niedziela, 3 stycznia 2010

Góry Semien - powrót

Nie spiesząc się zwijamy obóz i ruszamy do Chiro Leba. My, zdobywcy
najwyższego szczytu Etiopii, których nie przestraszy żadne podejście,
żadna góra, żadna przełęcz. Trasę powrotną robimy w półtorej godziny.
Jesteśmy na tyle wcześnie, że jest jeszcze czas na zjedzenie indżery i
wypicie piwka. Uznaliśmy z Bartkiem, że warto postawić jedzenie i piwko
skautom, za czas który spędzili z nami. Po jedzeniu, przyszedł czas na
przekonanie ich, iż jedziemy jednak ciężarówką, wbrew regułom
obowiązującym w Parku. Pomógł nam oczywiście kucharz, który przez przypadek przechodził obok - jak mówiłem - magik!!!
Skauci nie byli zadowoleni z tego pomysłu. Zgodzili się tylko żebyśmy
dojechali do pierwszego obozu. OK, lepsze to niż nic.
O 13tej podjechały ciężarówki, Mariusz zaczął ostre negocjacje, cena wyjściowa 2000BR za naszą szóstkę, skautów i tragarza jest zupełnie nie do przyjęcia. Po ogólnych przepychankach, wsiadaniu i zsiadaniu z auta zbiliśmy cenę do 800BR ale możemy dojechać tylko do obozu nr 1.
Ruszyliśmy krętą, utwardzaną drogą na pace ciężarówki marki ISUZU.
Serpentyny wiły się najpierw pod górę, a potem ostro w dół. Na pace trzęsło jak cholera, wszędzie kurz, nie było to dobre miejsce do prowadzenia konwersacji ale mimo wszystko próbowaliśmy rozmawiać z
miejscowymi. Pomimo, że to tylko 30 km, jechaliśmy około godziny. Po drodze, w obozie Chennek, wzięliśmy jednego z naszych tragarzy, który nie zrozumiał, że ma poczekać w Chiro Leba. Niestety, przez to nadzialiśmy się na przewodników innych wycieczek, którzy kazali kierowcy wyrzucić nas przed obozem nr 1, mimo że ten wcześniej wyraził chęć podrzucenia nas do Debark za dodatkowe 300BR. Przewodnicy dostają sutą prowizję od właścicieli vanów, które mogą zwozić turystów z gór. Z wioski, z której ruszyliśmy, przewóz kosztuje około 2500BR, nas wysadzono przed obozem Sankaber. Zostało 35 km marszu, nie ma szans żebyśmy doszli przed zmrokiem, dochodziła już prawie 15ta. Trzeba było postąpić ostro. Zatrzymaliśmy kolejną ciężarówkę, tym razem negocjacje prowadził Jacek. Kierowca zgodził się nas zawieźć za 400BR. Została jeszcze kwestia skautów, którzy nijak nie chcieli się zgodzić żebyśmy pojechali autem.
Wymogli na nas łapówę, po stówie na każdego. I tak mieliśmy im dać bonus więc nie było problemu. Dostaliby na pewno więcej po powrocie ale przekombinowali - ich strata. Bez problemu przejechaliśmy przez bramki Parku i po pół godzinie byliśmy w Debark.
Marta, Czapla i Aron zamelinowali się w jednym z droższych hoteli
Imet Gogo (dwójka 160BR). Powitali nas na werandzie. Hotel może drogi
ale piwko za 6BR. Byliśmy zmęczeni, chcieliśmy jak najszybciej
odmeldować się w biurze Parku, zmyć z siebie kurz z całej podróży,
napić się piwa i odespać. Niestety, kłamstwo ma krótkie nogi, nasi
skauci wygadali się, że byliśmy na Ras Dashen i musieliśmy dopłacić za
2 dodatkowe dni, bo inaczej nie dostalibyśmy własnych rzeczy.
Nie było co się kłócić, wywaliliśmy po 2 stówy – trudno, spodziewaliśmy
się tego. Wszystko skończyłoby się dobrze, gdyby kolejny warszawski kmiot,
Aron, nie zaczął robić bydło. Nie musiał dopłacać ale chciał pokazać kim to
on nie jest, zaczął się włamywać do schowka gdzie były nasze rzeczy.
Wszyscy wybiegli, wartownik przeładował kałacha. My także wybiegliśmy
ale nie po to by ratować ale zabić gnoja. Aron zaczął się wymądrzać,
straszyć polską ambasadą, policją i cholera wie czym jeszcze.
Wszystkim puściły nerwy, nawet najspokojniejszemu na tym wyjeździe
Krzyśkowi. Mieliśmy naprawdę dość, a ten przemądrzały dupek dalej swoje,
o zasadzie domniemanej niewinności i jakieś inne, zupełnie kosmiczne pierdoły.
Było nam naprawdę za niego wstyd. Przepychanka trwała z pół godziny.
Gdy już emocje opadły, okazało się że zepsuł zamek i musimy dopłacić
kolejne 200BR za naprawę. Awantura zaczęła się od początku. W końcu
Krzysiek ze swojej kieszeni wyłożył dwie stówy, bo Aron nie poczuwał się
do winy. Naprawa trwała kolejne pół godziny. Zmarnowaliśmy więc prawie
2 godziny przez idiotę. Zrobiła się noc, zadzwoniliśmy do Golda, żeby
załatwił nam bilety na jutro, niestety było już za późno. Zamelinowaliśmy się
z Bartkiem w najtańszym z możliwych hoteli za 25BR, nie zależało nam
na standardzie tylko na odpoczynku.

