wtorek, 23 lutego 2016

Jeszcze piękniej :)



Jak zapewne wiecie, a jak nie to już wam piszę, obszar Ameryki Centralnej jest obszarem wulkanicznym,  dlatego częsienia ziemi, erubcje wulkanów nie należą do rzadkości. A co może dać mi większą przyjemność niż drink z parasolką?  Oczywiście wejście na wulkan. Okazało się że mój nowy znajomy Jan okazał się słownym człowiekiem i o 8.30 spotkaliśmy się na dworcu autobusowym. Za 1,5$ czyli 50 cordobas dojechaliśmy do miasta Rivas. Z tamtąd udaliśmy się taksówką na nabrzeże portowe, 1$ za każdego,  niestety nie ma innej opcji dostania się innym srodkiem transportu, można iść piechotą ale to godzina w upale. Promy kursują co godzinę,  nam trafił się taki mały i tani 1,20$, no i bezpieczny choć bujalo miło.
Nocleg znaleźliśmy w Hospedaje Central prawie na samej górze deptaka który prowadzi od przystani.  Właścicielka to przesympatyczna starsza babka z Kanady.  Nocleg kosztował 5,5$ a w hotelowym szynku można było zjeść i napić się litrowego piwa za 50 cordobas. Jan jest czechem i powiedział ze jego misją jest znalezienie  tańszej knajpy z piwem. I znalazł,  zaraz przy promie obok wielkiej rzeźby wulkanów można było się zabawić  10 centów taniej.
Z racji moich planów nie posiedzialem za długo. Rano kierunek wulkan.

Wszyscy chcą ci wcisnąć przewodnika za 15$, ale prawda jest taka ze nie potrzeba. Pod bramę parku podjeżdża autobus za 5 cordobas,  ja szedłem piechotą około 45 min. Przy wejściu uiszczasz opłatę w wysokości 85 cordobas  to 3$ i ważna rzecz powinieneś dostać opaskę na rękę ja nie dostałem i musiałem się grubo tłumaczyć rangerom w parku.
 Przez pierwsze 30 minut idzie się po prawie prostym, zawsze trzeba się trzymać lewej strony, bo można się zgubić na miejscowych polach. Potem zaczyna  się ostre podejście,  ale szlak utrzymany w bardzo dobrej jakości.  2 godziny idziemy lasem bananowo dzikim a pod samym szczytem zaczyna się golo. Miałem pecha i ostatnia część odbyła się w chmurze,  podobno gdy się wchodzi na wschód słońca wszystko widać klarownie. Cała trasa powinna zająć od 7 do 8 godzin. WARTO.
Drugiego dnia miałem wchodzić na drugi wulkan na tej wyspie ale sił mi zabrakło. Postanowiliśmy za tym wracać na stały ląd. 

Prom miał problem, za bardzo wiało,  od 9 do 16tej czekaliśmy w pobliskim barze na zmianę pogody.  Gdy myśmy zaczęli się bujać na wietrze a prom przestał udało nam się wrócić. Kierunek San Juan Del Sur miasto surferow,  barów i super plaż. Kolegi Czecha nie poznałem,  zafundował takse za 15$ do tego miasta, no widać to czekanie na prom rozmiękczyło go poważnie. Hoteli tam jest mnóstwo,  ale nic tańszego niż za 10$ nie znaleźliśmy.



