piątek, 15 stycznia 2010

Harrar - gdzie ta magia???

Z Lalibeli kierowaliśmy się w stronę Hararu. Jest on trochę na uboczu,
z dala od głównych dróg. Pierwszego dnia udało nam się dojechać
do miasta Dese (61BR). Tam znaleźliśmy nocleg z widokiem na dworzec
autobusowy. Istniała też możliwość pojechania ciężarówką do Addis Abeby,
ale musielibyśmy wówczas robić kółko. Postanowiliśmy rano ruszyć
do wioski Mille i tam złapać stopa do Awash.
Rano obudził nas portier wyjrzeliśmy przez okno i zobaczyliśmy potok
ludzi kierujący się do setki autobusów. Szybciutko zlecieliśmy na dół,
mieliśmy szczęście, nie było wielu chętnych udających się w naszym
kierunku, większość jechała do stolicy.
Podróż trwała 5 godzin, czas ostrej męczarni w kurzu i bez asfaltu.
Wysadzono nas na skrzyżowaniu. Tam setki, jak nie tysiące ciężarówek
kursuje na trasie Dżibuti - Addis Abeba i z powrotem. To była nasza
jedyna szansa. Nawet się nie zorientowaliśmy kiedy jakiś miejscowy
złapał nam tira do Awash. Kierowca okazał się miłym gościem,
nieźle jak na miejscowe warunki mówiącym po angielsku. Skasował nas
tylko po 100BR za drogę, wyszło więc taniej niż autobus.
Ruszyliśmy, przed nami ponad 300 km przez pustynię. Widoki dokoła
naprawdę piękne.
Po drodze zatrzymaliśmy się przy ciepłych źródłach na kąpiel. Dopiero koło
18tej byliśmy u celu. Wykończeni, znaleźliśmy nocleg i poszliśmy spać,
mimo że za płotem była dyskoteka.
Rano nie było żadnego transportu do Hararu więc został nam tylko
minibus. Dojechaliśmy po 7 godzinach z 2 przesiadkami za 100BR.
I już zaczęło mi się nie podobać. Przypomniał mi się Luksor,
pełno naganiaczy, ludzie nauczyli się oszukiwać widząc turystę,
ogólny niesmak. W dodatku na ulicach leżą setki, jeśli nie tysiące ludzi
naćpanych czatem, nic nie możesz załatwić bo wszyscy są tak naćpani,
że nie wiesz co do ciebie mówią, ogólna masakra.
Znaleźliśmy jakiś tani hotel z prysznicem obsługującym kilka okolicznych
hoteli, na dodatek płatnym ale nikt nam o tym nie mówił.
Wieczorem poszliśmy oglądać karmienie Hien. Od razu przyczepił się
jakiś "darmowy" przewodnik. Karmienie hien to tandetna cepelia,
dobra dla durnych turystów. Na koniec stwierdzili, że skasują nas
po 100BR za osobę, nie daliśmy się wycyckać, Bartek zapłacił 50 BR,
a ja za tą tandetę chciałem kolesiowi złamać nos.
Dosyć Hararu! Dno, dno, dno!
Coś takiego jak karmienie hien powinno być darmową wizytówką miasta,
jak hejnał z wieży kościoła Mariackiego, a nie tandetnym pseudoteatrem.
Rano ruszyliśmy pooglądać miasto. Różni się ono od typowych
afrykańskich miasto-wiosek. Jest całe za murami, poprzecinane malutkimi
uliczkami, wszystkie budynki są parterowe lub piętrowe. Jest to typowy
przykład architektury arabskiej.
Jeżeli nikomu nie przeszkadza panujący smrodek i setki tysięcy kup
ludzkich na każdym kroku, to naprawdę fajne miejsce. Ja jednak
cieszyłem się, że stąd wyjeżdżam. Na zakończenie jeszcze próbowano nas
naciąć na 40BR w hotelu. Sorry, ale mam negatywny stosunek do tego miasta.