Góry Semien - Ras Dashen

Jak było wcześniej ustalone, wstaliśmy o czwartej rano, szybkie odgrzanie
wczorajszej kolacji potem szybka herbata i w drogę. Zbieranie
wychodzi nam coraz szybciej i ogólnie grupa zaczyna całkiem nieźle się
docierać. Ale i tak ruszyliśmy jako ostatni o 5:15. Przed nami była
para Austriaków oraz Brytyjczyków z całym taborem czyli skautem,
przewodnikiem, mułem i kierownikiem muła. Szlak zaczyna się od
ostrego dwugodzinnego podejścia. Podchodzi się całkowicie po ciemku.
Na szczęście trafiliśmy na czas, kiedy księżyc był w pełni. Jeszcze
przed końcówką tego podejścia wyminęliśmy Brytyjczyków, stajemy się
całkiem nieźli, he he he. Potem trasa prowadzi trawersem, zboczami
gór, nie jest zbyt uciążliwa i idzie się w miarę szybko, zostaje jeszcze
jakieś pół godziny ostrego podejścia do ostatniego płaskowyżu i
wspinaczki na szczyt. Powodem wczesnej pobudki i wyjścia z bazy
jest nie tylko wyścig z czasem ale też i fakt, iż końcówka podejścia
prowadzi zachodnim zboczem oświetlonym bardzo ostrym słońcem,
które razi w oczy, powodując że nic nie widać na odległość kilku metrów.
Przydają się wtedy dobre okulary przeciwsłoneczne.
Gdy wychodzi się na kamienisty płaskowyż, oczom ukazują się 3
szczyty. Jeden z nich przypominający górę z Gór Stołowych jest naszym
celem. Uskrzydleni tym widokiem w pół godziny dochodzimy do jego
podnóża. Tu, nie wiadomo skąd, pojawiają się ubrane w skóry dzieci,
które przygrywają nam na flecie i co ciekawe towarzyszą nam aż na sam
wierzchołek. Totalny kosmos!!!
Ostatnie 10 minut to naprawdę ostra wspinaczka. O godzinie 10:20 - Rysiek, Jacek, Mariusz, Krzysiek i nasze skromne dwie osoby
zdobywają szczyt RAS DASHEN 4532 m n.p.m.
według GPS'a.
Dla naszego skauta to już 40ty czy 50ty raz, dla naszej szóstki pierwszy szczyt o takiej wysokości. Czas na pamiątkowe zdjęcia, przywitanie się z Austriakami, Brytyjczykami oraz pogratulowanie sobie nawzajem wyczynu.
Powrót to już trasa w 100% w dół, lecimy jak na skrzydłach, wyprzedzając Austriaków i po 3 godzinach jesteśmy w obozie.
Zdobycie RAS DASHEN oblewamy piwkiem... Dashen. Jesteśmy witani przez naszego skauta, który został pilnować namiotu, symbolicznym kwiatkiem. Przyszła do nas też cała młodsza część wioski Ambiko.
Nie tyle może żeby pogratulować, ale wysępić jakieś dobra. Tu naprawdę widać biedę, ludzie nie mają co na grzbiet włożyć. Spodnie to już tylko ażurowa konstrukcja na której trzymają się łaty. Pozbywamy się zbędnych rzeczy, opróżniamy nasze podręczne apteczki. Tutaj lekarz nie dochodzi nigdy. Jedyną pomoc mogą nieść turyści. Gotujemy ostatnie zapasy makaronu, cebuli i czosnku. Jutro czeka nas już normalne żarcie.