niedziela, 21 lutego 2016

Poznajemy piękno Nikaragui



Stolica w ogóle mi się nie podobała,  duże miasto, zatłoczone,  głośne i chaotyczne. Postanowiłem pojechać do Granady. Autobusy odjeżdżają z okolicy uniwersytetu. Jako że było wcześnie poszedłem na piechotę, znam te tereny w końcu wczoraj błąkałem się tam z dobrą godzinę. Nie udało mi się nawet dojść do celu, kiedy bileter z autobusu zaczął krzyczeć Granada, Granada.  Tak,  jadę z wami, podróż to koszt 25 Cordoba czyli około 1$.po 40 min wylądowałem w centrum miasta. Jak w większości miast w Ameryce ulice są prostopadłe do siebie i z orientacją nie ma większego problemu.
 Znalazłem nocleg w Bearded Monkey za 6$. Wygodne łóżko piętrowe w dużej sali, prysznic i kawa za darmo, do tego wifi,  co tutaj wydaje mi się standartem. Obejrzałem miasto, poszedłem długą promenadą nad jezioro. Było na prawdę przyjemnie,  a  do tego wieczorem odbywał się festyn na centralnym placu z muzyką i wspaniałą wyżerką, tak że zaliczam czas do niezmiernie udanych. Na festynie spotkałem Czecha Jana i po kilku piwach i przemiłej konwersacji stwierdziliśmy że na wyspę Ometepe pojedziemy razem. Polecam to miejsce naprawdę warto

piątek, 19 lutego 2016

Managua







Znalazłem się w stolicy, hura! Teraz chciałem dostać się na dzielnice o nazwie Ticabus, gdzie podobno są tanie hostele. Można oczywiście wziąść taksówkę,  ale według mojej mapy to było tylko jakieś 2 kilometry, włożyłem plecak na plecy i w drogę.  Po godzinie błąkania się po okolicy, byłem dalej od tej części miasta iż na początku. I gdy tak stałem przy jakimś rondku po raz kolejny próbując zgrać mapę z terenem, podjechał jakiś kolo,  zapytał w czym problem,  i mówi wsiadaj zakręcony człowieku zawioze cię tam gdzie chcesz. Był to Kanadyjczyk mieszkający tu juz kilka lat. Lubie Kanadyjczyków.
 
 Hoteli w tej części miasta było faktycznie sporo, znalazłem nocleg za 10$ i wreszcie mogłem odpocząć. Prysznic, krótka siesta, i czas na miasto. Zdałem sobie sprawę ze od Panamy czyli jakiś 2 dni nic nie jadłem.  Nie jest to wielki problem bo mam z czego zrzucać te kilogramy,  jednak czas jeść. W knajpie dla miejscowych, takiej jakiej Lubie że pokazuje się paluchem co się chce zamówiłem nudle z mięsem i podrawkę z kurczaka. Wielki talerz był pełny a i tak kasjer przy kasie zdecydował ze to mało i do walił kolejną łychę nudli. Męczyłem się z pół
godziny z tymi specjałami.
 
 Cena 4$, ale warto. OK.  Brzuch  pełny,  ruszamy na miasto. Główna ulica prowadzi do jeziora tam muzeum , teatr, muzeum,  kościół,  a raczej,  ruiny, park, muzeum,  no i tle.
 Nie znam za bardzo historii Nikaragui,  wiem że Amerykanie rozwalili socjalistyczny rząd,  potem socjalistyczna partyzantka wygrała,  ale pojawiła się prawicowo faszystowska partyzantka imienia Adolfa Kaczyńskiego czy coś  nie ważne Managua nie jest godna zwiedzania, za każdym rogiem czaji się Chaves, Che Wenera, czy inny socjalistyczny satrapa Fidel. Nie jedźcie do Managui jak nie musicie.
RANO RUSZAM DO GRENADY. 

wtorek, 16 lutego 2016

Jak przejechać z Panamy do Nikaragui za 54$ albo mniej :)