wtorek, 12 stycznia 2010

Cuda Lalibeli

Do Lalibeli dojechaliśmy z całonocnym przystankiem w dziurze o
nazwie Welda. Bilet do tego miasta kosztował 69BR. Stamtąd można się
dostać minibusem za 80BR lub porannym autobusem za 50BR.
Doszliśmy do wniosku, że i tak będziemy tam za późno i zmarnujemy
jeden dzień. Ruszyliśmy więc rano. Autobus miał ruszyć o szóstej
ale nie był do końca pełny, więc udało się ruszyć dopiero koło 9tej.
Razem z nami jechał także sześćdziesięciukilku letni londyńczyk Naigel,
który Afrykę przemierzał na rowerze ale miał już dosyć górek,
braku asfaltu i dzieciarni rzucającej w niego kamieniami, wybrał więc
transport publiczny.
Podróż trwała 6 godzin, jak zwykle, jak to jest tu w zwyczaju,
z półgodzinną przerwą na śniadanie. To bardzo miły zwyczaj, szczególnie
gdy się jest od czwartej na nogach.
Znalezienie taniego noclegu w Lalibeli nie jest łatwe. Ceny zaczynają
się od 100BR. Mieliśmy szczęście, że było już po świętach i w hotelach
były pustki. Nasz wybór padł w końcu na baraki "hotelu" Kademt. Po
negocjacjach udało się nam zbić cenę do 40BR. Nie wiedziałem jeszcze
wtedy że był to najgorszy z możliwych wyborów. Nie chodzi o atmosferę
i obsługę, bo ta była naprawdę miła, nawet nie chodzi o śmierdzącą
dziurę w ziemi pod dumną nazwą toaleta. Chodzi o nieprzeliczalną ilość
robactwa, która gnieździła się pod materacem, w ścianach, na klepisku i
bóg wie gdzie jeszcze. Po dwóch nocach na samej twarzy i szyi miałem
ponad 50 ugryzień po pchłach, nie zliczę ile było na rękach, nogach,
brzuchu i nawet dupsku, mimo że byłem szczelnie opatulony w śpiwór. Nic
to, takie są uroki taniego podróżowania. Pierwszy dzień odpuściliśmy
sobie ze zwiedzaniem, było już późno,
jedyne co, to kupiliśmy bilet, który jest ważny
przez 4 dni i kosztuje 300BR. Wydaje się iż to drogo jak na etiopskie warunki ale jak się okazało następnego dnia, warte było każdych pieniędzy.
Na zwiedzanie ruszyliśmy o 7 rano. „Kościoły wykute w skale” - brzmiało dziwnie i intrygująco.
Na początku myślałem, że są to
kościoły w jaskiniach, jednakże jak się okazało, są to całe monastyry, tylko
zamiast wybudowane kamień na kamieniu, w całości wydarte górze.
Wszystko jest pogrupowane w trzech miejscach oddalonych od siebie o
kilka minut drogi. Jako że byliśmy tam wcześnie rano, trafiliśmy na
poranne modlitwy. Dało się wyczuć prawdziwie magiczny klimat.
W pierwszej grupie było 5 kościołów, w drugim miejscu był tylko jeden
ale wykuty w kształcie krzyża. Naprawdę - coś cudownego.
Wnętrze urokiem nie powalało na kolana, za to cała okolica była
porażająco piękna. Jako że cały kościół był wykuty ze skały,
w jego ścianach znajdowały się wykute groby, w jednym z nich
nadal spoczywały szczątki mnicha.
Ostatnia grupa pięciu kościołów leżała troszkę na uboczu. Oczywiście, oprócz monastyrów skalnych, równie pięknych jak poprzednie, było tam coś co naprawdę mnie poruszyło. Cała obszar poprzecinany jest labiryntami, w których można się zgubić, oczywiście jest to tylko wrażenie, gdyż łatwo stamtąd wyjść ale i tak klimat jest niesamowity.
Całe zwiedzanie zakończyliśmy o 12tej, kiedy wszystkie kościoły są zamykane na dwie godziny, żeby modlący się od rana mnisi mogli
coś zjeść. My również poszliśmy w ich ślady, zjedliśmy dobrą indżerę oraz słodką herbatę o smaku goździka o nazwie szaj.

