wtorek, 16 lutego 2016

Jak przejechać z Panamy do Nikaragui za 54$ albo mniej :)


Kilka jeszcze słów o Panamie. To hell dla palących, fajki ceny europejskie,  nie można praktycznie palić nigdzie, na pytanie wiślan czy można palić na ulicy, glina odpowiedział ze w zasadzie nie, ale jak jedna osoba pali to przymykaja oko, ale gdy zbiera się tłum palących, znaczy od 2 to można dostać mandat. I faktycznie to w ciągu 2 dni może na liczyliśmy 10 palących.
Niestety po wczorajszym raczeniu się  rumem Dawid zgubił,  lub ktoś pomógł mu zgubić komórkę,  tak że nasz wyjazd do miasta Dawid opóźnił się o kilka godzin. Policja i tego typu sprawy, znam ten komorowski bul,  sam straciłem laptopa w Nigerii. Wzięliśmy takse na dworzec autobusowy Albroock,  za 3 $ i mieliśmy szczęście,  za godzinkę bus do Dawid(15,25$).  Był czas żeby zakupić rum do autobusu. Dawid zjadł coś wegetarinskiego w subweju,  tak tak mają tu wszystko.  Niestety ceny wyższe niż w Europie. Gdy wchodzilismy do autobusu okazało se ze musimy mieć kartę która działa w Panamie na metro, busy no i peronowke.  Za 2 $ można wyrobić przy każdym wejściu na perony, 1 $ trzeba jeszcze doładować w okienku, tak że wszystko kosztuje 3$, a samo wejście na peron to tylko 10 centów.
Podróż trwa 9 godzin. Po drodze jest obowiązkowy przystanek na siusiu żeby coś zjeść. Jak ktoś głodny oczywiście.
W Dawid wylądowaliśmy kolo 22.30 był jeszcze czas żeby kupić piwko , wypić i pożegnać się z Dawidem. On zostaje w Panamie,  ja jadę do Nikaragui. W Panamie piwo pijesz na ulicy w stylu amerykańskim czyli opakowane. Kij z tym że w przeźroczystej reklamówce , ale zawsze. Dawid poszedł na szukanie noclegu, ja na dworzec przespać sie do 5.10 kiedy to bus napina na granice. Cena biletu to3$ , oficjalnie granicą jest otwarta 24/7 ale prawda jest taka ze otwierają od 7ej.
Na upartego możesz wjechać do Costa Ricy bez papierów,  tylko po co ceny jak w Londynie :(  ale po kolei.
Najpierw kasują 1 $ opłaty wyjazdowej. Przechodzisz przez Panamski punkt imigracyjny,  i kierujesz się do Costa.  Tam pan miał problem ze nie mam biletu powrotnego do Panamy,  ale lotniczy wystarczył ten do Europy.  Zobaczył czy mam jeszcze jakieś dolce na pobyt, pokazałem mu 50, bo tyle miałem powiedział ze jest Ok
 
Jestem wKostaryce.  Uff,  albo i nie uff.  Drogo, drogo, drogo, drogo itd.   
Na przeciwko biura emigracyjnego jest terminal gdzie można dojechać z Paso Canoas do miasta Neily 400 colonów.
W Neily złapałem busa do samej stolicy 15$.  W san Jose przeszedlem się przez miasto do innego operatora autobusowego po drodze zwiedzając  wielki supermarket, ale gdy butelka wody kosztuje ponad 3 dolce, stwierdziłem że fuckam ten kraj.
Z San Jose dojechałem do Liberi,  ale nie tej co myślicie,  bilet 8$
Jako że było późno,  wywaliłem się na rynku w Liberi,  pewnie spał bym tam do rana, ale upierdliwy koleś się przysiadl,  i pierniczył ze chce zabić Chińczyków,  przeca nawet w Polsce jest więcej Chińczyków niż tu. Nie ważne, poszedłem na dworzec. O 5 rano pierwszy autobus do granicy, bilet 3$. Oczywiście jak to na granicy: kupić sprzedać walutę wypełnić druk za ciebie, my ci pomożemy. Jak na poprzedniej granicy kurs był dobry, tu wszyscy ciulali.  Nie ma co sie przejmować z wymianą,  bo i tak można płacić w dolcach.
Czekają nas opłaty,  najpierw 8$ żeby wyjechać z Kostaryki.  Choć na rachunku pisze 7. Przypadek hmmm...
Potem 1  $ za wstąpienie do miasta którego nie ma po stronie Nikaragui,  na koniec 12$ za wejście do NIKARAGUI.  Jak gościu z autobusu zapytał czy chce dojechać do Managui, powiedziałem ze jak nie skasuje mnie za podatki, przejścia graniczne, opłaty następne dechę daję jedźmy! Miałem dosyć 2 i pół dnia w drodze. Ale jestem w Nikaragui! !!!