Kilka jeszcze słów o Panamie. To hell dla palących, fajki ceny europejskie,  nie można praktycznie palić nigdzie, na pytanie wiślan czy można palić na ulicy, glina odpowiedział ze w zasadzie nie, ale jak jedna osoba pali to przymykaja oko, ale gdy zbiera się tłum palących, znaczy od 2 to można dostać mandat. I faktycznie to w ciągu 2 dni może na liczyliśmy 10 palących.
Niestety po wczorajszym raczeniu się  rumem Dawid zgubił,  lub ktoś pomógł mu zgubić komórkę,  tak że nasz wyjazd do miasta Dawid opóźnił się o kilka godzin. Policja i tego typu sprawy, znam ten komorowski bul,  sam straciłem laptopa w Nigerii. Wzięliśmy takse na dworzec autobusowy Albroock,  za 3 $ i mieliśmy szczęście,  za godzinkę bus do Dawid(15,25$).  Był czas żeby zakupić rum do autobusu. Dawid zjadł coś wegetarinskiego w subweju,  tak tak mają tu wszystko.  Niestety ceny wyższe niż w Europie. Gdy wchodzilismy do autobusu okazało se ze musimy mieć kartę która działa w Panamie na metro, busy no i peronowke.  Za 2 $ można wyrobić przy każdym wejściu na perony, 1 $ trzeba jeszcze doładować w okienku, tak że wszystko kosztuje 3$, a samo wejście na peron to tylko 10 centów.
Podróż trwa 9 godzin. Po drodze jest obowiązkowy przystanek na siusiu żeby coś zjeść. Jak ktoś głodny oczywiście.
W Dawid wylądowaliśmy kolo 22.30 był jeszcze czas żeby kupić piwko , wypić i pożegnać się z Dawidem. On zostaje w Panamie,  ja jadę do Nikaragui. W Panamie piwo pijesz na ulicy w stylu amerykańskim czyli opakowane. Kij z tym że w przeźroczystej reklamówce , ale zawsze. Dawid poszedł na szukanie noclegu, ja na dworzec przespać sie do 5.10 kiedy to bus napina na granice. Cena biletu to3$ , oficjalnie granicą jest otwarta 24/7 ale prawda jest taka ze otwierają od 7ej.
Na upartego możesz wjechać do Costa Ricy bez papierów,  tylko po co ceny jak w Londynie :(  ale po kolei.
Najpierw kasują 1 $ opłaty wyjazdowej. Przechodzisz przez Panamski punkt imigracyjny,  i kierujesz się do Costa.  Tam pan miał problem ze nie mam biletu powrotnego do Panamy,  ale lotniczy wystarczył ten do Europy.  Zobaczył czy mam jeszcze jakieś dolce na pobyt, pokazałem mu 50, bo tyle miałem powiedział ze jest Ok
 
Jestem wKostaryce.  Uff,  albo i nie uff.  Drogo, drogo, drogo, drogo itd.   
Na przeciwko biura emigracyjnego jest terminal gdzie można dojechać z Paso Canoas do miasta Neily 400 colonów.
W Neily złapałem busa do samej stolicy 15$.  W san Jose przeszedlem się przez miasto do innego operatora autobusowego po drodze zwiedzając  wielki supermarket, ale gdy butelka wody kosztuje ponad 3 dolce, stwierdziłem że fuckam ten kraj.
Z San Jose dojechałem do Liberi,  ale nie tej co myślicie,  bilet 8$
Jako że było późno,  wywaliłem się na rynku w Liberi,  pewnie spał bym tam do rana, ale upierdliwy koleś się przysiadl,  i pierniczył ze chce zabić Chińczyków,  przeca nawet w Polsce jest więcej Chińczyków niż tu. Nie ważne, poszedłem na dworzec. O 5 rano pierwszy autobus do granicy, bilet 3$. Oczywiście jak to na granicy: kupić sprzedać walutę wypełnić druk za ciebie, my ci pomożemy. Jak na poprzedniej granicy kurs był dobry, tu wszyscy ciulali.  Nie ma co sie przejmować z wymianą,  bo i tak można płacić w dolcach.
Czekają nas opłaty,  najpierw 8$ żeby wyjechać z Kostaryki.  Choć na rachunku pisze 7. Przypadek hmmm...
Potem 1  $ za wstąpienie do miasta którego nie ma po stronie Nikaragui,  na koniec 12$ za wejście do NIKARAGUI.  Jak gościu z autobusu zapytał czy chce dojechać do Managui, powiedziałem ze jak nie skasuje mnie za podatki, przejścia graniczne, opłaty następne dechę daję jedźmy! Miałem dosyć 2 i pół dnia w drodze. Ale jestem w Nikaragui! !!!