niedziela, 10 stycznia 2010

Mekele - poszukiwanie drogi na pustynię

Z Aksum ruszyliśmy w kierunku miasta Mekele (bilet 59BR).
Według naszego przewodnika właśnie tam znajdują się biura,
które organizują wyjazdy na Depresję Danakil.
Podobno jest to jedno z najcieplejszych miejsc na świecie,
a zarazem jedno z najciekawszych. Problemem było to, że przyjechaliśmy
w sobotę w południe.
Po długich, żmudnych poszukiwaniach udało nam się namierzyć biuro
informacji turystycznej, niestety zamknięte.
Chodziliśmy po wielkich hotelach z nadzieją że tam znajdziemy
biuro turystyczne ale jak się można domyślić wycieczka okazała się
bezcelowa. Ostatnim typem był hotel Axum, w którym podobno ktoś coś wie. Zrezygnowaliśmy po 4 godzinach bezskutecznych poszukiwań.
Trzeba jednak przyznać, iż przyjazd do tego miasta nie okazał się
całkowitą klapą. W naszym hotelu zatrzymała się parka Brytyjczyków
zdążająca w stronę Kairu, dzięki czemu dokonaliśmy wymiany barterowej,
nasza mapa Egiptu za ich przewodnik po Kenii, Ugandzie i Tanzanii.
Teraz tamte tereny nam nie straszne.

czwartek, 7 stycznia 2010

Aksum

W Aksum spędziliśmy 2 dni. Jak większość dotychczas odwiedzanych
mieścin tak i ta jest bardzo mała. Zapoznanie się z topografią nie
sprawia żadnego problemu gdyż są tu tylko dwie, krzyżujące się
ze sobą główne drogi. Trafiliśmy tutaj w czasie etiopskiego
Bożego Narodzenia. Etiopczycy obchodzą go tak jak wyznawcy
prawosławia, około dwóch tygodni po naszych Świętach.
W ogóle czasem tutaj jest dosyć dziwacznie, kończy się właśnie
kwiecień roku 2002. Jak by na to nie patrzeć jestem młodszy o 8 lat,
a co więcej tak właśnie się czuje :).
Podobny problem występuje z godzinami. U Etiopczyków godzina pierwsza
to nasza szósta rano. Ma to nawet sens, o pierwszej godzinie zaczyna
się życie a o 12tej się kończy. O pierwszej ludzie idą pracować, a
wszystkie autobusy ruszają w swoje trasy. Tak to sobie sprytnie
wykombinowali.
Wracając do Aksum. Głównym celem wszystkich wycieczek zmierzających
w tym kierunku są kamienne obeliski, stele, z których największa ma
33 m.To właśnie największa jest rozbita na 3 części.
W czasie okupacji Abisynii przez Włochy, faszystowski rząd "pożyczył"
sobie ją i dopiero kilka lat temu wróciła z powrotem na swoje pierwotne miejsce. O tym fakcie przypominają plakaty wychwalające wieczną przyjaźń między narodem włoskim i etiopskim.
W cenę biletu, 50BR, wliczone jest także zwiedzanie katakumb
znajdujących się pod obeliskami oraz ruiny pałacu Królowej Saby,
a także wielki głaz znajdujący się 6 km za miastem z wyrytym lwem.
Cóż, można to sobie darować, a stele w zupełności wystarczy obejrzeć
zza ogrodzenia. Kolejną atrakcją miasta jest muzeum i kościół
St. Mary Of Zion - wstęp 120BR. Akurat to miejsce naprawdę warto odwiedzić.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Pożegnanie z górami

