środa, 8 grudnia 2010

Oh,Kalkuta!!!


Pobudka była o 5.30 rano. Konduktor szedł przez pociąg krzycząc – Kolkata, tak donośnie że zbudził by nawet umarłego. Zwinąłem swoje manatki i wyszedłem na dworzec. Okazało się że wylądowałem na stacji Howarh po drugiej stronie rzeki Hooghly.
Żeby dostać się do centrum trzeba jechać autobusem kierującym się najlepiej na dzielnice Esplande. Ja postanowiłem te 5km zrobić na piechotę. Najpierw przeszedłem przez wielki most na drugą stronę. Most to istne cudo XIX wiecznej techniki, niestety gdy chciałem mu zrobić zdjęcie, jak spod ziemi wyskoczyło dwóch żołnierzy, którzy pogrozili że za robienie zdjęć będzie mandat. Nie chcąc uszczuplać swego budżetu dałem sobie z tym spokój. Budząca się Kalkuta o 6tej rano wyglądała naprawdę ładnie. Oczywiście słowo ładnie może mieć wiele znaczeń, więc powiedzmy ładnie na tle innych miast które widziałem w Indiach. To miasto po prostu żyło, bezdomni budzili się ze swoich zawszonych barłogów i brali kąpiel w miejskich hydrantach. Rozkładały się pierwsze stoiska z jedzeniem, „kucharze” obierali ziemniaki, marchewkę i inne warzywa których nawet nie znam, a pod wielkimi kotłami z ryżem czy curry płonął już ogień. W dodatku na chodniku fryzjerzy zaczęli swe normalne codzienne zajęcie, czyli strzyżenie i golenie prawdziwą brzytwą.
Pobłądziłem trochę w okolicach przeogromnego parku ale 2 godzinach dotarłem do turystycznego getta w dzielnicy Chowringhee. Wybrałem Hotel Maria, z jednej strony z sentymentu do nazwy, z drugiej zaś, z powodu taniego noclegu. Oczywiście sala zbiorowa o 8.30 rano była zajęta, mieli jednak również w swej ofercie jedynkę i po targach udało mi się ją dostać za 150 Rp. Standard był typowo Indyjski, ale cóż, powoli się przyzwyczajam. Gdy przyjeżdżałem do Kalkuty w oczach miałem widok biednych żebrzących ludzi, na każdym rogu ulicy, którzy gdyby nie Matka Teresa i jej siostry z zakonu, dawno by już umarli z głodu. Oczywiście żebraków było dużo ale powoli dochodzę do wniosku że to ich wybór sposobu na życie. Hindusi chętnie dają im jałmużnę, oczywiście z tych pieniędzy nie da się kupić domu, samochodu, czy nawet komórki, ale wystarcza na jakie takie życie. Najlepiej jak ktoś nie ma nogi czy ręki lub jest od dzieciństwa wykrzywiony lub zdeformowany, wtedy pieniądze leją się strumieniem. Matka z dzieckiem na ręku to też niezły biznes. Ale najgorzej mają zdrowi mężczyźni, ci muszą się sporo natrudzić. Przeważnie nie myją się w ogóle, a ludzie dają im pieniądze po prostu żeby sobie poszli i nie zaśmierdzali otoczenia.
W Kalkucie spędziłem dwa dni. Muszę przyznać że to pierwsze miejsce w Indiach które mi się podobało, choć zwiedzanie dokładniejsze zostawiam sobie na później, kiedy to pod koniec stycznia będę stąd wylatywał do Bangkoku. To miasto ma naprawdę duszę. Budowle rządowe w centrum są odnowione i prezentują się pięknie, ale nawet na uboczu, stare, pokolonialne budynki, które niekiedy już pokrywa prawdziwy las małych krzaków i drzewek rosnących między cegłami, mają swój niepowtarzalny urok. W dodatku wszędzie żółte taksówki, żywcem jak z lat 50tych, przypominają trochę Kubę Fidela Castro.
Poza tym, na każdej ulicy, oprócz herbaty z mlekiem, można coś zjeść, lub przekąsią. Pojawiły się roleksy czyli jajko z sałatkami zawijane razem z czapati, które ostatnio jadłem w Ugandzie. Ogólnie miałem dwa dni obżarstwa i co by o Indiach złego nie mówić, to kuchnie mają rewelacyjną!!!
Wszyscy znają firmę Adidas, Reebok czy Puma. Te marki znane są na całym świecie. Jednakże obok nich, rośnie następny potentat obuwniczy firma BATA. Sklepy tej marki widziałem zarówno w Europie, Afryce a nawet tutaj w Indiach. To miło wiedzieć że nas południowy sąsiad, nie tylko jest znany z knedlików, ale również jako światowy producent obuwia, mimo iż cała jego produkcja odbywa się w Chinach. Polskich firm niestety tutaj nie zauważyłem.
Z Kalkuty chciałem oczywiście wyjechać pociągiem ale pierwszy wolny termin był na 4go stycznia. Nie było wyboru trzeba było się tłuc autobusem. Kupiłem bilet za 350Rp do Silliguri, stawiłem się na dworcu o 18tej, wpakowałem się do autobusu i po 15 godzinach walki z wertepami, znalazłem się o podnóża Himalajów.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Puri





