała być kolejnym miejscem na nocleg ale nocleg o 10tej rano, nie to trochę bez sensu, a więc naprzód w wyższe góry, na podbój Annapurny. Kolejne 2 godziny dosyć ostrej wspinaczki i otwiera się przede mną wielka dolina nad którą leży miasteczko Tal. W miarę wchodzenia wyżej ceny wody wzrastają niemiłosiernie. W Tal jest pierwszy punkt gdzie można nabrać przefiltrowaną wodę za rozsądną cenę 30Rp. Minąłem Tal, teraz szlak przecinał kilkakrotnie rzekę Marsyangdi Khola, przechodziło się po wiszących, linowych mostach zbudowanych przez szwajcarską firmę, która doświadczenia nabrane w Alpach z powodzeniem przenosiła na grunt Himalajów. Drugi dzień trasy zakończyłem Bagarchhap, racząc się smacznym Dal Bhatem i szklaneczką wina domowej roboty. We wiosce miał być punkt z czystą wodą ale jak się okazało był on 30 min dalej w Dhanakyu. Zaczynało się robić zimno, a szczególnie poranne wstawanie nie należało do najmilszych, byłem już na ponad 2000m.

Trzeci dzień to najpierw ostre podejście do Temang, kilka razy musiałem pytać miejscowych o drogę ale już za Temang było jak w Beskidach, no gdyby nie te góry wokoło, przy których człowiek czuje się naprawdę malutki. I znowu koło 13tej minąłem miejscowość Chame która miała być moim celem wg przewodnika, chyba coś jestem za szybki, może potem, z uwagi na wysokość, trzeba będzie zwolnić na razie naprzód aż do małej dziury przed Pisang. Tak małej że nie ma jej na mapie, a kilku mieszkańców uważa że to właśnie Pisang a kilku że to jeszcze Bhratang. W jedynym hotelu znalazłem zakwaterowanie i dobre jedzenie i mimo że nie było elektryczności czegóż mi było więcej potrzeba.

Całe szczęście że w Katmandu zaopatrzyłem się w te wszystkie goreteksy, windstopery i śpiwór puchowy bo zimno przenikało człowieka do szpiku kości. Do tego miałem ciągle niewyleczony katar, który wcale nie pomagał we wspinaczce.

Z Pisang do Mungi prowadzą dwie drogi. Lewym brzegiem łagodna i w miarę płaska, na tyle że w Hongde jest nawet lotnisko, prawym natomiast jest ostre podejście do wioski Ghyaru, a potem Ngawal. Ze względu na widoki wybrałem tą trudniejszą ale warto było, choć jak dotychczas był to najtrudniejszy dla mnie dzień. Na horyzoncie pojawiły się już ośnieżone skaliste szczyty, widać było Gangapurnę i Annapurnę III. Szkoda że tak nie wymierzyłem żeby spędzić tutaj nocy, myślę że to dobre miejsce na aklimatyzację bo to prawie 4000m. Za Ngawal schodzi się już tylko w dół aż osiąga się Mungi na około 3500m. Tutaj łączą się dwa szlaki i tutaj zostałem na noc. Ceny zaczynają się typowo Zakopiańskie, butelka wody 120Rp a Dal Bath 350Rp. Ale cóż, wszystkie rzeczy wnoszone są na plecach tragarzy. Co prawda widziałem po drodze że budują drogę do Manang ale w tych warunkach, bez możliwości używania ciężkiego sprzętu potrwa to jeszcze wiele lat.

Manang oddalony jest od Mungi o 45min drogi. Jest to stolica regionu dość pokaźne kamienne miasteczko, w którym znajdują się sklepy restauracje hotele a nawet kino. To dobre miejsce na aklimatyzacje. Nie chciałem tracić jednego dnia na odpoczynek ruszyłem więc dalej. W południe byłem już na 4000 w Yak Kharak, ale wspinałem się dalej, by o 15.30 znaleźć się na 4500m w Thorung Pedi, ostatniej bazie wypadowej przed przełęczą. Końcówka trasy jest dosyć nieprzyjemna, wszędzie znajdują się ostrzeżenia przed możliwymi lawinami i czasami trzeba przechodzić przez zamrożone wodospady, co przy zmęczeniu i wysokości wcale nie jest takie łatwe. W bazie byłem jedynym turystą. Podobno w sezonie jest tu ponad 200osób dziennie. Ja podczas całej drogi spotkałem może z 20tu. Noc miałem ciężką. Śniły mi się jakieś koszmary, nie wiem czy to z powodu wysokości czy z powodu Dal Bhatu którego zjadłem przed samym snem. W schronisku prąd jest tylko wtedy gdy działa mała elektrownia wodna, niestety o tej porze strumień zamarzł i nici z doładowania baterii do aparatu. Podobna sytuacja była z filtrowaną wodą, zauważyłem że już od 3500m była nieosiągalna, w rurach zamiast niej był lód.