sobota, 2 stycznia 2010

Góry Semien - Camp Ambiko

Obudziłem się wcześnie rano i poczułem się dziwnie, w głowie mi się
kręciło, wszystko było zamglone i nie mogłem złapać powietrza. A więc
tak się człowiek czuje przy chorobie wysokościowej. Trudno, nie ma co
się wycofywać, trzeba brnąć dalej. Z dalszej drogi wycofała się
Marta, która chciała wrócić do Czapli oraz Aron, który po prostu nie dał
rady. Oczywiście nie poinformowali naszych skautów o swoich planach i
jeden z nich wpadł w popłoch, że zgubił dwójkę z nas i że go za to zamkną.
Dzięki pomocy anglojęzycznych przewodników udało nam się na szczęście jednak wszystko mu wytłumaczyć. Wyruszyliśmy około ósmej rano.
Pierwsze 3 godziny to znowu ostre podejście na szczyt pasma górskiego.
Szliśmy wąskimi ścieżkami, a w oddali wiła się nowa, ubita droga, nasza jedyna nadzieja na wydostanie się stąd, jeżeli chcielibyśmy trasę zrobić w 6 dni.
Tym razem to nie ja nadawałem tempo wycieczce tylko Bartek. Co dziwne,
nudności i zawroty głowy przeszły mi na szczycie, na wysokości 4200 m.
Od tego momentu droga prowadzi w dół przełęczy, do wioski Chiro Leba.
Wioska może malutka, ale jest tam coś, co nosi dumną nazwę hotel i restauracja.
Tu, pierwszy raz od 4 dni, zjedliśmy indżerę podlaną dobrym Dashenem.
Udało nam się dogadać z kierowcą ciężarówki, że w poniedziałek będziemy
tędy wracać i chcemy załapać się na przewóz do Debark. Mimo, że nie wolno otwartymi ciężarówkami wozić turystów po terenie Parku, kierowcy nijak to nie przeszkadzało, bo jeżeli nie wiesz o co chodzi - to chodzi o pieniądze, nasze pieniądze.
Ruszyliśmy dalej. Najpierw godzinkę w dół do koryta rzeki, a potem
delikatnie pod górkę, trzy kwadranse do Obozu Ambiko. Dzisiejszy dzień
nie był taki ciężki, trasę udało się zrobić w 7 godzin. W bazie czekało
na nas piwko, zrobiliśmy dla siebie, skautów i tragarzy, tradycyjny
makaron z cebulą, czosnkiem i ostatnim pomidorem zalany sowicie
olejem. Wszystkim smakowało, nikt nie wybrzydzał.
Jutro najważniejszy dzień RAS DASHEN. Pobudka o 4tej rano.