niedziela, 14 lutego 2016

Tanie latanie dla wszystkich




Właśnie tak, na fly4free.pl udało mi się znaleźć bilet do Panamy za 297€. Fakt z Amsterdamu,  ale dzięki nałożeniu się promocji z liniami autobusowymi dojechałem tam za 10€. Dzięki stronce z biletami,  a dokładniej forum , zgadałem się z kolegą Davidem,  który też załapał się na promocję.  Jak się okazało Dawid,  jest starym polskim załogantem z Amsterdamu, znamy tych samych ludzi,  byliśmy na tych samych imprach,  koncertach, akcjach, a i tak stanęło twarzą w twarz  dwóch obcych sobie ludzi.  Ta aaa... to chyba dobrze że wprowadziłem się z Adamu kilka lat temu, choć tęsknię za tym miastem i ludźmi.  Podróż była bardzo zawiła i dluga, najpierw Frankfurt,  potem Bogota i na koniec Panama. Dobrze w Bogocie kupić fajki jak ktoś pali bo w Panamie ceny jak w Eu. W Bogocie byliśmy po północy,  czyli śpimy na lotnisku, klima tak działa że człowiek wychodzi na zewnątrz żeby się zagrzać.  Na lotnisku zgadalismy się z 4 polaków z Wisły/ Londynu, też kupili bilety z taniej stronki flippo.pl Czyli kto szuka znajduje.  Około 5tej rano doszliśmy do wniosku,  że autobusy muszą już jeździć wiec ruszyliśmy na rondo przy głównej trasie,  z 500m od lotniska, zresztą widać je nawet z drugiego poziomu terminalu po prawej stronie.
  Z czyjejś relacji wiem ze bez biletu w postaci karty, nie można korzystać z komunikacji miejskiej,  ale za 50 centów ( Panama swojej waluty używa zamiennie z amerykańskim dolcem) możemy pojechać tak zwanym "chicken-Busem" czyli starym szkolnym busem ze stanów. Po godzinie jazdy w tłoku takim, że plecak był na naszej głowie, dosłownie, byliśmy w centrum.
 Tak się złożyło ze nikt nie szukał noclegu, bo wszystko było zabukowane wcześniej . Rozstaliśmy się,  pod hotelem wiślan i umówiliśmy się na 10 tą na miasto. Ja nie miałem nic zabukowanego ale poszedłem z Dawidem i w hostelu Posada1914 za dodatkowe 17 $ mieliśmy 2 kę ze śniadaniem a że akurat było
rano to skrzętnie z tego skorzystaliśmy. 
 
Ruszyliśmy na miasto brzegiem morza,  przyjemnie bo wiał wiaterek a temperatura w lutym to jakieś 30° . Stare Miasto jest na cypelku żadna rewelacja kościół,  ruiny dużo turystów, obeszlismy to wszystko w pół godziny. Gdy wracaliśmy przy przystani jest food court podobno ze swieżutkimi owocami morza. No cóż nie polecam krewetki dziwne, kalamary strasznie gumiaste a ośmiorniczki nawet nie umywają się do tych z Lidla,  nie mówiąc o tych od "Sowy i przyjaciół"
Postanowiliśmy kontynuować naszą znajomość i wieczorem umówiliśmy się na rum w hotelu Wiślaków.  Na dachu hotelowym pękały kolejne flaszeczki, czas mijał bardzo przyjemnie. Ale w końcu przyszła pora żeby się pożegnać.  My rano ruszamy do miasta Dawid,  oni wykupili wycieczkę na  dzikie indiańskie wyspy.