niedziela, 14 lutego 2016

Tanie latanie dla wszystkich




Właśnie tak, na fly4free.pl udało mi się znaleźć bilet do Panamy za 297€. Fakt z Amsterdamu,  ale dzięki nałożeniu się promocji z liniami autobusowymi dojechałem tam za 10€. Dzięki stronce z biletami,  a dokładniej forum , zgadałem się z kolegą Davidem,  który też załapał się na promocję.  Jak się okazało Dawid,  jest starym polskim załogantem z Amsterdamu, znamy tych samych ludzi,  byliśmy na tych samych imprach,  koncertach, akcjach, a i tak stanęło twarzą w twarz  dwóch obcych sobie ludzi.  Ta aaa... to chyba dobrze że wprowadziłem się z Adamu kilka lat temu, choć tęsknię za tym miastem i ludźmi.  Podróż była bardzo zawiła i dluga, najpierw Frankfurt,  potem Bogota i na koniec Panama. Dobrze w Bogocie kupić fajki jak ktoś pali bo w Panamie ceny jak w Eu. W Bogocie byliśmy po północy,  czyli śpimy na lotnisku, klima tak działa że człowiek wychodzi na zewnątrz żeby się zagrzać.  Na lotnisku zgadalismy się z 4 polaków z Wisły/ Londynu, też kupili bilety z taniej stronki flippo.pl Czyli kto szuka znajduje.  Około 5tej rano doszliśmy do wniosku,  że autobusy muszą już jeździć wiec ruszyliśmy na rondo przy głównej trasie,  z 500m od lotniska, zresztą widać je nawet z drugiego poziomu terminalu po prawej stronie.
  Z czyjejś relacji wiem ze bez biletu w postaci karty, nie można korzystać z komunikacji miejskiej,  ale za 50 centów ( Panama swojej waluty używa zamiennie z amerykańskim dolcem) możemy pojechać tak zwanym "chicken-Busem" czyli starym szkolnym busem ze stanów. Po godzinie jazdy w tłoku takim, że plecak był na naszej głowie, dosłownie, byliśmy w centrum.
 Tak się złożyło ze nikt nie szukał noclegu, bo wszystko było zabukowane wcześniej . Rozstaliśmy się,  pod hotelem wiślan i umówiliśmy się na 10 tą na miasto. Ja nie miałem nic zabukowanego ale poszedłem z Dawidem i w hostelu Posada1914 za dodatkowe 17 $ mieliśmy 2 kę ze śniadaniem a że akurat było
rano to skrzętnie z tego skorzystaliśmy. 
 
Ruszyliśmy na miasto brzegiem morza,  przyjemnie bo wiał wiaterek a temperatura w lutym to jakieś 30° . Stare Miasto jest na cypelku żadna rewelacja kościół,  ruiny dużo turystów, obeszlismy to wszystko w pół godziny. Gdy wracaliśmy przy przystani jest food court podobno ze swieżutkimi owocami morza. No cóż nie polecam krewetki dziwne, kalamary strasznie gumiaste a ośmiorniczki nawet nie umywają się do tych z Lidla,  nie mówiąc o tych od "Sowy i przyjaciół"
Postanowiliśmy kontynuować naszą znajomość i wieczorem umówiliśmy się na rum w hotelu Wiślaków.  Na dachu hotelowym pękały kolejne flaszeczki, czas mijał bardzo przyjemnie. Ale w końcu przyszła pora żeby się pożegnać.  My rano ruszamy do miasta Dawid,  oni wykupili wycieczkę na  dzikie indiańskie wyspy.

 

piątek, 5 lutego 2016

Znów w trasie

Zawsze mam problem z zakończeniem bloga i ostatnich dni wyjazdu nie opisuje. Może to wynik ogólnego zmęczenia,  zbyt dużej kasy która jeszcze została i potrzeby wydania je na używki, sam nie wiem. Ale jak już wiecie wróciłem szczęśliwy do domu. W zeszłą zimę byłem 6 tygodni na Teneryfie,  ale co tu opisywać nic szczególnego się nie działo,  a wiem to bo sprawdzałem przechodząc całą wyspę do okoła.  Zdobyłem wulkan, wszystkie szczyty z obu stron wyspy, wykąpalem się w morzu,  po smakowałem miejscowych specjałów i tyle. Kto na Teneryfie był to wie a kto nie był ten na pewno będzie.  I na pewno warto, ale nie dłużej niż 2 tygodnie.
Ta zima zapowiada się lepiej -kierunek Panama.  I tu nie odpuszczę i będę informował na bieżąco,  oczywiście na ile dostęp do internetu pozwoli.  A więc w drogę! !!

środa, 29 stycznia 2014

Długo, bardzo długo w podróży.



Pociąg do Hat Yai jechał po południu, znaczy ten najtańszy za 259Bht. Jest wentylator, więc nie ma zbyt wielkiego problemu z upałem, ale niestety ławki na których siedzisz przeznaczone są na dupy Tajów, a nie na europejskie. Byłem jedynym białym w wagonie, ale dzięki temu byłem gwiazdą. Oficjalnie palić nie można ale wszyscy palą w przejściach z wagonu do wagonu. Konduktor przeszedł tylko raz, zaraz na samym początku, potem cisza, czasami pojawiał się policjant który robi tu za naszych sokistów. Jako że byłem „gwiazdą” każdy chciał ze mną pogadać no i oczywiście napić się ze mną. Bosko trochę alkoholu i będę spał jak dziecko. Ale to jednak nie łatwe kiedy pod twoją dupą jest siedzenie trzy czwarte mniejsze niż w naszych osobowych. Mimo wszystko udało mi się nawiązać nić podróżniczej przyjaźni z połową składu, a nawet z tym pilnującym policjantem. Było też tam trzech Muzułmanów, koło kibelka. Kiedy oni się modlili, akurat z wcześniej poznanymi kolegami, przecięliśmy ich mentalną drogę do Mekki. Ja poszedłem się wysikać, koledzy zapalić papierosa. Gdy otworzyłem kibel, panowie młodszej wiary zaczęli coś krzyczeć wymachując łapami. Gdy chciałem wyjść, nie chcieli mnie puścić krzycząc Agbar Allah( nie wiem jak to się piszę), mówię wiec tak OK : Agbar Jezus, Jechowa, Juda, Budda i Shiwa..., No i się zaczęło. Uderzenie na szczęście nie było zbyt dobrze wymierzone więc trafił mnie w czerep. Niestety to wystarczyło żebym znalazł się między obszczanym kiblem, a umywalką. W dodatku umywalka walnęła mnie ostro w tył głowy więc wyłożyłem się jak długi. Zrobiła się jakaś ostra ruchawka, koledzy od alkoholu zaczęli pięściami uspokajać synów bin ladena, pojawił się znikąd Pan policjant, który trezerem( chyba tak się to zowie, wiecie, tym elektrycznym ciulstewkiem, które sprytne kobiety mają w torebce) sprowadził ich do poziomu ziemi. Ktoś mnie podniósł, ściągnął moją koszulkę, na szybko wyprał w wodzie tworząc kompres. Przedstawiciel prawa rzucił coś przez krótkofalówkę, pociąg się zatrzymał, wywalili kolesiów razem z ich bagażami między polami ryżowymi, a gdy wszystko było gotowe cały skład ruszył dalej. Wszyscy mnie przepraszali, ale to przecież nie ich wina. Nic mi się nie stało, a myślę że w Polsce pod nocnym mógłbym dostać gorzej.