piątek, 1 stycznia 2010

Góry Semien - Imet Gogo 3926 m

Codzienna monotonia, szybka przekąska z wczorajszej kolacji, zwijanie namiotów, pakowanie, poranna gorąca herbata.
Początkowo trudno nam się było rozruszać, skostniali, zmarznięci, na lekkim kacu ruszyliśmy na podbój pierwszego szczytu.
W nocy był duży przymrozek, tak że burta namiotu od strony gdzie mieliśmy głowy zamarzła. Pierwsza część drogi to dosyć ostre podejście na szczyt Imet Gogo. Zajęło nam to dwie godziny, widok ze szczytu był przepiękny. Ale najpiękniejsze dopiero przed nami.
Żeby dojść do następnego obozu trzeba było zejść z jednego
pasma górskiego i wejść na następne, różnica wzniesień wynosiła
kilkaset metrów ale przy wysokości ponad 3000 m każdy metr męczył nas
niemiłosiernie. Z Imet Gogo schodzi się krawędzią klifu który ma około
1000m. Okolica przepiękna, na klifie można było wypatrzeć pasące się
kozice, dokoła pełno pawianów, a nad nami latają orły, jastrzębie i
olbrzymie "kruko-poczwary", które nie bały się podejść na odległość metra.
Po przyjemnym schodzeniu zaczęło się ostre podejście. Trasa prowadziła
przez las drzew kaktusopodobnych i było naprawdę ostro pod górkę.
Na jednym z przystanków znalazła się chmara dzieciaków, która chciała
nam sprzedać wełniane czapki po 25BR za sztukę. Co prawda, w takiej
czapce wygląda się jak Mieszko I ale jest ciepła i w tych warunkach
bardzo przydatna.
Okazało się że skaut nie jest tylko od noszenia kałasznikowa i prowadzenia nas do następnego obozu ale też do ochrony przed gawiedzią chcącą wepchnąć nam wszelakie towary i wysępić kilka birrów.
Niektórym zaczęła już doskwierać choroba wysokościowa. Nogi szłyby
bez problemu ale organizm nie dawał rady. Największy problem mieliśmy
z zaczerpnięciem powietrza. Czułem się jak bym oddychał w próżni.
Powoli bo powoli, szliśmy jednak do przodu. Zeszliśmy do utwardzanej
drogi, tam spotkaliśmy naszego skauta który wrócił z Debarku oraz
jednego z tragarzy - wiedzieliśmy że już niedaleko. Jeszcze 10 min i
byliśmy w obozie Chennek. Po dziewięciu godzinach, totalnie wymęczeni
opadliśmy na ziemie łapiąc chaustami powietrze. W bazie znalazł się
kucharz brytyjskiej pary który zorganizował nam chłodne piwo za
15BR. Drogo ale... warto było to uczcić. Udało nam się rozbić namioty ale
ze zrobieniem jedzenia nie było już tak łatwo. I tu z pomocą znowu
przyszedł nam kucharz magik. Podrzucił nam resztki zupy pomidorowej, a
gdy zalaliśmy nią makarony z chińskich zupek danie wyszło przepyszne.
Chłopaki jeszcze gadali do nocy pijąc chłodnego Dashena, Bartek i ja
zasnęliśmy od razu jak dzieci.