Są różne teorie o której zacząć ostatni etap wspinaczki, niektórzy zaczynają o 3 rano inni o 5tej, ja tradycyjnie zacząłem o 8.30. Początkowo mimo ostrego podejścia szło się całkiem szybko, niestety gdy wyszedłem spoza osłony gór na odkryty, lekko księżycowy teren zaczął wiać potworny wiatr i to prosto w twarz, oj było ciężko. O trudności szlaku świadczy to że nawet czasami konie nie dawały radę, po drodze znalazłem zwłoki górskiej szkapy, no ale cóż jak to mówią koń ma cztery nogi i też się potknie. Całe szczęście nie było śniegu bo trasa była by zamknięta. Minąłem 3 Czechów z Pragi i 12.30 byłem na przełęczy. 5416m to brzmi dumnie!!! Chciałem sobie zrobić z tej radości zdjęcie ale aparat odmówił posłuszeństwa udało się to dopiero jakieś 500m niżej. Tu na szczycie czułem się jak na księżycu, żadnego krzaku, źdźbła trawy, zupełnie nic, istne pustkowie ale jakie piękne!!!!

Nadszedł czas na schodzenie, w dół trawersując, walcząc z wiatrem doszedłem do wioski Mutkinach. Tu jakże cicho, bezwietrznie, ciepło. Zatrzymałem się w hotelu przy Buddyjskiej świątyni i miejscowym bimbrem z ryżu uczciłem sukces.

Tak, teraz nadszedł czas na schodzenie. Słońce wschodziło nad górami a ja ruszyłem drogą dalej wśród księżycowego krajobrazu. Dla leniwych istniała możliwość zjechania dżipem, do Jomson, a stamtąd autobusem albo nawet samolotem do Pokary Zawierzyłem własnym nogą i popołudniu byłem w mieście Marpha, słynącego z sajdera, wina i jabłkowej brandy. Jest to świetne miejsce do kontynuowania świętowania zdobycia góry i tak też uczyniłem.

Następnego dnia, schodząc coraz niżej, oczy syciłem zieleniom pól, łąk lasów. Pojawiły się pierwsze bananowce, a miejscowi sprzedawali pomarańcze, można było już ściągnąć ciepłą kurtkę, czapkę, rękawiczki. Doszedłem do wioski Ghasa i tu zostałem na nocleg.

Ostatniego dnia starałem się iść inną drogą niż jeżdżą autobusy. Szlak taki prowadził aż do Tatopani, potem już niestety zakurzonym traktem doszedłem do Baisari. Nie było sensu brnąć dalej po tym nieciekawym miejscu, złapałem autobus do Beni-200Rp. Tam spędziłem noc, a rano pojechałem do Pokary.

Cały trek trwał 9dni, bardzo przydały się witaminy rozpuszczalne, bo picie tej wody nudzi się już po pierwszym dniu. Szkoda że nie wziąłem tabletek do oczyszczania wody i jakiejś maści na usta bo popękały mi już drugiego dnia. Podczas schodzenia słońce świeciło bardzo ostro więc okulary przeciwsłoneczne to podstawa. Budżet to około 8€ dziennie więc moja norma,pozwolenie sprawdzano mi kilkakrotnie ale o TIMS nikt nie pytał. Cóż więcej, jestem szczęśliwy ze zrobienia tej trasy, myślę że Everest tak za rok ,to w końcu tylko trochę wyższa górka, aha nie spotkałem nigdzie Yeti – szkoda ;)

piątek, 17 grudnia 2010

Katmandu

Po długiej walce z drogami Nepalu, autobus zatrzymał się gdzieś w Katmandu. Olałem jak zwykle wszystkich taksówkarzy i ruszyłem w stronę, no właśnie, tu pojawił się problem. Gdzie ja dokładnie jestem? Hmm..... Żaden z busów nie jechał w stronę Tamel, turystycznego getta, nie miałem żadnej mapy, a kompas zupełnie oszalał. Jednak, koniec języka za przewodnika, dzięki bogu wszyscy mówią tu po Angielsku, kilka pytań i już wiem jak mam iść. Okazało się że przede mną 45min marsz, nic to słoneczko świeciło dochodziło południe więc szło się bardzo miło. Dotarłem na Tamel, po obejściu kilku hotel znalazłem jeden w samym centrum, za przyzwoitą cenę 200Rp. Pokój miałem na 3 piętrze, więc trening wspinaczkowy i aklimatyzacja w cenie:)

Już od pierwszych minut w mieście poczułem się ekstra. Ludzie mili, uczynni, miasto, mimo że tłoczne nie przytłacza chaosem jak miasta w Indiach, a Tamel mimo że to turystyczna zona, pełne jest życia i zabawy. Oczywiście na każdym kroku stragany z owocami, jedzeniem, sokami, ciuchami, telefonami czy pamiątkami.