Wziąłem valium, zapiłem piwkiem i poprosiłem żeby mnie obudził przed Hat Yai. 

sobota, 25 stycznia 2014

Raz się wygrywa, a raz przegrywa.



Ruszyłem rano o dziewiątej ze stolicy, w kierunku Tajlandii. Żal mi się było żegnać ze wszystkimi, bo był to najlepszy miesiąc moich wakacji. Niestety zostały mi tylko 2dni wizy i czas trochę naglił. W planie północna Tajlandia. Droga dłużyła się niemiłosiernie, wyszło ponad 10 godzin w busie. Więc kiedy wylądowałem w Poi Pet byłem wysuszony na skwarka. Gdy doszedłem do granicy za ostatnie 4000 Riali (1$) chciałem kupić dwa małe piwka , co by tego skwarka trochę pomoczyć. Niestety nieprzyjemna pani stwierdziła że jedno piwko kosztuje 3000R. Wybrałem więc piwko ANGHOR. Tu małe wyjaśnienie, akurat w tym czasie kiedy byłem w Kambodży, była szansa,wygrać następne piwo, gdy pod zawleczką puszki pojawi się piktogram piwa. No cóż chytra baba miała pecha, wygrałem jedno, potem drugie, a kiedy wygrałem piąte, to ludzie zaczęli mi bić brawo. No ale na tym się moje dobre szczęście skończyło. Podszedłem pod granicę, a tu okazuje się że zamykają ją o 20tej, myślałem że nie zdążę, zostało mi kilka minut, ale udało się. No prawie sukces, prawie, bo dostałem tylko wizę na 14dni. Jak bym nie zdążył mój plan był by wykonany, a tu wiza tylko do 8go lutego a ja mam lot 9go. Co robić? Proste zmienić plan. Postanowiłem pojechać do Malezji. Ale najpierw muszę się dostać do pierwszego miasta z tanim pociągiem do Bangkoku (48B – rusza o 6.40 i 13.30) W sumie to tylko 6 km
. Po jakiś 10min marszu zatrzymała się babka z 5letnim synkiem, zaprosiła na skuterek i dowiozła do dworca. Trochę pogadaliśmy, angielski na dość wysokim poziomie, no ale cóż dziesiąta dochodziła więc dzieciak zmęczony. Podziękowałem za podwózkę ona odjechała, a ja jeszcze w pobliskim sklepie kupiłem 2 piwka na podróż i wygodnie samotnie wyłożyłem się na ławkach, czekając jak o 6tej otworzą kasę. Po jakiejś godzinie pojawił się lekko zawiany koleś na motorku i zarzucił mnie potokiem angielsko – tajskich słów, z czego zrozumiałem : motor, żona, whisky, jedzenie, jedziemy. Mówię czemu nie, wsiadam z nim na skuter i dojeżdżamy do jakiejś chawiry. Okazało się że to małżonek mojej wybawczyni. Siedliśmy do późnej, raczej bardzo późnej kolacji. Dzieciak spał, pani domu się krzątała, a pan domu częstował, mocnymi alkoholami. Przy tym upale, nawet w nocy jest 25stopni, zostałem przy piwie. Gadaliśmy, na ile to było możliwe, do piątej, po tym jak pan domu zmęczony poszedł spać, podziękowałem za gościnę, i ruszyłem na dworzec, nie było to daleko. Kupiłem bilet, władowałem się do pociągu i poszedłem spać.
W Bangkoku byłem po południu, wsiadłem do autobusu 53 i byłem w turystycznym getcie. Złe wiadomości to takie że moja przystań z tanim noclegiem już nie istnieje, zakończyli działalność pierwszego stycznia. Cóż za 180BHT znalazłem miejscówkę w Mary V hotel. Byłem tam kilka lat temu, da się przeżyć bez internetu, ale oni nawet nie mieli kontaktu żeby naładować głupie mp3 czy telefon. Postanowiłem się tylko przespać, a rano walić prosto na dworzec z nadzieją że złapię jakiś pociąg do Hat Yai.