 

piątek, 5 lutego 2016

Znów w trasie

Zawsze mam problem z zakończeniem bloga i ostatnich dni wyjazdu nie opisuje. Może to wynik ogólnego zmęczenia,  zbyt dużej kasy która jeszcze została i potrzeby wydania je na używki, sam nie wiem. Ale jak już wiecie wróciłem szczęśliwy do domu. W zeszłą zimę byłem 6 tygodni na Teneryfie,  ale co tu opisywać nic szczególnego się nie działo,  a wiem to bo sprawdzałem przechodząc całą wyspę do okoła.  Zdobyłem wulkan, wszystkie szczyty z obu stron wyspy, wykąpalem się w morzu,  po smakowałem miejscowych specjałów i tyle. Kto na Teneryfie był to wie a kto nie był ten na pewno będzie.  I na pewno warto, ale nie dłużej niż 2 tygodnie.
Ta zima zapowiada się lepiej -kierunek Panama.  I tu nie odpuszczę i będę informował na bieżąco,  oczywiście na ile dostęp do internetu pozwoli.  A więc w drogę! !!

środa, 29 stycznia 2014

Długo, bardzo długo w podróży.



Pociąg do Hat Yai jechał po południu, znaczy ten najtańszy za 259Bht. Jest wentylator, więc nie ma zbyt wielkiego problemu z upałem, ale niestety ławki na których siedzisz przeznaczone są na dupy Tajów, a nie na europejskie. Byłem jedynym białym w wagonie, ale dzięki temu byłem gwiazdą. Oficjalnie palić nie można ale wszyscy palą w przejściach z wagonu do wagonu. Konduktor przeszedł tylko raz, zaraz na samym początku, potem cisza, czasami pojawiał się policjant który robi tu za naszych sokistów. Jako że byłem „gwiazdą” każdy chciał ze mną pogadać no i oczywiście napić się ze mną. Bosko trochę alkoholu i będę spał jak dziecko. Ale to jednak nie łatwe kiedy pod twoją dupą jest siedzenie trzy czwarte mniejsze niż w naszych osobowych. Mimo wszystko udało mi się nawiązać nić podróżniczej przyjaźni z połową składu, a nawet z tym pilnującym policjantem. Było też tam trzech Muzułmanów, koło kibelka. Kiedy oni się modlili, akurat z wcześniej poznanymi kolegami, przecięliśmy ich mentalną drogę do Mekki. Ja poszedłem się wysikać, koledzy zapalić papierosa. Gdy otworzyłem kibel, panowie młodszej wiary zaczęli coś krzyczeć wymachując łapami. Gdy chciałem wyjść, nie chcieli mnie puścić krzycząc Agbar Allah( nie wiem jak to się piszę), mówię wiec tak OK : Agbar Jezus, Jechowa, Juda, Budda i Shiwa..., No i się zaczęło. Uderzenie na szczęście nie było zbyt dobrze wymierzone więc trafił mnie w czerep. Niestety to wystarczyło żebym znalazł się między obszczanym kiblem, a umywalką. W dodatku umywalka walnęła mnie ostro w tył głowy więc wyłożyłem się jak długi. Zrobiła się jakaś ostra ruchawka, koledzy od alkoholu zaczęli pięściami uspokajać synów bin ladena, pojawił się znikąd Pan policjant, który trezerem( chyba tak się to zowie, wiecie, tym elektrycznym ciulstewkiem, które sprytne kobiety mają w torebce) sprowadził ich do poziomu ziemi. Ktoś mnie podniósł, ściągnął moją koszulkę, na szybko wyprał w wodzie tworząc kompres. Przedstawiciel prawa rzucił coś przez krótkofalówkę, pociąg się zatrzymał, wywalili kolesiów razem z ich bagażami między polami ryżowymi, a gdy wszystko było gotowe cały skład ruszył dalej. Wszyscy mnie przepraszali, ale to przecież nie ich wina. Nic mi się nie stało, a myślę że w Polsce pod nocnym mógłbym dostać gorzej.

Wziąłem valium, zapiłem piwkiem i poprosiłem żeby mnie obudził przed Hat Yai. 

sobota, 25 stycznia 2014

Raz się wygrywa, a raz przegrywa.



