sobota, 30 stycznia 2010

Kenia, trzeba bylo zostac w Etiopii

Z Dilo do granicy prowadzi ostatnia w tych rejonach droga asfaltowa, w całej północnej Kenii istnieją tylko drogi szutrowe. Mimo tych udogodnień jechaliśmy bardzo długo, by w końcu o 15tej być w Moyale. Nie mieliśmy już Etiopskiej kasy, więc postanowiliśmy spędzić noc po stronie Kenijskiej. Nasza decyzja, jak się potem okazało była brzemienna w skutkach. Ale o tym później. Na początku miła niespodzianka, wiza trzy miesięczna kosztowała tylko 25$, a cala procedura nie trwała dłużej niż 10minut. Moyale niestety to mała wieś z zaledwie kilkoma hotelami, targiem i budami w których można było dostać, ryż, mydło i powidło. Niestety ta cześć jest opanowana przez Muzułmanów, wiec można było zapomnieć o wyskokowych trunkach. W Banku Equit wymieniliśmy euro, bez prowizji, którą straszą w przewodniku. Kurs to 104szylingi za jedno euro, a na granicy oferowali tylko 95 szylingów. Znaleźliśmy nocleg w Sherif Hotel za 400Ks za 2 osoby. Zjedliśmy w pobliskim barze ryz z fasolą, wreszcie jakaś odmiana po dobrej, acz monotonnej indżerze. Jako ze nie było nic do roboty, jedyne co nam zostało to obejrzenie filmu na laptopie i pójście spać. Ciężarówki jadące na południe, odjeżdżają z głównego placu około 10tej. Wstaliśmy wcześniej, poszliśmy coś zjeść, ostatni raz rzucić okiem na wieś. A kiedy po 20minutach wróciliśmy, zastaliśmy nasz pokój otwarty i ktoś okradł mi laptopa i aparat. Pięknie przywitała nas Kenia. Po cholerę się tu pchałem, trzeba było zostać w pięknej, taniej i 100 razy lepszej Etiopii. OMIJAJCIE HOTEL SHERIF WIELKIM łUKIEM!!!Zgłosiłem sprawę na policji, poinformowałem szefa hotelu, razem szukaliśmy na mieście, ale jak się można domyślić, wszystko o kant dupy rozczaść. Przez to cale zamieszanie, musieliśmy zostać jeszcze jeden dzień w tej norze.
Wieczorem dokwaterowano nam bardzo sympatyczna mieszkankę Jerozolimy. Przyjechała do Mojale przedłużyć sobie wizę kenijską o kolejny tydzień, jak się okazało nie było z tym problemu i co ciekawe było to za darmo. Rano pojawiliśmy się na głównym placyku. Do naszego turystycznego grona dołączył Red, chłopak z Singapuru, oraz trzech Australijczyków. Ciężarówki, które zastępują tu autobusy, mogą wieźć bydło lub wory zboża lub fasoli. Nasza wiozła plony rolne, wiec poruszała się bardzo wolno . Na dodatek wyruszyliśmy dopiero o 13tej. Jedyną pozytywną sprawą, było to ze na worach można było się dość wygodnie położyć i cena 400Ks nie była zbyt wygórowana . Gdy podróżuje się z krowami, trzeba siedzieć na o rurowaniu paki samochodu, a muszę tu dodać ze burty samochodu są specjalnie podwyższane i pod sobą ma się 2 metry do krów lub 5 metrów do ziemi. W obu przypadkach upadek jest bolesny.
Pierwszym przystankiem na naszej trasie był Marsabit. Trafiliśmy tam dopiero koło pierwszej w nocy. Wysadzili nas kolo hotelu i mimo późnej pory załapaliśmy się na pokój za 300Ks.
Następnego ranka zaczęliśmy szukać transportu nad jezioro Turkana. Niestety nikt tam nie jechał, jak nam powiedziano, może ktoś pojedzie jutro, może pojutrze, a może za tydzień, nie było sensu marnować czasu w tej dziurze, postanowiliśmy wiec ruszyć dalej na południe. Za kolejne 400Ks dojechaliśmy do miasta Isolo, znowu naszym międzynarodowym składem. Tu zaczyna się asfalt, czyli cywilizacja. Rankiem po nocy w miejscowym hotelu, pożegnaliśmy się z Australijczykami i Redem. Oni ruszyli do Nairobi, my minibusem (200Ks) do Nanyuki. Stamtąd prosto na zdobywanie Mt. Kenia.

sobota, 23 stycznia 2010

Awasa - na luzie.