Udało się!!! Za 259 BHT miałem bilet na osobowy – 1000km :) i jeszcze 4 godziny do odjazdu. Siadłem więc u Chińczyka, dałem mu wszystkie sprzęty do ładowania i umówiłem się że będę pić piwo u niego dopóki się nie naładują. Całe szczęście, baterie ładują się szybko i pełen energii ruszyłem do Hat Yai.

piątek, 17 stycznia 2014

A w stolicy......



Miejsce które wybrałem w Phnom Phen było tanie i pełne świrów. Po prostu miejsce dla mnie. Kiedyś było tu wielkie jezioro, niestety rząd sprzedał jezioro firmie z Japonii, za 75 milionów dolców pod nowe inwestycje. Firma zakopała jezioro, wywaliła mieszkańców którzy nie zapłacili łapówki rządowi i ma kilkaset hektarów w centrum miasta, pod zabudowę. Wszystko się zmienia, widzę to teraz po trzech latach jak byłem tu ostatnio – zmiany, zmiany i jeszcze raz zmiany. Oczywiście biedni zawsze będą biedni a bogaci będą jeszcze bogatsi :( Trafiłem na czas zamieszek, ludzie chcą minimalnej płacy w wysokości 130$ miesięcznie!!! Policja otworzyła ogień, zginęło kilkanaście osób.
Kambodżą rządzi od 26lat partia która ma swoje korzenie jeszcze w Czerwonych Khmerach. I jak prawdziwi komuniści, dobrze jest tylko dla nich,a nie dla narodu. Ale powoli demokracja się budzi.
Na dzielnicy, w której mieszkam, nie ma zbyt dużo turystów, w ostatnim wydaniu LP chyba nawet nie jest wspomniana, a szkoda. Tanio tu jak barszcz.
Oprócz turystów mieszka tu wielu amerykanów i europejczyków którzy mają tu dziewczynę, żonę a nawet dzieci. Zawsze jest z kimś pogadać, wypić piwko czy spalić jointa, a jedzenie w okolicy zaczyna się od 1$, smaczne i syte!!!
Do River Side jest 20min piechotą lub chwilę motorkiem za 1$.
W hotelu mam darmowe WiFi, więc siedzę od tygodnia uzupełniam bloga, no i jakoś nie potrafię się zmusić żeby wracać do Tajlandii.

Jeszcze kilka dni i ruszam......


piątek, 10 stycznia 2014

Holiday in Cambodia.



Air Asia ma swoje lotnisko Don Muang na północy. Jeżeli z tanim dojazdem mogą być problemy, bo najlepiej wziąć busa z okolicy Kohsan Rd za 120 Batów, o tyle z powrotem jeździ autobus nr 59 za 23 Baty. Informacja no lotnisku jest bardzo dobra, rozdają mapki dla turystów, tylko co prawda nie wiem dlaczego dostałem mapę po japońsku, ale to drobny szczegół.
Bangkok to dla mnie węzeł komunikacyjny, zostałem 2 dni, wystarczyło żeby zrobić sobie pranie, wypić Changa, no i dalej w drogę. Kierunek Kambodża.
Do granicy kursuje pociąg za 50 Batów, ale żeby znaleźć się na przejściu trzeba wziąć Tuk Tuka, za 80 B. lub naginać 6 km w pełnym słońcu. Ja znowu po najmniejszej linii oporu, kupiłem bilet na mini busa 200B i zostałem dowieziony pod samą granicę. Miasta graniczne to najgorsze miasta w całym świecie. Oczywiście wszyscy oferowali mi zrobienie wizy za raptem 50$. Bzdura 30$ idzie do ich kieszeni, oczywiście biali idioci stali w kolejkach, a gdy mówiłem że nie ma co przepłacać patrzyli na mnie jak na idiotę. Udało się zgarnąć dwójkę Niemców, Czecha, Słoweńca no i poszliśmy w kierunku odprawy.
Oczywiście wiza na granicy kosztuje 20$ + 100 B a wyrobienie trwa mniej niż 5 minut.
Za granicą moi towarzysze zdecydowali się na taksówkę do Siem Rip, ja poszedłem w poszukiwaniu autobusu do stolicy. Oczywiście przyplątało się wielu chętnych do pomocy, oferowali bilet za 15$, i chodzili za mną wszędzie, gdy w kasie już ktoś mi chciał sprzedać bilet za 10$ znajdowali się pomagierzy i cena wzrastała do 15$. Co było robić wydałem 15 $, no i zaczęła się polka. Nie ten autobus, inny, poczekaj, zaraz będzie następny, no nie to dla mnie za dużo . Odebrałem moje pieniądze, a jako że nie było łatwo kasjer dostał z plaskacza, a jeden z pomagierów, który rościł sobie pretensje do 5$ dostał z przysłowiowego misia. Gdy krew puściła mu się ze złamanego nosa, wszyscy inni odpuścili. Postanowiłem iść na wylot i tak jak ostatnio jechać na stopa. Na szczęście na końcu miasta złapałem autobus, zapłaciłem 10$ i co prawda siedziałem na małym stołeczku w przejściu ale tylko z godzinkę, gdy dojechaliśmy do Battambang miałem miejsce siedzące. W autobusie spotkałem Niemkę, która pracowała dla jakieś harytki zajmującej się dziećmi, a przy okazji wieczorami za miskę ryżu i piwo dorabiała w hostelu. Zaprowadziła mnie Volkomen Hostel na 144 ulicy i znalazłem nocleg w dormie za 5$. Drogo, ale że była już 23 nie chciałem sprawdzać czy hotele przy Lake Side, jeszcze istnieją. Rano kupiłem bilet do Sihanoukville, a że miałem jeszcze 3 godziny podskoczyłem pod Lake Side. Mimo że jezioro już nie istnieje to część hoteli zostało, nocleg w pokoju z łazienką kosztuje tylko 4$. Wrócę tu w drodze powrotnej.
Dworzec w SV jest na zadupiu miasta, znalazłem jednak gościa na skuterku który za 2$ wziął mnie na Otres Beach. Nie poznałem tego miejsca, setki osób, dawne Beach Bary zastąpione murowanymi restauracjami. Ogólna komercja. Przeszedłem całą plażę i nie znalazłem wolnego, taniego noclegu. Na szczęście mój kierowca czekał na mnie i za dolca wywiózł mnie w głąb wioski, kawałek od plaży. Tam nad sztucznymi jeziorkami znalazłem hipisowską wioskę. W przybytku o nazwie Hacjenda znalazłem łóżko za 3 dolary i mnóstwo kompanów do świętowania Nowego Roku.
Miejsce okazało się całkiem spoko, do plaży było jakieś 10min, a po drodze mijało się wioskę, gdzie można było się zaopatrzyć w piwko, mocniejsze alkohole i w sumie wszystko co człowiek potrzebuje do życia. Oczywiście były też jadłodajnie gdzie za 1$ można było najeść się do syta.
Na przeciwko Hacjendy był bar, gospoda, market jak zwał tak zwał. Prowadzony przez włochów gdzie w każdą sobotę odbywały się fajne party przy muzyce na żywo, a w dodatku było wiele stoisk gdzie można było zjeść coś z europejskiej kuchni, napić się „mleka” i zjeść space cake'a .
Gdy człowiek szuka jakiś pyszności z apteki niestety musi udać się do miasta, tuk tuk kosztuje 5$ ale jak zapytasz w barze czy ktoś jedzie do centum na pewno kogoś znajdziesz kto weźmie Cię za FREE:)
Ogólnie 2 tygodnie moich wakacji wyglądały jak pobyt w raju, rano zakupy w sklepie, kilka piwek na plaży, pływanie, opalanie, pływanie, po południu syta kolacja, a wieczorami sytsza impreza :)
Ale znowu zacząłem się nudzić, czas wracać do stolicy. 