Pozostał nam cały dzień pobytu w Debarku. Nie da się ukryć, że jest to
świetna baza wypadowa w góry ale nic poza tym. Dwie ulice na krzyż,
dworzec autobusowy, kilka hoteli, parę knajp, targ i tyle. Można zanudzić się na śmierć. Postanowiliśmy dzień spędzić po gospodarsku. Wykąpaliśmy się w hotelu u chłopaków, przepraliśmy ciuchy,
poobrabialiśmy fotki, a mnie udało się dokończyć pisanie bloga.
Niestety Internet tutaj nie działa i pewnie tekst ten dotrze do was z
kilkutygodniowym opóźnieniem, wysłany gdzieś ze stolicy.
Jeżeli ktoś będzie miał problemy z opuszczeniem miasta, transport
może załatwić, oczywiście za wyższą cenę, recepcjonista z
Hotelu Imet Gogo.
Część ekipy się na to zdecydowała i tak Czapla, Mariusz i Marta
pojechali do Aksum wraz z rowerami za 600BR. My ruszyliśmy
następnego dnia.
Gold się dobrze spisał i przyjechał z naszymi biletami. Bilet do Silase
(nie ma bezpośredniego połączenia z Debarku do Aksum) kosztował 76BR,
stamtąd do samego Aksum dojechaliśmy za 26BR. Na miejscu byliśmy po 21ej, znaleźliśmy koło dworca tani hotel z miłą knajpką, dobrą kuchnią i
chłodnym piwem za 60BR.

niedziela, 3 stycznia 2010

Dobre rady Wujka Dobra Rada

W góry warto brać zimowy śpiwór, rękawiczki, czapkę, kalesony i ciepłe
ciuchy. Nie można zapomnieć o tabletkach do oczyszczania wody lub o
filtrze. Powietrze jest suche, oddycha się ustami, warto wziąć jakąś
pomadkę do ust bo wargi pękają i krwawią. Dobrze jest mieć okulary
przeciwsłoneczne i krem z jakimś dobrym filtrem UV. Pieniądze
najlepiej rozmienić po 1,5,10 BR, dla nich 100BR to miesięczny zarobek.
Zapasowe akumulatorki do aparatu bardzo się przydają, prądu po prostu w
górach nie ma.
Powodzenia