Puri to małe miasto, a w zasadzie miasteczko, nad brzegiem Oceanu Indyjskiego. Udałem się tam autobusem(28Rp) z nadzieją na relaks i odpoczynek. Gdy przybyłem na miejsce zacząłem szukać taniego noclegu. W Lonely Planet było napisane że hotel Gandhara ma dormitorium za cenę 75Rp. Niestety jak objaśnił mi menadżer sala zbiorowa była ale, 2 lata temu. To kolejny błąd który wyłapałem z przewodnika – oj panowie odstawiacie chałę w tym Lonleju :)Zacząłem posuwać się dalej w stronę wioski, pytając po kolei o wolny pokój, niestety ceny zaczynały się od 250Rp. Dopiero w wiosce znalazłem Lodge Durga, za cenę 150Rp za pokój. Postanowiłem zostać tu 2 dni, wybyczyć się na plaży, pokąpać się w oceanie i zażyć słońca. Wszystko zapowiadało się miło, jednak koło 14tej, zaczęło się chmurzyć i spadły pierwsze krople deszczu. Tak oto mój plan runął w gruzy. Cóż było robić został spacer promenadą i ogólnie pojęty relaks.Niestety drugi dzień wyglądał tak samo do tego zrobiło się potwornie zimno i wietrznie.Spacerowałem po plaży rozmawiając co chwile z jakimś sprzedawcą który chciał mi wcisnąć perły, czy rybakiem, którego asortyment oprócz ryb i owoców morza, obejmował również ziele, haszysz, czy opium, po naprawdę kuszących cenach:)
Chciałem jeszcze zwiedzić otoczoną wielkimi murami świątynie Jagannath Mandir, niestety z powodu jakiś uroczystości nie zostałem do niej wpuszczony, szkoda bo wyglądała super z daleka. Dopiero w dniu wyjazdu poszczęściło mi się, pogoda zrobiła się ładna może nie na kąpiel w oceanie ale na pewno na byczenie się na plaży.
Do Bhubaneswar wróciłem o 18tej czyli już po zmroku. Miałem jeszcze kilka godzin do pociągu, postanowiłem więc wypić piwko. Nie chciałem przepłacać w restauracji dlatego kupiłem piwo w sklepie. W Indiach nie można pić piwa na ulicy, ale przeważnie przy sklepie,za zamkniętymi drzwiami, jest pseudo bar, czyli miejsce, gdzie na stojąco można szybko skonsumować alkohol. Ja piłem piwko, miejscowi natomiast delektowali się brandy z wodą brrryyyy.....Mistrzom wystarczyło kilkadziesiąt sekund żeby rozprawić się z małą flaszeczką alkoholu – szacunek. Jako że byłem jedynym białym w tym towarzystwie autochtonów, od razu miałem kupę znajomych :)
Ale co miłe szybko się kończy, nawet piwo które lane jest tu w butelki 0,650L. Poszedłem na dworzec, wgramoliłem się do pociągu, wyłożyłem na łóżku i spałem jak dziecko aż do samej Kalkuty.

piątek, 3 grudnia 2010

Pociągiem do Bhubaneswar



Musiałem wymeldować się z mojej nory, w sali zbiorowej hostelu Armii Zbawienia o 9rano. Miałem cały dzień do szlajania się po mieście i za bardzo nie wiedziałem co z tym czasem zrobić. Całe szczęście plecak mogłem zostawić w przechowalni bagaży na dworcu centralnym.