 Bilet kosztuje 10$. Jednak trójka dziewczyn z Nowej Zelandii zamówiła taksę na lotnisko, doczepiłem się do nich wcześniej dogadałem się z kierowcą że podwiezie mnie pod Lake Side. 15$ kosztowało mnie ta impreza, więc w sumie było warto.
Nocleg znalazłem w #10 Lake Side Guest House. Pokój bez klimy 4$, z klimą 2osobowy 10$, duży z klimą na 3 osoby 15$. Najtaniej w mieście!!!
Siedzę tu już od tygodnia, rozkoszując się ciszą i spokojem i jakoś nie chce mi się wracać do Tajlandii.

niedziela, 29 grudnia 2013

Mandalay część druga, czyli co zrobić z wolnym czasem :)



Większość hoteli działa na zasadzie B&B, czyli śniadanie w cenie. Czasem gorsze, czasem lepsze. Jadnak w AD1 było wyśmienite, ryż z warzywami, jajko sadzone, gorące tosty, dżemik, banany, soczek, kawka istna orgia dla kubków smakowych. Niestety musiałem zmienić lokalizację, na trochę tańszą. Jednakże polecam ten hotel wszystkim, tani, jeżeli podróżuje się we dwójkę, a jedzenie palce lizać. Teraz jest szczyt sezonu, więc warto zarezerwować sobie pobyt wcześniej, każde biuro podróży oferuje taką możliwość.
Cóż, przeniosłem się do nowego hotelu, który okazał się całkiem spoko, a poranne śniadania były również smakowite.
Pierwszego dnia wybrałem się do Pałacu Królewskiego, niestety miałem tylko dolary, a bilet kosztował w Kyatach. Z wymianą pieniędzy w Birmie nie ma większych, problemów, kantory, banki, sklepy ze złotem, cinkciarze – 1$ to około 1000Kyatów. Postanowiłem to olać i poszedłem na wzgórza które od północy okalają miasto.

To bardzo fajne miejsce, na górę prowadzi jakieś 1000 może 2000 schodów, ale wszystko ocienione więc podróż do głównej świątyni jest nader przyjemna, oczywiście jako że to sanktuarium trzeba iść na bosaka. Co prawda na samej górze jest tylko budda oświetlony lampkami choinkowymi, ale widok ze szczytu, warty jest pomęczenia się trochę.
Cała wyprawa powinna zająć jakąś godzinę lub dwie. Nie wiem czy trzeba kupować bilet, mnie nikt o niego nie pytał.
U podnóża góry jest świątynia, z największym nasyceniem pagód na metr kwadratowy, przecudna i chyba nawet jest na okładce mojego LP z 2003roku.
Z mojego hostelu na wzgórz jest jakaś godzinka drogi, ale ze dolara facet na motorku podwiezie Cię bez problemu.
Przy głównej ulicy przy dworcu(78 ulica) można znaleźć wieki supermarket, zaopatrzony bardzo, bardzo dobrze. Kupiłem więc piwko za 1$. Miejscowy browar Dagon Beer, mający w sobie 8%alc. Znalazłem cichy zaułek i rozkoszowałem się trunkiem. Jako że turystów nie ma tu zbyt wielu, ciągle ktoś podchodził i chciał pogadać. Żaden problem, szczególnie że podchodził z piwkiem dla białego turysty:) Dzień można zaliczyć do szczególnie udanych.
Postanowiłem następnego dnia zwiedzić pałac królewski. 10$ to trochę dużo, siadłem więc w cieniu i wychodzących turystów pytałem czy nie chcą się może podzielić z biletem. Nie było to łatwe, bo bilet jest jeszcze na kilka atrakcji w okolicy, jednak po jakiejś godzinie jeden Włoch, sprezentował mi go.