Góry Semien - powrót

Nie spiesząc się zwijamy obóz i ruszamy do Chiro Leba. My, zdobywcy
najwyższego szczytu Etiopii, których nie przestraszy żadne podejście,
żadna góra, żadna przełęcz. Trasę powrotną robimy w półtorej godziny.
Jesteśmy na tyle wcześnie, że jest jeszcze czas na zjedzenie indżery i
wypicie piwka. Uznaliśmy z Bartkiem, że warto postawić jedzenie i piwko
skautom, za czas który spędzili z nami. Po jedzeniu, przyszedł czas na
przekonanie ich, iż jedziemy jednak ciężarówką, wbrew regułom
obowiązującym w Parku. Pomógł nam oczywiście kucharz, który przez przypadek przechodził obok - jak mówiłem - magik!!!
Skauci nie byli zadowoleni z tego pomysłu. Zgodzili się tylko żebyśmy
dojechali do pierwszego obozu. OK, lepsze to niż nic.
O 13tej podjechały ciężarówki, Mariusz zaczął ostre negocjacje, cena wyjściowa 2000BR za naszą szóstkę, skautów i tragarza jest zupełnie nie do przyjęcia. Po ogólnych przepychankach, wsiadaniu i zsiadaniu z auta zbiliśmy cenę do 800BR ale możemy dojechać tylko do obozu nr 1.
Ruszyliśmy krętą, utwardzaną drogą na pace ciężarówki marki ISUZU.
Serpentyny wiły się najpierw pod górę, a potem ostro w dół. Na pace trzęsło jak cholera, wszędzie kurz, nie było to dobre miejsce do prowadzenia konwersacji ale mimo wszystko próbowaliśmy rozmawiać z
miejscowymi. Pomimo, że to tylko 30 km, jechaliśmy około godziny. Po drodze, w obozie Chennek, wzięliśmy jednego z naszych tragarzy, który nie zrozumiał, że ma poczekać w Chiro Leba. Niestety, przez to nadzialiśmy się na przewodników innych wycieczek, którzy kazali kierowcy wyrzucić nas przed obozem nr 1, mimo że ten wcześniej wyraził chęć podrzucenia nas do Debark za dodatkowe 300BR. Przewodnicy dostają sutą prowizję od właścicieli vanów, które mogą zwozić turystów z gór. Z wioski, z której ruszyliśmy, przewóz kosztuje około 2500BR, nas wysadzono przed obozem Sankaber. Zostało 35 km marszu, nie ma szans żebyśmy doszli przed zmrokiem, dochodziła już prawie 15ta. Trzeba było postąpić ostro. Zatrzymaliśmy kolejną ciężarówkę, tym razem negocjacje prowadził Jacek. Kierowca zgodził się nas zawieźć za 400BR. Została jeszcze kwestia skautów, którzy nijak nie chcieli się zgodzić żebyśmy pojechali autem.
Wymogli na nas łapówę, po stówie na każdego. I tak mieliśmy im dać bonus więc nie było problemu. Dostaliby na pewno więcej po powrocie ale przekombinowali - ich strata. Bez problemu przejechaliśmy przez bramki Parku i po pół godzinie byliśmy w Debark.
Marta, Czapla i Aron zamelinowali się w jednym z droższych hoteli
Imet Gogo (dwójka 160BR). Powitali nas na werandzie. Hotel może drogi
ale piwko za 6BR. Byliśmy zmęczeni, chcieliśmy jak najszybciej
odmeldować się w biurze Parku, zmyć z siebie kurz z całej podróży,
napić się piwa i odespać. Niestety, kłamstwo ma krótkie nogi, nasi
skauci wygadali się, że byliśmy na Ras Dashen i musieliśmy dopłacić za
2 dodatkowe dni, bo inaczej nie dostalibyśmy własnych rzeczy.
Nie było co się kłócić, wywaliliśmy po 2 stówy – trudno, spodziewaliśmy
się tego. Wszystko skończyłoby się dobrze, gdyby kolejny warszawski kmiot,
Aron, nie zaczął robić bydło. Nie musiał dopłacać ale chciał pokazać kim to
on nie jest, zaczął się włamywać do schowka gdzie były nasze rzeczy.
Wszyscy wybiegli, wartownik przeładował kałacha. My także wybiegliśmy
ale nie po to by ratować ale zabić gnoja. Aron zaczął się wymądrzać,
straszyć polską ambasadą, policją i cholera wie czym jeszcze.
Wszystkim puściły nerwy, nawet najspokojniejszemu na tym wyjeździe
Krzyśkowi. Mieliśmy naprawdę dość, a ten przemądrzały dupek dalej swoje,
o zasadzie domniemanej niewinności i jakieś inne, zupełnie kosmiczne pierdoły.
Było nam naprawdę za niego wstyd. Przepychanka trwała z pół godziny.
Gdy już emocje opadły, okazało się że zepsuł zamek i musimy dopłacić
kolejne 200BR za naprawę. Awantura zaczęła się od początku. W końcu
Krzysiek ze swojej kieszeni wyłożył dwie stówy, bo Aron nie poczuwał się
do winy. Naprawa trwała kolejne pół godziny. Zmarnowaliśmy więc prawie
2 godziny przez idiotę. Zrobiła się noc, zadzwoniliśmy do Golda, żeby
załatwił nam bilety na jutro, niestety było już za późno. Zamelinowaliśmy się
z Bartkiem w najtańszym z możliwych hoteli za 25BR, nie zależało nam
na standardzie tylko na odpoczynku.