Ruszam więc w miasto, w którym oprócz ogólnego syfy, kilku kolonialnych budynków, slamsów i śmierdzącej jak diabli rzece za bardzo nie ma co robić. Czy wiecie na przykład do czego służą tu chodniki? Oczywiście nie do chodzenia przez pieszych, do tego służy ulica, na której non stop na ciebie ktoś trąbi, zajeżdża drogę, popycha. Chodniki tutaj to po prostu szalet. Więc jak ktoś wchodzi na trotuar, to tylko po to żeby się wysrać. To samo jest przy wszystkich możliwych płotach murkach i rowach, tam z kolei wszyscy sikają. Dodając do tego śmieci organiczne na ulicach i trzydziestu kilku stopniowy upał całe miasto śmierdzi zgnilizną, uryną i gównem.

Przed wyjazdem poszedłem jeszcze raz potwierdzić bilet w kasie. Pozytywną rzeczą jest to, że na każdej większej stacji jest okienko przeznaczone dla zagranicznych turystów, gdzie nie ma kolejek, a obsługa jest miła i rzetelna. Na miejscu oczywiście okazało się że wcześniej sprzedano mi bilet na pociąg który nie istnieje!!! I to w oficjalnej kasie!!!

Całe szczęście miejsca na wieczorny pociąg jeszcze były i po uiszczeniu 50Rp za prze bukowanie biletu, mogłem uciekać z tego miasta jeszcze dziś.

Pociąg podstawiają godzinę przed wyjazdem. Na wagonach wywieszone są listy z pasażerami, wszystko jest poukładane z angielską dokładnością. Pod numerem 57 znalazłem nazwisko Marcin Malczewski, wszystko się zgadzało. Zająłem przypisane mi miejsce tuż przy oknie. Wagon sypialny przypomina te, którymi podróżuje się po Ukrainie czy Rosji, z tą różnicą że w oknach są kraty i nie ma szyb tylko kawałek pleksi.

Mimo iż podróż trwała 20 godzin zleciała dość szybko. Najpierw błogi sen i pierwsza noc w Indiach gdzie nic mnie nie pożarło, a potem podróż brzegiem oceanu, który czasami, ale bardzo rzadko, pojawiał się gdzieś na horyzoncie. Nie było żadnych problemów z aprowizacją, co chwila przechodzili sprzedawcy z kawą, czajem, samosami, ciastkami wodą i wszystkim co sobie można zamarzyć i to w dodatku po rozsądnych cenach. W połowie dnia za 50 Rp zamówiłem sobie lunch i byłem naprawdę usatysfakcjonowany podróżą.

O 21ej wylądowałem w Bhubaneswarze. I tu dopadła mnie Indyjska proza życia. O tej porze znalezienie taniego noclegu graniczy z cudem. Przeszedłem 25 hoteli i dopiero przed północą znalazłem śmierdzącą norę, w której mogłem się przespać. Utargowałem 300Rp, ale za tą cenę, powiedziano mi, że nie zamierzają zmieniać prześcieradeł po poprzednich gościach i mam się zwijać przed 9rano. Trudno i tak, jak na chwile przysiadłem na łóżku żeby skręcić jointa na zapomnienie, już pchły dały o sobie znać. Zmiotłem podłogę z syfu, śmieci i czegoś co już kwitło pleśnią. Położyłem karimatę i rozłożyłem śpiwór, lepiej spać na ziemi z karaluchami, które są denerwujące tylko kiedy chodzą po twarzy, niż nie spać całą noc drapiąc się po całym ciele. Najgorsze jest to że za równowartość 20zł miałem tylko zapewniony dach nad głową i prawdę powiedziawszy następnym razem w tej sytuacji wybiorę spanie na ulicy.

Chennai, czyli po naszemu Madras.


Mimo że z Mamallapuram, do Chennai, jest zaledwie 60km autobus jedzie 3 godziny, w tym godzina w korku do centrum . Dworzec oddalony jest z 7km za centrum, więc musiałem skorzystać z usług komunikacji miejskiej. Mimo że nazwy na autobusach są pisane w języku tamilskim, od razu znalazło się kilku uczynnych pasażerów którzy wrzucili mnie do odpowiedniego pojazdu. Ze znalezieniem noclegu też nie miałem problemu – najtańszy wg przewodnika był hostel prowadzony przez Armie Zbawienia, tam właśnie się skierowałem. Miałem łóżko w prawie pustej sali zbiorowej, prawie, bo mnogości robactwa i wszechobecnych pcheł nie zliczę. Muszę przyznać że spałem w już bardzo podłych warunkach ale takiego syfu jak w Indiach to jeszcze nie widziałem. Najgorsze są pchły, jeszcze nie miałem noclegu gdzie by ich nie było, nawet bestie pożarły mnie w nocnym autobusie. Pech chciał że jestem uczulony na ich ugryzienia i teraz moje nogi to jeden wielki pryszcz a raczej kilka setek pryszczy.