Całe szczęście że bilet był za darmo bo cały pałac to replika, nic ciekawego, nie polecam.
OK, może to ładne, może ma jakąś historię, ale szczerze nie warto. Gdy wychodziłem sprzedałem za 5$ bilet jakiemuś Nowozelandczykowi, ostrzegając że nie warto.
Udałem się pod supermarket, spożyłem piwo i pogadałem z miejscowymi. Ludzie są spragnieni mówić po Angielsku, chociaż tak mogłem pomóc.
Zostało mi 2 dni, olałem oglądanie największego tekowego mostu, podróż kosztuje 7$. Postanowiłem powłóczyć się po mieście. Gdy w recepcji hotelu zapytałem o jakiś sklep, odpowiedzieli idź w prawo, a gdy zapytałem o jakiś bar z piwem powiedzieli idź w lewo, dobre miejsce. Piwo w barze to wydatek 60centów, jedzenie ryż z warzywami i wieprzowinką plus jajko sadzone 1$, bardzo fajne miejsce.
Po codziennym zwiedzaniu miasta, zawsze jakoś trafiałem pod supermarket. Na wieczór zaopatrywałem się we flaszkę Mandalay Rum, za 1,5$, którą spożywałem na dachu mojego hostelu wraz z turystami oraz obsługą. Jednakże za dnie zaopatrywałem się w piwko, siedziałem na skwerku i w pewnym sensie byłem nauczycielem angielskiego dla miejscowych.
Pewnego dnia przysiadł się koleś, powiedział że jest nauczycielem angielskiego w pobliskim koledżu i czy bym nie chciał porozmawiać o Polsce, Europie z jego studentami. Po kilku piwach byłem gotowy na wyzwanie. Zaprowadził mnie do dyrektora, przedstawił uścisnęliśmy sobie dłonie i ruszyłem nauczać młodych.
Szkoła nie różni się niczym od szkół w naszym kraju. Przedstawiłem się i zacząłem opowiadać o starej dobrej Europie. Najśmieszniejsze było to że studenci nie pytali o kraj, geografię, czy politykę, pytali o śnieg i zimę!!! Jak to się je, jak smakuję i tego typu sprawy. Było bardzo wesoło, bo jak wytłumaczyć rzecz którą masz 4miesięce w roku, ludziom którzy pewnie nigdy nie zobaczą śniegu w swoim życiu. Nawet nie wiedziałem jak minęła godzina. Dostałem propozycje od dyrektora, bycia nauczycielem,10$ za godzinę, ale odmówiłem, następnego dnia wracam do Tajlandii. Mój angielski jest do dupy, ale angielski tego nauczyciela był jeszcze gorszy :)
Na lotnisko możesz dostać się taksówką za 12$, ale na rogu 26/79 ulicy jest biuro AirAsia i jeżeli masz bilet z tej kompani, autobus zawiezie cię za darmo. Autobus odchodzi z 79 ulicy o 8.45. Spotkałem w nim jednego Austriaka, który podróżował innymi liniami lotniczymi ale skopiował logo z AirAsia, wymyślił bilet. I dojechał bez problemu na lotnisko.
Żegnaj Birmo!! To było zajebiste 10dni, polecam wszystkim, teraz, kiedy nie są jeszcze zepsuci turystami. I pamiętajcie, jeżeli płacicie za bilet połowa pieniędzy idzie na rząd, więc lepiej dać kasę lokalsom, niż wspomagać Junte!!!
W Bangkoku byłem popołudniu. Z lotniska jeździ autobus nr 59 i zawiezie cię prawie pod KohSan Road za 23baty. Nocleg miałem już zaklepany w Mini House (150batów), więc tylko zrzuciłem plecak, prysznic i w miasto!!!
PS: 11 dni w Birmie kosztowało 220$ plus wiza 810Batów czyli około 25$. Hotele drogie, podróżowanie też nie zbyt tanie, ale jedzenie, piwo i inne używki bardzo tanie :)



sobota, 28 grudnia 2013

Good Morning Mandalay!!