Góry Semien - Ras Dashen

Jak było wcześniej ustalone, wstaliśmy o czwartej rano, szybkie odgrzanie
wczorajszej kolacji potem szybka herbata i w drogę. Zbieranie
wychodzi nam coraz szybciej i ogólnie grupa zaczyna całkiem nieźle się
docierać. Ale i tak ruszyliśmy jako ostatni o 5:15. Przed nami była
para Austriaków oraz Brytyjczyków z całym taborem czyli skautem,
przewodnikiem, mułem i kierownikiem muła. Szlak zaczyna się od
ostrego dwugodzinnego podejścia. Podchodzi się całkowicie po ciemku.
Na szczęście trafiliśmy na czas, kiedy księżyc był w pełni. Jeszcze
przed końcówką tego podejścia wyminęliśmy Brytyjczyków, stajemy się
całkiem nieźli, he he he. Potem trasa prowadzi trawersem, zboczami
gór, nie jest zbyt uciążliwa i idzie się w miarę szybko, zostaje jeszcze
jakieś pół godziny ostrego podejścia do ostatniego płaskowyżu i
wspinaczki na szczyt. Powodem wczesnej pobudki i wyjścia z bazy
jest nie tylko wyścig z czasem ale też i fakt, iż końcówka podejścia
prowadzi zachodnim zboczem oświetlonym bardzo ostrym słońcem,
które razi w oczy, powodując że nic nie widać na odległość kilku metrów.
Przydają się wtedy dobre okulary przeciwsłoneczne.
Gdy wychodzi się na kamienisty płaskowyż, oczom ukazują się 3
szczyty. Jeden z nich przypominający górę z Gór Stołowych jest naszym
celem. Uskrzydleni tym widokiem w pół godziny dochodzimy do jego
podnóża. Tu, nie wiadomo skąd, pojawiają się ubrane w skóry dzieci,
które przygrywają nam na flecie i co ciekawe towarzyszą nam aż na sam
wierzchołek. Totalny kosmos!!!
Ostatnie 10 minut to naprawdę ostra wspinaczka. O godzinie 10:20 - Rysiek, Jacek, Mariusz, Krzysiek i nasze skromne dwie osoby
zdobywają szczyt RAS DASHEN 4532 m n.p.m.
według GPS'a.
Dla naszego skauta to już 40ty czy 50ty raz, dla naszej szóstki pierwszy szczyt o takiej wysokości. Czas na pamiątkowe zdjęcia, przywitanie się z Austriakami, Brytyjczykami oraz pogratulowanie sobie nawzajem wyczynu.
Powrót to już trasa w 100% w dół, lecimy jak na skrzydłach, wyprzedzając Austriaków i po 3 godzinach jesteśmy w obozie.
Zdobycie RAS DASHEN oblewamy piwkiem... Dashen. Jesteśmy witani przez naszego skauta, który został pilnować namiotu, symbolicznym kwiatkiem. Przyszła do nas też cała młodsza część wioski Ambiko.
Nie tyle może żeby pogratulować, ale wysępić jakieś dobra. Tu naprawdę widać biedę, ludzie nie mają co na grzbiet włożyć. Spodnie to już tylko ażurowa konstrukcja na której trzymają się łaty. Pozbywamy się zbędnych rzeczy, opróżniamy nasze podręczne apteczki. Tutaj lekarz nie dochodzi nigdy. Jedyną pomoc mogą nieść turyści. Gotujemy ostatnie zapasy makaronu, cebuli i czosnku. Jutro czeka nas już normalne żarcie.

sobota, 2 stycznia 2010

Góry Semien - Camp Ambiko

Obudziłem się wcześnie rano i poczułem się dziwnie, w głowie mi się
kręciło, wszystko było zamglone i nie mogłem złapać powietrza. A więc
tak się człowiek czuje przy chorobie wysokościowej. Trudno, nie ma co
się wycofywać, trzeba brnąć dalej. Z dalszej drogi wycofała się
Marta, która chciała wrócić do Czapli oraz Aron, który po prostu nie dał
rady. Oczywiście nie poinformowali naszych skautów o swoich planach i
jeden z nich wpadł w popłoch, że zgubił dwójkę z nas i że go za to zamkną.
Dzięki pomocy anglojęzycznych przewodników udało nam się na szczęście jednak wszystko mu wytłumaczyć. Wyruszyliśmy około ósmej rano.
Pierwsze 3 godziny to znowu ostre podejście na szczyt pasma górskiego.
Szliśmy wąskimi ścieżkami, a w oddali wiła się nowa, ubita droga, nasza jedyna nadzieja na wydostanie się stąd, jeżeli chcielibyśmy trasę zrobić w 6 dni.
Tym razem to nie ja nadawałem tempo wycieczce tylko Bartek. Co dziwne,
nudności i zawroty głowy przeszły mi na szczycie, na wysokości 4200 m.
Od tego momentu droga prowadzi w dół przełęczy, do wioski Chiro Leba.
Wioska może malutka, ale jest tam coś, co nosi dumną nazwę hotel i restauracja.
Tu, pierwszy raz od 4 dni, zjedliśmy indżerę podlaną dobrym Dashenem.
Udało nam się dogadać z kierowcą ciężarówki, że w poniedziałek będziemy
tędy wracać i chcemy załapać się na przewóz do Debark. Mimo, że nie wolno otwartymi ciężarówkami wozić turystów po terenie Parku, kierowcy nijak to nie przeszkadzało, bo jeżeli nie wiesz o co chodzi - to chodzi o pieniądze, nasze pieniądze.
Ruszyliśmy dalej. Najpierw godzinkę w dół do koryta rzeki, a potem
delikatnie pod górkę, trzy kwadranse do Obozu Ambiko. Dzisiejszy dzień
nie był taki ciężki, trasę udało się zrobić w 7 godzin. W bazie czekało
na nas piwko, zrobiliśmy dla siebie, skautów i tragarzy, tradycyjny
makaron z cebulą, czosnkiem i ostatnim pomidorem zalany sowicie
olejem. Wszystkim smakowało, nikt nie wybrzydzał.
Jutro najważniejszy dzień RAS DASHEN. Pobudka o 4tej rano.