Ruszyłem rano o dziewiątej ze stolicy, w kierunku Tajlandii. Żal mi się było żegnać ze wszystkimi, bo był to najlepszy miesiąc moich wakacji. Niestety zostały mi tylko 2dni wizy i czas trochę naglił. W planie północna Tajlandia. Droga dłużyła się niemiłosiernie, wyszło ponad 10 godzin w busie. Więc kiedy wylądowałem w Poi Pet byłem wysuszony na skwarka. Gdy doszedłem do granicy za ostatnie 4000 Riali (1$) chciałem kupić dwa małe piwka , co by tego skwarka trochę pomoczyć. Niestety nieprzyjemna pani stwierdziła że jedno piwko kosztuje 3000R. Wybrałem więc piwko ANGHOR. Tu małe wyjaśnienie, akurat w tym czasie kiedy byłem w Kambodży, była szansa,wygrać następne piwo, gdy pod zawleczką puszki pojawi się piktogram piwa. No cóż chytra baba miała pecha, wygrałem jedno, potem drugie, a kiedy wygrałem piąte, to ludzie zaczęli mi bić brawo. No ale na tym się moje dobre szczęście skończyło. Podszedłem pod granicę, a tu okazuje się że zamykają ją o 20tej, myślałem że nie zdążę, zostało mi kilka minut, ale udało się. No prawie sukces, prawie, bo dostałem tylko wizę na 14dni. Jak bym nie zdążył mój plan był by wykonany, a tu wiza tylko do 8go lutego a ja mam lot 9go. Co robić? Proste zmienić plan. Postanowiłem pojechać do Malezji. Ale najpierw muszę się dostać do pierwszego miasta z tanim pociągiem do Bangkoku (48B – rusza o 6.40 i 13.30) W sumie to tylko 6 km
. Po jakiś 10min marszu zatrzymała się babka z 5letnim synkiem, zaprosiła na skuterek i dowiozła do dworca. Trochę pogadaliśmy, angielski na dość wysokim poziomie, no ale cóż dziesiąta dochodziła więc dzieciak zmęczony. Podziękowałem za podwózkę ona odjechała, a ja jeszcze w pobliskim sklepie kupiłem 2 piwka na podróż i wygodnie samotnie wyłożyłem się na ławkach, czekając jak o 6tej otworzą kasę. Po jakiejś godzinie pojawił się lekko zawiany koleś na motorku i zarzucił mnie potokiem angielsko – tajskich słów, z czego zrozumiałem : motor, żona, whisky, jedzenie, jedziemy. Mówię czemu nie, wsiadam z nim na skuter i dojeżdżamy do jakiejś chawiry. Okazało się że to małżonek mojej wybawczyni. Siedliśmy do późnej, raczej bardzo późnej kolacji. Dzieciak spał, pani domu się krzątała, a pan domu częstował, mocnymi alkoholami. Przy tym upale, nawet w nocy jest 25stopni, zostałem przy piwie. Gadaliśmy, na ile to było możliwe, do piątej, po tym jak pan domu zmęczony poszedł spać, podziękowałem za gościnę, i ruszyłem na dworzec, nie było to daleko. Kupiłem bilet, władowałem się do pociągu i poszedłem spać.
W Bangkoku byłem po południu, wsiadłem do autobusu 53 i byłem w turystycznym getcie. Złe wiadomości to takie że moja przystań z tanim noclegiem już nie istnieje, zakończyli działalność pierwszego stycznia. Cóż za 180BHT znalazłem miejscówkę w Mary V hotel. Byłem tam kilka lat temu, da się przeżyć bez internetu, ale oni nawet nie mieli kontaktu żeby naładować głupie mp3 czy telefon. Postanowiłem się tylko przespać, a rano walić prosto na dworzec z nadzieją że złapię jakiś pociąg do Hat Yai.

Udało się!!! Za 259 BHT miałem bilet na osobowy – 1000km :) i jeszcze 4 godziny do odjazdu. Siadłem więc u Chińczyka, dałem mu wszystkie sprzęty do ładowania i umówiłem się że będę pić piwo u niego dopóki się nie naładują. Całe szczęście, baterie ładują się szybko i pełen energii ruszyłem do Hat Yai.

piątek, 17 stycznia 2014

A w stolicy......