Z hostelu w Bagan wyjeżdżałem wcześnie rano, bilet załatwiłem sobie na recepcji 7,5$, a że to była droga wyjazdowa autobus podjechał pod sam hotel. Był to zwykły autobus, który zatrzymywał się w każdej wiosce. Ja miałem miejsce siedzące i byłem w nim jedynym białym. Autobus zapełniał się powolutku, ludzie wchodzili, wychodzili, a gdy nie było już miejsc siedzących siadali na małych plastikowych krzesełkach w przejściu. Podróż trwała jakieś 4 godziny. Gdy wylądowałem w Mandalay pojawił się problem, jak tu dostać się do centrum. Rozwiązaniem tego problemu okazali się goście na motorkach za 3$ podrzucą cię w wybrane miejsce. Jednak 3 dolce to trochę dużo. Wyciągnąłem dolca i rzuciłem w tłum- jakiś chętny za dolce podrzuci mnie do centrum? Cisza, więc idę piechotą, uszedłem ledwie za dworzec i jeden z kolesi był chętny na podwózkę. Nie chciał tego robić na dworcu, żeby go nie pobili ale potem czemu nie. Wysadził mnie pod podobnież najtańszym hotelem – Garden Hotel ale nocleg kosztował 18$. Cóż było robić, cena nie do przyjęcia, więc ruszyłem na poszukiwania. Ulice w mieście są tak samo numerowane jak w Rangun i tworzą równe kwartały., zgubić się trudno. Trwało to długo aż wreszcie trafiłem do AD 1 hostel koło jednej z głównych świątyń i targu. Za 15$ miałem pokój z dwuosobowym łóżkiem ale tylko na jedną noc. Dobra, zrzuciłem plecak, wziąłem prysznic i ruszyłem na poszukiwania jakiejś innej tańszej alternatywy.
Okazało się to nie takie łatwe. Zawsze tanie hotele są od strony dworca, lub w krajach muzułmańskich przy meczetach. Tu niestety, przy dworcu były hotele zarządzane przez Chińczyków czyli 25,30$ za noc, a meczetu żadnego nie znalazłem. Tak przy okazji Birmańczycy nienawidzą chinioli, kojarzy im się to z wykupowaniem kraju za tanie pieniądze, z tandetą a największy żal mają do nich, że wspierają ten wojskowy rząd.

Wreszcie po dwóch godzinach spacerku znalazłem hotel nazwy nie pomne ale był na rogu 26 ulicy i 81 ulicy. Znalazłem fajną celę do spania za 10$. Panie na recepcji stwierdziły że mam duży brzuszek, nie wiem dlaczego, i dostane dwuosobowe łóżko. W pokoju zmieściło się tylko łóżko z moskitierom , czysta toaleta i prysznice były na zewnątrz, Wifi w miare działające, jak dla mnie bomba.
Cóż pobłąkałem się po okolicy, jutro zmienię miejscówę. I czas na podbój miasta.



piątek, 27 grudnia 2013

Bagan – Indiana Jones na rowerze



Kiedy przygotowywałem się do przyjazdu do Birmy czytałem na necie co, jak i gdzie. Wiedziałem że jest Junta, drogo, infrastruktura masakra bo dróg to w ogóle nie ma. No cóż informacje były sprzed 2, 4 lat i były dobre do niczego. OK dalej jest Junta ale już na horyzoncie widać okruszek demokracji, drogo tak ale na pewno 100razy taniej niż w naszej poczciwej Europie, po miastach jeżdżą nie tylko taksówki ale jest też komunikacja autobusowa, powstają banki, są działające bankomaty, wielkie wieżowce właśnie się budują, a drogi, no cóż jak u nas 10 lat temu. Od Rangunu do Mandalaj jest autostrada przypominająca starą betonówkę z Wrocławia do granicy ale w znacznie lepszym stanie, a między mniejszymi miastami wylali po prostu asfalt i mimo że droga nie spełnia standardów europejskich jest w miarę prosta bez dziur i zmieszczą się na niej dwa autobusy jadące w przeciwnych kierunkach.
Nyaung U nie należy do metropolii, raczej jest to wielka wioska, niż małe miasteczko i można je obejść w pół godziny. Jednakże ma jedną ważną cechę leży przy dworcu autobusowym, do Bagan jest 20min rowerem i ma tańsze noclegi niż w Old Bagan i New Bagan.
Na dworcu byliśmy o 4tej nad ranem i co dalej, z doświadczenia wiem że znalezienie noclegu o tej porze graniczy z cudem, jednak koledzy stwierdzili że czas czegoś poszukać. Więc błąkaliśmy się od hotelu do guest house'u.. Po 2 godzinach tej błąkaniny Niemiec i Angol znaleźli wreszcie upragniony nocleg za 30$ za dwójkę. Jako że my z Karolem jesteśmy Polakami podróżującymi po kosztach, postanowiliśmy znaleźć tańszego no i się udało. Shwe Na Di Hostel na głównej ulicy zaoferował nam nocleg za 15$ za 2 osobowy pokój – cena do przyjęcia, żaden komfort, toaleta na zewnątrz, ale za tą cenę 2 wygodne łóźka i WiFi. Z tym WiFi to jest tak, że na recepcji powiedzieli nam, że działa, a czasem nie, jak się potem okazało to nie działał, a czasem tak :)
Co do kolegi Karola okazał się fajnym kolegą no i było wreszcie z kimś pogadać po polsku. On, w przeciwieństwie do mnie, przekroczył granicę drogą lądową w Mae Sot, podróżując po Tajlandii, na stopa. Jeszcze rok temu wjazd do Birmy od tej strony był by niemożliwy, gdybym o tym wiedział pewnie też wybrałbym tą drogę, ach znowu te stare informacje. Polecam jego stronkę

http://zubrwnaturze.weebly.com i funpage pod tą samą nazwą – gościu jest konkretny i robi niesamowite zdjęcia.
Całonocna trasa dała nam się we znaki, aczkolwiek żal spędzić ten czas w hotelu, więc mimo wczesnej pory poszliśmy w „miasto” .