To jest jedna z tych rzeczy które mnie tutaj irytują i sprawiają że Indie są na szarym końcu listy fajnych krajów w których byłem, gorsze jest tylko Brunei – państwo, miasto nudne jak flaki z olejem i Egipt najbardziej chamskimi, oszukańczymi luźmi.

Przyzwyczaiłem się do chaosu, smrodu, biedy, brudu, nie odrzuca mnie matka kąpiąca niemowlaka w rynsztoku, czy padlina psa na głównej ulicy rozdziobywana przez kruki. Jednak te wszystkie drobne szczegóły przysłaniają magie Indii, magie której jeszcze tu nie zauważyłem i chyba jej nie znajdę. I ostatnia sprawa dziewczyny, istna tragedia, bo żeby zobaczyć brzydką cygankę nie musiałem się ruszać z Katowic.

Postanowiłem jak najszybciej pojechać do Nepalu, szkoda marnować czas na Indie.

A co do Madrasu w którym teraz jestem miasto typowo Indyjskie wielkie, duszne, zatłoczone. Jest fort wybudowany przez anglików w XVII w , plaża miejska ale przy wylocie rzeki przy której Katowicka Rawa jest kryształowym górskim potokiem. Cóż tyle co udało mi się dziś zwiedzić. Jutro cały dzień powłuczę się jeszcze, a wieczorem 23.30 pociąg weźmie mnie na północ, w stronę Nepalu :)

środa, 1 grudnia 2010

Mamallapuram


Z Pondicherry wyjeżdżałem wcześnie rano. Miałem już dość siedzenia w tym mieście. Ruszyłem do Mamallapuram, choć trudna nazwa zaczynam się już przyzwyczajać do indyjskiej wymowy – po prostu trzeba mówić niezrozumiale. Autobus wysadził mnie na rogatkach miasteczka, i jak zwykle rzucili się na mnie, rządni mych pieniędzy, rykszarze. Tym z kolei odpowiadałem że worze się jedynie mercedesami:)

Miasteczko to 3 ulice na krzyż, plaża, oraz główny punkt wyprawy - ruiny świątyń. Większość jest porozmieszczana na małej górce nad miastem, a jedna z nich zaraz nad brzegiem Oceanu. Wygląda znakomicie i choć wejście kosztuje 250Rp, można się tam dostać od strony plaży za darmo. Wystarczy jeden dzień żeby zobaczyć wszystkie te znakomitości. Ja jednak miałem pecha i załapałem się na ostatnie tchnienia monsunu. Lało jak z cebra, tak że poświęciłem zwiedzaniu raptem 3godziny. Przeschłem trochę w norze, którą wynająłem za 150Rp i dziele solidarnierazem z pchłami i innym paskudztwem, po czym po południu przedzierając się przez strugi deszczu, udało mi się dotrzeć do kasy biletowej i kupić na 3go bilet do Bhubaneswar. Kupienie biletu też wymaga zachodu. Najpierw trzeba wypisać kartkę obiegówkę z danymi osobistymi, gdzie chcemy jechać, jakim pociągiem i.t.p. Ale to jeszcze nie wszystko, bo gdy otrzymam bilet muszę przed wyjazdem odwiedzić kasę i dowiedzieć się który to wagon i miejsce. A najfajniejsze to to, że najbliższy dworzec jest w Chennai (Madrasie) czyli 60km stąd.

wtorek, 30 listopada 2010

Pounducherry - Francja w Indiach

W Bangalore wylądowałem rano. Niestety nie mogłem znaleźć taniego rządowego autobusu do Poundochery. W informacji wysyłali mnie z jednego dworca autobusowego na drugi, w końcu żeby nie spędzić całego dnia w tym głośnym, tłocznym mieście zdecydowałem się na drogi prywatny autobus-450Rp. Ponduchery to stara Francuska kolonia, miasto zupełnie inne niż te w których już byłem, szerokie ulice, dużo zieleni. A wszystko nad brzegiem Oceanu Indyjskiego. Znalazłem pokój za 200Rp i tu postanowiłem trochę odpocząć.