Miejsce które wybrałem w Phnom Phen było tanie i pełne świrów. Po prostu miejsce dla mnie. Kiedyś było tu wielkie jezioro, niestety rząd sprzedał jezioro firmie z Japonii, za 75 milionów dolców pod nowe inwestycje. Firma zakopała jezioro, wywaliła mieszkańców którzy nie zapłacili łapówki rządowi i ma kilkaset hektarów w centrum miasta, pod zabudowę. Wszystko się zmienia, widzę to teraz po trzech latach jak byłem tu ostatnio – zmiany, zmiany i jeszcze raz zmiany. Oczywiście biedni zawsze będą biedni a bogaci będą jeszcze bogatsi :( Trafiłem na czas zamieszek, ludzie chcą minimalnej płacy w wysokości 130$ miesięcznie!!! Policja otworzyła ogień, zginęło kilkanaście osób.
Kambodżą rządzi od 26lat partia która ma swoje korzenie jeszcze w Czerwonych Khmerach. I jak prawdziwi komuniści, dobrze jest tylko dla nich,a nie dla narodu. Ale powoli demokracja się budzi.
Na dzielnicy, w której mieszkam, nie ma zbyt dużo turystów, w ostatnim wydaniu LP chyba nawet nie jest wspomniana, a szkoda. Tanio tu jak barszcz.
Oprócz turystów mieszka tu wielu amerykanów i europejczyków którzy mają tu dziewczynę, żonę a nawet dzieci. Zawsze jest z kimś pogadać, wypić piwko czy spalić jointa, a jedzenie w okolicy zaczyna się od 1$, smaczne i syte!!!
Do River Side jest 20min piechotą lub chwilę motorkiem za 1$.
W hotelu mam darmowe WiFi, więc siedzę od tygodnia uzupełniam bloga, no i jakoś nie potrafię się zmusić żeby wracać do Tajlandii.

Jeszcze kilka dni i ruszam......


piątek, 10 stycznia 2014

Holiday in Cambodia.