czwartek, 31 grudnia 2009

Góry Semein - Sylwester na 3600 m

Plan na dzień dzisiejszy zakładał dostanie się do obozu Chennek. Było
to wykonalne ale trzeba było wyruszyć o szóstej rano. Niestety zanim
się wszyscy spakowali, dochodziła już dziewiąta. Dodatkowo Czapla,
który przez skręconą nogę zrezygnował z dalszej wycieczki i razem z
jednym skautem postanowił wrócić do Debark, zaczął się wykłócać o
jakieś banany, wędlinę i kto jest mu winny 2, a kto 3BR. Bartka to
śmieszyło, mnie nie za bardzo, ten facet naprawdę jest żałosny ale to
chyba najlepszy kandydat na polityka Samoobrony czy PiS-u. Życzę mu
powodzenia ;(.
Te bezproduktywne kłótnie trwały dobrą godzinę ale w końcu
ruszyliśmy. Początkowo szlak łagodnie ciągnie się wzdłuż koryta rzeki,
dopiero ostatni fragment do samego obozu jest stromy. Pół
godziny przed szczytem jest wioska Gich. Jako że nie było się gdzie
spieszyć, chłopaki, zaciągnięci przez małą dziewczynkę, poszli do
miejscowej chaty na ceremonię parzenia kawy.
My w tym czasie zorganizowaliśmy sobie litr mleka za 10BR i sześć jajek
po 1 BR. Czeka nas dzisiaj królewska kolacja.
Z płaskowyżu na którym mieści się obóz rozciąga się piękny widok na
góry. W obozie, oprócz naszej ósemki, byli jeszcze Czesi, Francuzi,
Austriacy i Brytyjczycy. Wodę można było brać z pobliskiego
strumienia, był nawet prysznic, a dwie murowane toalety nie zabijały
swoim smrodem. Dodatkowo były dwie wiaty, w których można było gotować.
Po rozbiciu namiotu, zabraliśmy się właśnie za to. Dziś świąteczne
nudle z cebulą, jajkami, pomidorami i czosnkiem. Jako że cały
jest na otwartej przestrzeni, ostro wiało i zrobiło się mroźno.
Ubrałem na siebie wszystko co miałem: kalesony, spodnie, na koszulkę
ubrałem flanelę, kapturek, polar i kurtkę, a do tego rękawiczki i
czapkę. Tak ciepło opatulony zasiadłem do gara naszej królewskiej kolacji. Podzieliliśmy się z jedzeniem z tragarzami i skautami, bo oni,
jak widziałem jedli tylko suche buły przywiezione z Debarku.
Para brytyjska miała ze sobą kucharza, był to istny magik. W tych
warunkach ugotował obiad z dwóch dań, znalazło się też wino żeby
uczcić Nowy Rok, a co ważniejsze na ognisku przyrządził wspaniałe
ciasto. Zasługiwał w pełni na miano Magika.
Po sutym jedzeniu zaczęliśmy się raczyć alkoholem przywiezionym
jeszcze z Polski, oraz miejscowymi trunkami dosyć podłej jakości.
Nikomu nie zależało na dotrzymaniu do Sylwestra, byliśmy zmęczeni i
zziębnięci. Jedyną osobą która przywitała nowy rok był Bartek, który
po prostu zagadał się z przewodnikami. Rok 2010, oby był jeszcze
lepszy od 2009, a nie jest to proste wyzwanie.