Pokuszę się o pierwsze spostrzeżenia z Indii. Ogólnie mi się tu nie za bardzo podoba. Nie łapie mnie ta hipisowska moda i ogólne życie na wdechu, jeżeli ktoś już był w Azji południowo-wschodniej nie będzie niczym zaskoczony. Mam nadzieje że inne części kraju będą ciekawsze. Na plus można dodać wyśmienite jedzenie, i przemiłych ludzi. Reszta kiepsko. A co najgorsze żeby utrzymać budżet na niskim poziomie nie można sobie pozwalać na ekstrawagancje w postaci piwa czy innych przyjemności. Trudno, takie życie uciekam w stronę Nepalu z nadzieją że inne części Indii będą ciekawsze.

piątek, 26 listopada 2010

Ruiny Hampi

Autobus dowiózł mnie do miejscowości Hospet. Od razu rzuciło się na mnie kilkunastu rykszarzy oferując podwiezienie do Hampi za 100Rp. Nie docierało do nich że jadę Autobusem za 10Rp i ściemniali mnie albo że będzie on dopiero wieczorem, albo że w ogóle nie jeździ i takie tam. Znam te ściemy za dobrze. Pierwszy autobus był o 6.30. Na dworcu spotkałem Igora Izraelczyka z Kazachstanu. Okazał się miłym kompanem i gdy dojechaliśmy do Hampi razem wynajęliśmy pokój żeby obniżyć cenę. Hampi to malutka mieścina, a nawet wioska powstała przy ruinach starego XV wiecznego miasta. Góruje nad nią wieża świątyni Varupaksha. Przyznać trzeba że robi wrażenie. Pierwszego dnia wynajęliśmy rowery żeby objechać ruiny zamku królewskiego oraz świątynie Vitala. Całość położona jest nad rzeką wśród gór które wyglądają jak by olbrzym poukładał wielkie, kilkuset tonowe kamienie jeden na drugim. Widok naprawdę rewelacyjny.

Ruiny są dobrze zachowane i wyglądają naprawdę majestatycznie. W świątyni Vitala wzięliśmy przewodnika 100Rp i to była dobra inwestycja. Wprowadził nas w tajniki mitologi Hinduskiej. Ogólnie pozostałości po starym mieście robią wrażenie, jednakże jeżeli ktoś już widział Ankhor Wat, to będzie zawiedziony.

Całą okolicę można zwiedzić w ciągu jednego dnia.

Drugiego dnia przeprawiliśmy się przez rzekę, okazało się że całe życie toczy się właśnie tam. Myślę że około 50% turystów tu w Indiach to Izraelczycy. Jak wytłumaczył mi Igor, po służbie w wojsku wyjeżdżają oni na półroczne wakacje, a za cel przeważnie wybierają Indie.

Wieczorem, z Hospet miałem autobus do Bangalore. Zaryzykowałem i kupiłem bilet na autobus luksusowy. Kosztował 360Rpczyli o 100Rp więcej niż zwykły. Fakt był wygodny ale cóż z tego jak przez całą noc gryzły mnie pchły. Cóż taki urok Indii :(


środa, 24 listopada 2010

Panaji

Jako że wybiła 14ta dzień był już nie do uratowania, ale na szczęście wyspałem się dobrze co zawsze poprawia mi humor.

Dzień minął na POMie czyli powolnym obchodzie miasta. W Panaji widać wpływy Portugalczyków którzy mieli tu kolonie w zamierzchłych czasach. Na ścianach wielu budynków widać sławne niebieskie kafelki które swego czasu tak bardzo mnie ujęły w Porto. Oprócz wpływu na architekturę widoczny jest też wpływ na religię. Sporą część mieszkańców jest katolikami, a nad parkiem miejskim góruje kościół.

Tu na Goa wieczór przychodzi dosyć szybko i o 19tej miasto spowijają ciemności. Na zakończenie dnia, poszedłem jeszcze na piwko z zapoznaną Szwajcarką Valerii. I tyle dzień dla mnie się zakończył.

Rankiem pożegnałem się z Ewą i Rafałem, oni pojechali się byczyć na kilka dni na plażę, ja podziwiać ruiny w miasteczku Hampi. Autobus (243Rp)miałem z odległego o kilkanaście kilometrów Marago. Jechałem nocą i znowu się nie wyspałem, Jak ktoś będzie jeszcze narzekał na drogi w Polsce niech sobie przyjedzie w te rejony, tragedia.


poniedziałek, 22 listopada 2010

Żegnaj Europo na kilka miechów.