piątek, 1 stycznia 2010

Góry Semien - Imet Gogo 3926 m

Codzienna monotonia, szybka przekąska z wczorajszej kolacji, zwijanie namiotów, pakowanie, poranna gorąca herbata.
Początkowo trudno nam się było rozruszać, skostniali, zmarznięci, na lekkim kacu ruszyliśmy na podbój pierwszego szczytu.
W nocy był duży przymrozek, tak że burta namiotu od strony gdzie mieliśmy głowy zamarzła. Pierwsza część drogi to dosyć ostre podejście na szczyt Imet Gogo. Zajęło nam to dwie godziny, widok ze szczytu był przepiękny. Ale najpiękniejsze dopiero przed nami.
Żeby dojść do następnego obozu trzeba było zejść z jednego
pasma górskiego i wejść na następne, różnica wzniesień wynosiła
kilkaset metrów ale przy wysokości ponad 3000 m każdy metr męczył nas
niemiłosiernie. Z Imet Gogo schodzi się krawędzią klifu który ma około
1000m. Okolica przepiękna, na klifie można było wypatrzeć pasące się
kozice, dokoła pełno pawianów, a nad nami latają orły, jastrzębie i
olbrzymie "kruko-poczwary", które nie bały się podejść na odległość metra.
Po przyjemnym schodzeniu zaczęło się ostre podejście. Trasa prowadziła
przez las drzew kaktusopodobnych i było naprawdę ostro pod górkę.
Na jednym z przystanków znalazła się chmara dzieciaków, która chciała
nam sprzedać wełniane czapki po 25BR za sztukę. Co prawda, w takiej
czapce wygląda się jak Mieszko I ale jest ciepła i w tych warunkach
bardzo przydatna.
Okazało się że skaut nie jest tylko od noszenia kałasznikowa i prowadzenia nas do następnego obozu ale też do ochrony przed gawiedzią chcącą wepchnąć nam wszelakie towary i wysępić kilka birrów.
Niektórym zaczęła już doskwierać choroba wysokościowa. Nogi szłyby
bez problemu ale organizm nie dawał rady. Największy problem mieliśmy
z zaczerpnięciem powietrza. Czułem się jak bym oddychał w próżni.
Powoli bo powoli, szliśmy jednak do przodu. Zeszliśmy do utwardzanej
drogi, tam spotkaliśmy naszego skauta który wrócił z Debarku oraz
jednego z tragarzy - wiedzieliśmy że już niedaleko. Jeszcze 10 min i
byliśmy w obozie Chennek. Po dziewięciu godzinach, totalnie wymęczeni
opadliśmy na ziemie łapiąc chaustami powietrze. W bazie znalazł się
kucharz brytyjskiej pary który zorganizował nam chłodne piwo za
15BR. Drogo ale... warto było to uczcić. Udało nam się rozbić namioty ale
ze zrobieniem jedzenia nie było już tak łatwo. I tu z pomocą znowu
przyszedł nam kucharz magik. Podrzucił nam resztki zupy pomidorowej, a
gdy zalaliśmy nią makarony z chińskich zupek danie wyszło przepyszne.
Chłopaki jeszcze gadali do nocy pijąc chłodnego Dashena, Bartek i ja
zasnęliśmy od razu jak dzieci.