Dodatkowo cała okolica obsiana jest sklepami sportowymi, tak to jest moje królestwo!!! Wiem że to zabrzmi kretyńsko ale pierwsze 3dni spędziłem na zakupach. Nie, nie jestem zakupoholikiem, mam inne o 100razy milsze uzależnienia, ale czekała mnie wyprawa wokół Annapurny i musiałem się do niej odpowiednio ubrać. Kupiłem więc wind-stoper, kurtkę i spodnie goreteksowe, buty Salomona i ciepły puchowy śpiwór, a co najfajniejsze zmieściłem się w 100€. Nie ma sensu targać tych rzeczy z Polski, tu jest taniej, a wybór niebotycznie większy niż na naszym kontynencie.

Gdy sprawę zakupów miałem załatwioną, ruszyłem w miasto. Najpierw musiałem załatwić pozwolenie na wejście do parku przy Annapurnie – 2000Rp, potem musiałem się zarejestrować gdzie i kiedy idę w góry, żeby w razie czego, wiedzieli skąd ściągać moje zwłoki, bo na rychłą pomoc nie liczę -1420RP. Wszystko to można załatwić w budynku ACAP przy miejskim terminalu autobusowym.

Katmandu jest przepięknym miastem, same centrum to wąskie, stare uliczki, na których kładzie się cień z 4,5 piętrowych kamienic. Przy tych uliczkach stoją 3,4 piętrowe domy które skutecznie zasłaniają światło słoneczne. Jednakże co kilkaset metrów jest zawsze mały, słoneczny placyk przy którym znajduje się pagoda lub buddyjska świątynia. Tu też przekupki, sprzedają warzywa i owoce. Warto zagłębić się też w bramy, za drzwiami często znajdują się kapliczki lub urokliwe skwery na których toczy się codzienne życie. Prawdziwy wypas dla fotografów, niestety ja do nich nie należę, brakuje mi tu dobrego aparatu i sprawnego oka Bartka.

W odległości 25min od Tamel znajduje się Durbar Square. Jest tam Pałac Królewski, i niezliczona ilość świątyń, z których najstarsza liczy sobie 5 stuleci. Cały obszar uznany jest za światowy pomnik UNESCO, oczywiście wiąże się to z kupnem biletu w cenie 300Rp, jednak za takie widoki warto wydać 3€, ale jeżeli ktoś nie chce płacić, wystarczy wejść od ulicy Maru Tole, tam nie ma kasy, a potem jak zwykle udawać głupka:)

A teraz kilka słów o kuchni, mimo że schudłem tu już kilka kilo, jedzenie jest dla mnie najsmaczniejszym tematem. Jako wielki fan polskich pierogów, mam tu niezły wypas zajadając się momo. Momo, to także są pierożki, gotowane na parze z różnym nadzianiem: wołowym, warzywnym lub z kurczaka. Talerz, z 10 sztukami, podanymi z pikantnym sosem kosztuje około 2 złotychi. Istny raj w ustach. Głównym Nepalskim daniem jest DAL BATH, to ryż z warzywami sałatką i zupom z soczewicy można się tym najeść na cały dzień. Do tego na każdym kroku czaj, czyli po naszemu bawarka, słodka herbata z mlekiem. Przestałem dzięki niej pić kawę, która jak na te warunki jest dosyć droga, w restauracji cena dochodzi do 200Rp. Ale ja, trzymając w ryzach budżet omijam restauracje szerokim łukiem. Oczywiście rano do herbaty zawsze jakieś ciacho lub pikantna samosa i dzień zaczyna się wspaniale!

Trafiłem tutaj poza sezonem, dlatego turystów jest niewielu. Na szczęście większość z nich to prawdziwi turyści, z którymi można rzeczowo pogadać, a nie hipisi którzy odnaleźli „swoją drogę życia” i pieprzą same nawiedzone głupoty!!!

Spędziłem prawie tydzień w Katmandu, odpoczywając i lecząc przeziębienie, którego nabawiłem się podczas nocnej jazdy do stolicy. Ważna rzecz, mimo iż startuje się w dzień kiedy jest ciepło, po zmroku temperatura może obniżyć się o kilkanaście stopni.

A teraz, wyleczony tanimi miejscowymi lekami (tabletki przeciw grypie tygodniowa kuracja 2zł!!) jadę do Besisahar by zacząć mój treking wokół Annapurny. Powinno mi to zająć 2 tygodnie, więc wszystkim znajomym i nie znajomym, wszystkiego najlepszego z okazji Świąt i szczęśliwego nowego roku!!! do zobaczenia w 2011roku.