Pożegnałem się ze wszystkimi znajomymi zarówno w Polsce jak i Amsterdamie, a muszę przyznać że trwało to dosyć długo no i hucznie :) i przyszedł ten wspaniały czas żeby opuścić zimną Europę, teraz kierunek Goa.

Wylot miałem z Frankfurtu. Bojąc się że coś się stanie po drodze z autobusem z Amsterdamu wyjechałem już w nocy, w razie jak by co, żeby zdążyć dojechać stopem.

Oczywiście nic się nie stało i w zupełnie opustoszałym Frankfurcie, wylądowałem o piątej rano. Nie było wyjścia pobujałem się trochę po mieście i w południe znalazłem się na lotnisku. Wylot dopiero o 23.30 nuda,nuda,nuda. Na szczęście w budynku portu na parterze jest dobrze zaopatrzony supermarket z przyzwoitymi cenami :)

Podczas odprawy spotkałem parkę z polski Ewe i Rafała zawsze to raźniej w grupie.

Lot minął spokojne z krótką przerwą na do tankowanie paliwa w Bahrajnie.

Indie powitały mnie gorącym podmuchem wiatru, koniec zimy, przynajmniej do Nepalu. Wylądowaliśmy o 16tej miejscowego czasu ale zanim biurokratyczne procedury dobiegły końca zrobiła się 18ta i zaczęło się ściemniać.

Nie chcąc ryzykować że nie dostaniemy się przed nocą do Panaji wybraliśmy z Rafałem i Ewą droższą wersje podróży czyli taksówką. Wersja tańsza, czyli najpierw do Vasco da Gamma, a potem autobusem do Panaji mogła się zakończyć spaniem pod chmurką. Utargowaliśmy cenę do 450Rp na 3 osoby i za godzinę byliśmy na miejscu(15 Rupii to około 1zł.)

Trafiliśmy niestety na Międzynarodowy Festiwal Filmowy na Goa i znalezienie taniego noclegu okazało się rzeczą nie łatwą. Wreszcie zaczepiliśmy się w jednym z guest housów i po wysupłaniu 550Rp za pokój mogliśmy odetchnąć w spokoju. Zmiana czasu dawała się nam we znaki. Nie było co kombinować, wzięliśmy prysznic poszliśmy coś zjeść i przejść się po mieście i jak grzeczne dzieci poszliśmy spać o 22giej.

Spałem jak dziecko i wstałem dopiero po 15godzinach.

środa, 1 września 2010

Porządki

Trudno pisać posta po kilku miesiącach, ale wydaje mi się że trzeba zakończyć tę historię. Z Mombasy udaliśmy się na wyspę Lamu. Miejsce cudowne, wręcz magiczne. Mieliśmy szczęście akurat trafiliśmy na festiwal, a do tego 20minut drogi od naszego hotelu były przecudne białe plaże.
Jedynym problemem, który przerwał tą sielankę, była malaria która dopadła mnie 2 dnia pobytu na wyspie. Jednak szybka interwencja lekarska i leki(za 4€ !!!), spowodowały moje całkowite wyleczenie już następnego dnia, kurcze żeby tak przechodzić każdą grypę. Posiedzieliśmy troszkę na Lamu, a po kilku dniach jadąc na południe wzdłuż wybrzeża trafiliśmy najpierw Malindi,
potem do Watamu by w końcu dotrzeć z powrotem do Mombasy. Tu spędziliśmy ostatnie kilka dni rozkoszując się nieróbstwem i atmosferą miasta.
Wieczorem przed planowanym odlotem pojechaliśmy na lotnisko i tam spędziliśmy noc (dojazd do lotniska minibusem z pod stacji benzynowej w centrum). 22go marca mieliśmy lot do Brukseli.
P.S. Cały nasz wyjazd z biletami, ubezpieczeniem i innymi kosztami wyniósł nas po 2100€ za 4 miesiące na Czarnym Kontynencie. Nie tak źle.
Cóż, przychodzi jesień, trzeba uciekać do ciepłych krajów. Tym razem Indie, Nepal, Bangladesz i może coś jeszcze, jeżeli zmieszczę się w 4,5 miesiącach. Chętnych zapraszam, lecę 22.XI, koszty przewiduje podobne.
Do zobaczenia, usłyszenia, przeczytania :)