środa, 30 grudnia 2009

Góry Semien - etap pierwszy czyli warszawski falstart

W Gondorze umówiliśmy się pod hotelem, w którym mieszkali towarzysze
naszej podrózy. Mimo, że każdy miał dużo bagażu plus rower, a van był
naprawdę mały, z pakowaniem poradziliśmy sobie dość sprawnie i już o
godzinie 7:30 wszystko było przygotowane do wyjazdu. Niestety od tego momentu zaczęły się schody. Najpierw kierowca chciał więcej pieniędzy niż
początkowo uzgodnione 1400BR. Nie miał jednak odpowiedniej
siły przebicia, jeden przeciwko dziewięciu Polakom, nie miał szans.
Kiedy już zrezygnował z walki wszyscy rozeszli się coś zjeść i wypić,
a kolega Czapla "kierownik" grupy rowerzystów, stwierdził iż idzie
oglądać jeszcze kościół. Nie zabraniam mu doznań kulturalnych
i duchowych ale nie wtedy, gdy czas nas goni i chcemy jeszcze dziś
dojść do drugiego obozu.
Zrobiła się 9:30, mamy już dwie godziny spóźnienia. Ruszyliśmy. Droga
była kamienista, bardzo kiepskiej jakości, bez asfaltu. Chłopaki
umilali sobie niedogodności podróży pijąc miejscowe OUZO. Trochę to
nieodpowiedzialne, mamy wszak być dzisiaj na 3000m ale cóż, to nie
moja broszka. Zameldowaliśmy się w biurze Parku i rozpoczęły się
negocjacje cenowe. Dzień pobytu w Parku kosztuje 100BR od osoby, poza
tym trzeba obowiązkowo wynająć ochroniarza tzw. skauta za 40BR za
dzień. Jako że nas była dziewiątka musieliśmy wziąć ich dwóch, bo
według prawa Parku, jeden może prowadzić tylko grupę 6 osób.
Opcjonalnie można wynająć też przewodnika za 120BR dziennie i
kucharza. Nie skorzystaliśmy jednak z tych luksusów. Jeżeli chce się
zdobywać Ras Dashen trzeba wykupić obowiązkowo 8 dni pobytu w Parku,
niezależnie jak szybko pokona się tą trasę. W ramach cięcia kosztów
koledzy stwierdzili, że wykupią tylko trekking sześciodniowy, a potem
się zobaczy. Nam z Bartkiem bardzo zależało na zdobyciu szczytu ale
przystaliśmy na opcję większości, nie ma co się za bardzo przejmować,
zobaczymy co będzie dalej, przecież skauci nie będą do nas strzelać.
W biurze Parku istnieje możliwość przechowania zbędnych rzeczy
za zupełną darmochę.
Przepakowani, ruszyliśmy z dwójką naszych opiekunów zaopatrzonych w kałasznikowy, do obozu Sankaber, oddalonego od miasta o 36 km. Droga tam jest kręta, wyboista i długa.
Na miejscu, ostro już podpity Czapla zaczął załatwiać tragarzy, którzy ponieśliby całe ich żarcie na szczyt. Niestety alkohol zaczął
mącić jego przywódcze zapędy oraz zmęczył
go na tyle, iż scedował pracę na kolegów,
a kiedy wszystko było już załatwione,
zrugał wszystkich jak bure suki, chyba
żeby poczuć się bardziej męsko. Co za kolo!!
Tragarzy było dwóch, a każdy z nich niósł po 20 kg sprzętu i inkasował za to 45BR dziennie. Razem z Bartkiem nieśliśmy nasze bagaże na własnych plecach, a jako że dochodziła już 15ta, nie chcąc przedłużać tej żałosnej sceny, wzięliśmy jeszcze to, co nie zmieściłosię na grzbiety tragarzy. Ruszyliśmy do obozu Gich.
Początkowa trasa jest naprawdę przyjemna, małe różnice wzniesień,
a wokoło przepiękne góry.
Ścieżka prowadzi bokiem zbocza i już pierwszego dnia „nadzialiśmy” się na
pawiany i endemiczne kozice, których nazw łacińskich nie pomnę.
Szliśmy dosyć szybko za pierwszym skautem, niestety co pół godziny
musieliśmy się zatrzymywać i czekać na zamykającego stawkę pijanego
Czaplę. Drogę, którą powinno się zrobić w półtorej godziny my
musieliśmy przedłużyć do trzech. Na małej polance czekaliśmy na
marudera, który już prawie prowadzony przez swoją dziewczynę, źle stanął
i skręcił sobie nogę. Tak zaczął się upadek "wodza". Udało się nam
jeszcze podejść stromym podejściem w okolicy Deche Nadela i tu noga
całkowicie odmówiła posłuszeństwa. Zmierzchało się, nie było wyboru,
trzeba było nocować na pobliskim polu. Z nami nie było problemu,
zaopatrzeni w namioty, śpiwory i ciepłe ciuchy, nie baliśmy się
mrozów, a temperatura spada tu poniżej zera. Nasi skauci byli ubrani
tylko w jakieś pseudo garnituro-mundury, sandały, obwiązani kocami, a
jeden z naszych tragarzy nie miał nawet butów. W tych warunkach
musieli spędzić całą noc w stogu siana.Kolega Czapla przez cały wyjazd kreował się na przywódcę grupy,
niestety swoim zachowaniem potrafił jedynie potwierdzić najgorsze
stereotypy dotyczące mieszkańca "stolycy" po prostu ŻENADA!!! Szczerze powiedziawszy wcale mi go nie żal, dobrze się stało, w dniu dzisiejszym odpadło najsłabsze ogniwo wyjazdu.