Air Asia ma swoje lotnisko Don Muang na północy. Jeżeli z tanim dojazdem mogą być problemy, bo najlepiej wziąć busa z okolicy Kohsan Rd za 120 Batów, o tyle z powrotem jeździ autobus nr 59 za 23 Baty. Informacja no lotnisku jest bardzo dobra, rozdają mapki dla turystów, tylko co prawda nie wiem dlaczego dostałem mapę po japońsku, ale to drobny szczegół.
Bangkok to dla mnie węzeł komunikacyjny, zostałem 2 dni, wystarczyło żeby zrobić sobie pranie, wypić Changa, no i dalej w drogę. Kierunek Kambodża.
Do granicy kursuje pociąg za 50 Batów, ale żeby znaleźć się na przejściu trzeba wziąć Tuk Tuka, za 80 B. lub naginać 6 km w pełnym słońcu. Ja znowu po najmniejszej linii oporu, kupiłem bilet na mini busa 200B i zostałem dowieziony pod samą granicę. Miasta graniczne to najgorsze miasta w całym świecie. Oczywiście wszyscy oferowali mi zrobienie wizy za raptem 50$. Bzdura 30$ idzie do ich kieszeni, oczywiście biali idioci stali w kolejkach, a gdy mówiłem że nie ma co przepłacać patrzyli na mnie jak na idiotę. Udało się zgarnąć dwójkę Niemców, Czecha, Słoweńca no i poszliśmy w kierunku odprawy.
Oczywiście wiza na granicy kosztuje 20$ + 100 B a wyrobienie trwa mniej niż 5 minut.
Za granicą moi towarzysze zdecydowali się na taksówkę do Siem Rip, ja poszedłem w poszukiwaniu autobusu do stolicy. Oczywiście przyplątało się wielu chętnych do pomocy, oferowali bilet za 15$, i chodzili za mną wszędzie, gdy w kasie już ktoś mi chciał sprzedać bilet za 10$ znajdowali się pomagierzy i cena wzrastała do 15$. Co było robić wydałem 15 $, no i zaczęła się polka. Nie ten autobus, inny, poczekaj, zaraz będzie następny, no nie to dla mnie za dużo . Odebrałem moje pieniądze, a jako że nie było łatwo kasjer dostał z plaskacza, a jeden z pomagierów, który rościł sobie pretensje do 5$ dostał z przysłowiowego misia. Gdy krew puściła mu się ze złamanego nosa, wszyscy inni odpuścili. Postanowiłem iść na wylot i tak jak ostatnio jechać na stopa. Na szczęście na końcu miasta złapałem autobus, zapłaciłem 10$ i co prawda siedziałem na małym stołeczku w przejściu ale tylko z godzinkę, gdy dojechaliśmy do Battambang miałem miejsce siedzące. W autobusie spotkałem Niemkę, która pracowała dla jakieś harytki zajmującej się dziećmi, a przy okazji wieczorami za miskę ryżu i piwo dorabiała w hostelu. Zaprowadziła mnie Volkomen Hostel na 144 ulicy i znalazłem nocleg w dormie za 5$. Drogo, ale że była już 23 nie chciałem sprawdzać czy hotele przy Lake Side, jeszcze istnieją. Rano kupiłem bilet do Sihanoukville, a że miałem jeszcze 3 godziny podskoczyłem pod Lake Side. Mimo że jezioro już nie istnieje to część hoteli zostało, nocleg w pokoju z łazienką kosztuje tylko 4$. Wrócę tu w drodze powrotnej.
Dworzec w SV jest na zadupiu miasta, znalazłem jednak gościa na skuterku który za 2$ wziął mnie na Otres Beach. Nie poznałem tego miejsca, setki osób, dawne Beach Bary zastąpione murowanymi restauracjami. Ogólna komercja. Przeszedłem całą plażę i nie znalazłem wolnego, taniego noclegu. Na szczęście mój kierowca czekał na mnie i za dolca wywiózł mnie w głąb wioski, kawałek od plaży. Tam nad sztucznymi jeziorkami znalazłem hipisowską wioskę. W przybytku o nazwie Hacjenda znalazłem łóżko za 3 dolary i mnóstwo kompanów do świętowania Nowego Roku.
Miejsce okazało się całkiem spoko, do plaży było jakieś 10min, a po drodze mijało się wioskę, gdzie można było się zaopatrzyć w piwko, mocniejsze alkohole i w sumie wszystko co człowiek potrzebuje do życia. Oczywiście były też jadłodajnie gdzie za 1$ można było najeść się do syta.
Na przeciwko Hacjendy był bar, gospoda, market jak zwał tak zwał. Prowadzony przez włochów gdzie w każdą sobotę odbywały się fajne party przy muzyce na żywo, a w dodatku było wiele stoisk gdzie można było zjeść coś z europejskiej kuchni, napić się „mleka” i zjeść space cake'a .
Gdy człowiek szuka jakiś pyszności z apteki niestety musi udać się do miasta, tuk tuk kosztuje 5$ ale jak zapytasz w barze czy ktoś jedzie do centum na pewno kogoś znajdziesz kto weźmie Cię za FREE:)
Ogólnie 2 tygodnie moich wakacji wyglądały jak pobyt w raju, rano zakupy w sklepie, kilka piwek na plaży, pływanie, opalanie, pływanie, po południu syta kolacja, a wieczorami sytsza impreza :)
Ale znowu zacząłem się nudzić, czas wracać do stolicy. 

 Bilet kosztuje 10$. Jednak trójka dziewczyn z Nowej Zelandii zamówiła taksę na lotnisko, doczepiłem się do nich wcześniej dogadałem się z kierowcą że podwiezie mnie pod Lake Side. 15$ kosztowało mnie ta impreza, więc w sumie było warto.
Nocleg znalazłem w #10 Lake Side Guest House. Pokój bez klimy 4$, z klimą 2osobowy 10$, duży z klimą na 3 osoby 15$. Najtaniej w mieście!!!
Siedzę tu już od tygodnia, rozkoszując się ciszą i spokojem i jakoś nie chce mi się wracać do Tajlandii.