Bagan i okolice, leży w zakolu rzeki Ayeyarwady. Nie zabardzo jest co liczyć na piaszczyste plaże, a i jakość i przejżystość wody nie za bardzo zachęca do kąpieli, jednak widok jest przepiękny. Jak ktoś lubi i ma wystarczająco gotówki 35$, może popłynąć nią do Mandalay. Poza tym w mieście, wiosce jest dość ładna Shwezingon Pagoda do której prowadzą długie, chyba z 500 metrowe podcienia, rewelacyjne miejsce aby uciec przed słońcem – uwaga nie zapomnijcie ściągnąć butów!!!! Są też ruinki starych kilkusetletnich pagód, ale to dopiero przedsmak co czeka nas następnego dnia.
Teraz kilka słów wprowadzenia. Bilet do strefy archeologicznej kosztuje 15$ aczkolwiek można go nie kupować. W hotelu poznałem miejscowego, o dosyć dziwnym, ależ jak pięknym imieniu Mau Pa, gdy go poznaliśmy o mało nie przewróciliśmy się ze śmiechu, znaczy masz na inię Małpa zapytałem? Tak Mau Pa, nie chcieliśmy mu tłumaczyć powodu naszego rozbawienia, jednak kolega Małpa miał konkretne informacje. Jeżeli chcesz zobaczyć wschód słońca i nie płacić biletu nie wchodź na stupę Htilominko Pahlo bo do 13tej sprawdzają bilety, a jeżeli chcesz zobaczyć zachód słońca za free nie wchodź na Shwesandaw Paya, pilnują od 14tej. Inne pagody są bezpłatne, znaczy przeważnie nie ma kontroli, ale zawsze pytaliśmy się przed wejściem czy jest jakiś kasjer.
Wschód słońca niestety nas ominął, nie daliśmy rady się obudzić, więc ruszyliśmy dopiero o 8rano. Trzeba pamiętać że poranki są zimne, temperatura w nocy spada poniżej 10stopni. Rowerki za 1,5$ wynajeliśmy w hotelu. Bardzo popularne są tu elektryczne chińskie motorki za 8$. Do Old Bagan jest jakieś 20min na rowerze, zaraz za Nyaung U zaczyna się sceneria jak z Indiany Jonesa, ale co najlepsze znajduje się dopiero za ruinami muru, stary Bagan Miejsce magiczne!!!
Nikt nas nie pytał o bilety jeździliśmy na rowerach od pagody do pagody, gdzie dało się na nie wejść wchodziliśmy, wcześniej oczywiście sprawdzając czy nie ma jakiegoś kasjera. Ze szczytów oglądaliśmy okolicę, która przypominała wielką sawannę upstrzoną kopcami termitów, istne cudo. Nie wiem ile jest tam świątyń w okolicy, 100, 500, czy 1000, ale wrażenie jest olbrzymie i to wszystko w promieniu kilkunastu kilometrów kwadratowych. Dla mnie oczywiście to Indiana Jones dla Karola z racji tego że kilkanaście lat młodszy Tomb Raider. W zakolu rzeki jest mała wioska w której można coś zjeść kupić za dolca 10 pocztówek, a ze świątyni podziwiać drugi brzeg rzeki!!! W obiadowej porze znaleźliśmy jakąś jadłodajnie, u podnóża jednej ze świątyń i za dolca zjedliśmy rewelacyjne Birmańskie danie!!!


Do zachodu słońca mieliśmy jeszcze kilka godzin pojechaliśmy więc do New Bagan, napisać kartki, znaleźć pocztę i wysłać do naszych znajomych. New Bagan nie jest godne polecenia, ogólnie nic ciekawego ale poczta jest. Żeby do niej trafić trochę pobłądziliśmy, niepotrzebnie wjeżdżając w miasto. Wystarczy jechać główną drogą, minąć skrzyżowanie do miasta i trochę dalej po lewej stronie jest wielki słup telefoniczno-komórkowy i to tam. Znaczek do Polski kosztuje 0,5$.


Na zachód słońca wybraliśmy sobie przecudną Pagodę, Łatwo do niej trafić z głównej drogi, koło wykopalisk, trzeba skręcić w stronę największej która wygląda jak piramida, objechać ją i za 300 metrów jesteś na miejscu. Byliśmy jakąś godzinę przed zachodem tak że znaleźliśmy sobie wspaniałe miejsce na szczycie stupy, powoli schodzili się turyści a wraz z nimi dzieciaki handlującymi rysunkami, kartkami i innym badziewiem. Koniec dnia był naprawdę przepiękny. Słońce zachodziło za górami na horyzoncie odbijając swój blask na murach kilkusetletnich budowli. Cudowne!!! Jednak wszystko co dobre szybko się kończy, wracając do rowerów dzieciaki dalej chcieli nam wcisnąć coś do sprzedania, szczególnie jeden był bardzo upierdliwy. Sprzedawał kartki z rysunkami jakiś zwierząt i świątyń, takie jakie małe dzieci kolorowują, znaczy mają tylko zarysy, a oni kredkami wypełniają resztę. Kicz jakich mało, moja chrześnica lepiej by to zrobiła niż oni, a ma zaledwie kilka lat. Mówię więc mu, stary, to jest obleśne, zachód słońca już minął daj mi spokój nie będzie biznesu. A on na to: It's not sunset for business, ujął mnie tym ale i tak dziadostwa nie kupiłem.

Warto mieć ze sobą czołówkę, gdyż strefa archeologiczna jest nieoświetlona, ale gdy dobrnie się do asfaltu, droga doprowadzi Cię bez problemu.
Ostatni wieczór, zjedliśmy napiliśmy się piwa, pożegnaliśmy się, ja rano jadę do Mandalay, Karol wraca do Rangun. Dzięx, man to były fajne dwa dni.