wtorek, 29 grudnia 2009

Witamy w Etiopii

Ostatnie chwile w Sudanie, ostatnie biurokratyczne głupoty, przekraczamy most którego nikt nie pilnuje i jesteśmy w Etiopii. Tu podbijamy wizy, składamy deklaracje celne i jesteśmy w wolnym kraju. Na granicy spotykamy naszych znajomych rowerzystów z Polski. Miasto, a raczej miasteczko jest typowe dla większości granicznych osad. Pełno cinkciarzy, kombinatorów, sklepów, barów i domów rozpusty. Poczułem się swojsko. Od razu pojawiło się mnóstwo osób, które za skromną prowizje, chciało nam pomóc. Na szczęście, my mieliśmy własnego przewodnika Maika. Był to Etiopczyk, który pracował w Sudanie, znał nieźle angielski i był bardzo pomocny przy negocjacji cen. Ruszyliśmy razem do Gondoru. Bus kosztował 60Birów (1€- 18,5Birrów, 1$-12.8Birrów, 1zł- około 4 Birrów). Przebijaliśmy się przez góry i po około 4 godzinach byliśmy na miejscu. Ta część Etiopii jest zupełnie inna niż Sudan. Teren jest górzysty, wszędzie można znaleźć drzewa, pola uprawne, łąki na których pasą się krowy i owce i mimo że to zima, wszędzie jest zielono. Pierwsze wrażenie jest naprawdę pozytywne. Sam Gondor przypomina polskie górskie uzdrowisko z lat 70tych. Trochę biedne, ale powoli rozwijające się. W mieście jest informacja turystyczna która sprzedaje mapki ale po godzinie chodzenia człowiek poznaje tu każdy zakamarek. Znaleźliśmy pokój w hotelu przy dworcu za 70BR i poszliśmy na kolacje i pierwsze piwko po 3 tygodniach. Po wspaniałym sudańskim fuulu, przyszedł czas na etiopską indżere z sosami. Jest to wielki placek o lekko kwaśnawym smaku do którego można zamówić rybę, gulasz lub gotowaną pastę warzywną. Wszystko się je palcami, a mama mi zawsze mówiła że mam jeść nożem i widelcem, he he he tu wyglądało by to dziwnie.
Drugiego dnia poszliśmy na zwiedzanie miasta. Nad centrum góruję zamek, nic specjalnego jak na Europę ale tutaj jest to ewenement. My wybraliśmy się do monastyru z XVIII wieku w którym są malowidła przedstawiające, Jezusa, Boga i całą gromadę Świętych, na czelę ze Świętym Jerzym który zatłukł smoka. Przy kościele jest też małe muzeum z przedmiotami liturgicznymi oraz z kilkuset letnimi księgami. Wejście kosztuje 25BR ale warto to zobaczyć. Wieczorem jak zwykle kolacja z indżery i piwko lane za magiczną cenę złoty pięćdziesiąt, oj podoba mi się tutaj bardzo!!!

Kierunek Etiopia

Zaopatrzeni w bilety, o szóstej rano, stawiliśmy się na dworcu autobusowym. Oczywiście nie obyło się bez sprawdzania naszych paszportów, wiz, rejestracji i innych pozwoleń ale zdążyliśmy do tego przywyknąć. Przyszedł czas żeby pożegnać się z kolegą Simonem, wiernym druhem naszej Sudańskiej tułaczki i ruszyliśmy w drogę. Piękny chiński autobus Yutong, dawał sobie dzielnie radę przez dobre 4 godziny, ale cóż, jako że to wymysł chińskiej myśli technicznej ,wziął i się w końcu zepsuł na środku pustyni. Kierowca zapytał po arabsku czy w autobusie jest mechanik i całe szczęście znalazło się kilku znawców tematyki i około 20 gapiów, zawsze służących dobrą radą. Wspólnymi siłami po dwóch godzinach udało się uruchomić silnik, ruszyliśmy dalej. W mieście Gadaref byliśmy po zmroku. Zastanawialiśmy się nad obozowaniem w okolicy ale od taksówkarza dowiedzieliśmy się że istnieje jeszcze szansa dostania się dzisiaj busem na granicę. Władowaliśmy się do przerobionej na pasażerską Toyoty Hiluxa i pojechaliśmy na dworzec Koda. Faktycznie, nie było problemu ze znalezieniem transportu do granicy. Za 10SDP i 2 godziny później byliśmy w Gallabat. Tam znaleźliśmy najtańszy nocleg w „hotelu namiot” za 1SDP. Formalności graniczne zostawiliśmy sobie na jutro.

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Góry Semien - przygotowania

Wróciliśmy znad jeziora Tana około 10tej. Umówiliśmy się z chłopakami
z Welocypedy.pl pod budynkiem poczty w Gondarze. Chcieliśmy obniżyć
koszty wypadu w góry, a poza tym w grupie przyjemniej. Do czwórki
rowerzystów: Ryśka, Czapli, Arona i Mariusza, przemierzających Afrykę
od Kairu do Kapsztadu, na część etiopską, miała jeszcze dołączyć trójka ich znajomych: Marta, Krzysiek i Jacek.
Postanowiliśmy skorzystać z usług miejscowego naganiacza, który
zaoferował pomoc w organizacji wyjazdu. Prawdę powiedziawszy jego
oferta okazała się marna. Pomógł przy załatwieniu vana, który wywiózł
nas do pierwszej bazy, pochodził z nami po targu negocjując ceny,
zobowiązał się do załatwienia biletów z Debarku do Axum i skasował za
to stówkę. Na upartego wszystko to można było sobie zorganizować
samemu, może trwało by to dłużej ale jest to wykonalne. Dla leniwych
podaje namiary na niego, ale podkreślam, nie warto -
goldeannika@Yahoo.com lub 0918737399.
Dwa ostatnie dni przed wyjazdem poświęciliśmy na dogranie wszystkich
spraw do końca i na wieczorne relaksowanie się przy lanym piwie
kuflowym 0,4L za 5,20BR czyli za 1,30 PLN :).

niedziela, 27 grudnia 2009

Wodospady na Nilu

Z jeziora Tana wypływa Biały Nil. Około 20 km od Bahir Daru leży wieś
Tissisat, koło której można podziwiać przepiękne wodospady na rzece.
Do Tissisat można dojechać zwykłym autobusem z dworca za 10BR. Mimo że to nieduża odległość, jedzie się tam aż 45 min, gdyż droga nie jest asfaltowa tylko utwardzona.
Na miejscu kupiliśmy bilet wstępu za 15 BR (kasa znajduje się przy wejściu do elektrowni wodnej), ominęliśmy szerokim łukiem przewodników i ruszyliśmy podziwiać piękno przyrody. Aby dostać się do wodospadu trzeba iść wzdłuż płotu elektrowni, po czym zejść w dół aż do XVII wiecznego mostu, a za mostem skręcić w lewo pod górkę. Trafiliśmy tu w niedzielę, kiedy dopobliskiej wioski szła procesja, gdzie wieczorem miał się odbyć festiwal piosenki ortodoksyjnych chrześcijan.
Mimo, że było to w przeciwną stronę postanowiliśmy ruszyć z ludźmi,
tylko tak, żeby poczuć atmosferę. Szliśmy wzdłuż Nilu, polami, łąkami,
pastwiskami, razem z etiopskimi pielgrzymami.
Czułem się jak nowy odkrywca, założę się że mało turystów szło
tym szlakiem. Powrót z wioski trwał półtorej godziny. Przyszedł czas na
podziwianie wodospadu.
Nie był on taki jak na zdjęciach sprzed kilkunastu lat. Byliśmy w okresie
małych opadów, a na dodatek większość wody spływała specjalnym
kanałem i napędzała turbiny do produkcji prądu.
Słyszeliśmy od miejscowego przewodnika, że kilka lat temu amerykańscy
turyści zapłacili 10 000BR tylko po to, by zatrzymać elektrownię i
zobaczyć w pełnej krasie jak woda spływa w dół. Nas na to nie było stać
ale mimo wszystko widok zapierał dech w piersiach. Korzystając z okazji
Bartek wziął kąpiel w małej, okolicznej rzeczce.
Jest tam bród po którym można dostać się aż do wodospadu.
Jeżeli człowiek nie chce sobie pomoczyć nóg, miejscowi,
za drobną opłatą, przeniosą turystę na rękach. Trochę żenujące, ale cóż :(.
Wokół wodospadu unosi się mgiełka wody, dzięki czemu wszystko w okolicy aż tryska zielenią. Wracając, wybraliśmy opcję przepłynięcia łódką do wioski. Na miejscu, jak zwykle, opadła nas chmara dzieciaków, wyciągająca ręce po drobne. Zdążyliśmy się już do tego przyzwyczaić i nie robi to już na nas żadnego wrażenia. Nie było problemu ze złapaniem autobusu powrotnego. Wróciliśmy do Bahir Daru na obiad, jutro kierunek Gondor i Góry Semien.