Każdy kto chce się wydostać z Gobe, będzie musiał przejść przez mękę. Mimo ze na dworcu byliśmy jeszcze przed otwarciem bram, a nasze łokcie były twarde, a kark giętki, nie udało nam się wbić do jedynego podstawionego autobusu. Nie było wyjścia pojechaliśmy 10km dalej do Robe 4BR. To miasto okazało się znacznie większe, ale na dworcu byliśmy za późno. Został nam tylko minibus za 15BR do Dinsho. Na miejscu miał na nas czekać pracownik parku, który miał podrzucić rzeczy Bartka, zostawione w biurze, bo w 100% zbędne w górach. Chociaż zdjęcie na szczycie w masce do nurkowania było by ciekawe :)
Oczywiście pracownika nie było i zjawił się dopiero po pół godzinie, kiedy już wszystkie możliwe autobusy odjechały. Jedyną możliwością wydostanie się z tej wioski było złapanie stopa. Pomogli nam w tym miejscowi, zawodowi łapacze stopa. Zatrzymała się ciężarówka cysterna. Umowa była że zawiozą nas za 200BR niestety mieliśmy tylko 170BR. Na szczęście zgodzili się na te cenę. Jazda okazała się bardzo długa i męcząca. W Szeszemene byliśmy dopiero przed ósmą i jak to skrzętnie obliczyliśmy średnio jechaliśmy 30km/h, MASAKRA!!!
W moim portfelu znalazłem jeszcze 21BR. Poszliśmy więc na indżere. Jakaż była nasza radość gdy kelner wydal nam resztę która starczyła jeszcze na dwa piwka.
Spłukaliśmy się co do grosza, banki pozamykane, co znaczy ze śpimy na łonie przyrody. Trzeba było przejść kawałek za miasto i wbić się w jakąś dzicz. Nie jest to takie łatwe, bo w Etiopii nigdy nie jest się samemu. Znaleźliśmy w końcu jakąś budowę i za krzakami położyliśmy się spać. Sen choć twardy, po dwóch godzinach został przerwany przez 3 stróży nocnych, zaopatrzonych w kij, pręt zbrojeniowy i maczetę. Wytłumaczyliśmy im co i jak, a ci o dziwo zrozumieli. Jeden z nich postanowił oddać nam na noc jego "stróżówkę". Był to zwykły podest z dachem z dwóch kawałków blachy falistej. Nie było co wybrzydzać, lepsze takie miejsce niż żadne.
Przyznać muszę ze spało się całkiem milo. Rano, ów strażnik, zbudził nas, dbając pewnie byśmy nie spóźnili się na autobus. Poszliśmy wiec do miasta, wymieniliśmy gotówkę i z dworca autobusowego w centrum pojechaliśmy za 11BR do Awasy.
Awasa to dość spore jak na Etiopskie warunki miasto. Znaleźliśmy nocleg zaraz koło dworca w Prince Hotel, za dość zabawna cenę 54,50BR. Miasto mieści się nad brzegiem wielkiego jeziora. Mimo wszystko nie zdecydowaliśmy się na kąpiel, podobno żyją tam jakieś małe żyjątka, które podczas kąpieli infekują twój organizm. Cóż wystarczy już ze nie mogę się pozbyć pcheł ze śpiwora, a co dopiero innych paskudztw z mojego organizmu. Ogólnie jezioro jest przepiękne, z mnóstwem ptactwa i z wszechobecnymi, olbrzymimi marabutami.Nad brzegiem można sobie zjeść świeżo złowioną rybkę, smażoną na głębokim oleju, po prostu palce lizać i to tylko za 5BR. Postanowiliśmy zostać tu jeden dzień dłużej. Spotkaliśmy tam Piotrka z Gdańska, który tak jak my podróżował po tej części afryki z plecakiem. Korzystając z okazji przesyłamy pozdrowienia. Było bardzo miło, przy lanym ST. Georgu powymienialiśmy się doświadczeniami i spostrzeżeniami. W Awasie znaleźliśmy również najszybszą kafejkę internetową, mieści się ona zaraz przy budynku Dashen banku.
Po dwóch dniach laby przyszedł czas na ruszenie dupsk w stronę Kenii. Po południu pojechaliśmy minibusem do Dilo za 25BR. Tam, pomni doświadczeń z Gobe, kupiliśmy od razu bilety na granice do Mojale za 77BR. Ostatnia indzera, ostatni tani nocleg i rano ruszamy.

czwartek, 21 stycznia 2010

Góry Bale, spacer po dziczy

Stawiliśmy się planowo o 8 rano przed biurem Parku, niestety naszego
przewodnika tam nie było, po pół godzinie podeszliśmy pod schronisko i
tam go spotkaliśmy - pierwszy zgrzyt.
Bartek zostawił część rzeczy w kantorku, ja zaś, nie chcąc mieć
późniejszych problemów z ich odzyskaniem, szedłem "na ciężko".
Oczywiście nasz przewodnik obruszył się i nie mógł wyjść ze zdziwienia,
że w góry idziemy bez koni, a tłumaczeń że właśnie po to idziemy w góry,
żeby sobie pochodzić nie rozumiał - drugi zgrzyt.
Ruszyliśmy doliną Web, po chwili zapytał nas jak będziemy gotować, my,
tak jak ustaliliśmy w biurze Parku, powiedzieliśmy że na ognisku,
ten wpadł w panikę, że nie wolno, że nawet suchego drzewa ruszać nie
można i że w ogóle - znowu zgrzyt. Początek okazauje się dość niemiły.
Do pierwszego obozu mieliśmy 22 km. Ruszyliśmy w naszym zwyczajowym
tempie, co raz zatrzymując się i czekając na przewodnika. Cała droga
prowadziła doliną, mijaliśmy pasterskie domki, stada owiec, krów, pola
na których jedni dopiero siali zboże, inni już je zbierali, trochę
dziwnie jak na koniec stycznia. Po 3,5 godzinie doszliśmy do
wodospadu - choć niewielki, był naprawdę piękny.
Tu miał być pierwszy nocleg, ale była dopiero 13ta. Nie dość że to tylko
spacer, to jeszcze dodatkowo krótki i na miarę stetryczałego emeryta.
Wymogliśmy dalszą trasę. Po 20 minutach marszu dotarliśmy do niskiego
wzgórza. Zrobiliśmy tam godzinny postój na obserwacje etiopskich wilków.
Nie czekaliśmy długo, po kilku minutach w oddali pojawiło się kilka osobników. Wilk ten wygląda jak wielki lis i jest naprawdę piękny.
Szkoda że zostało ich tylko niecałe 400 sztuk. Na ich opiekę, ochronę i
badanie pieniądze przeznacza Unia Europejska. Wybudowała na terenie
Parku kilka punktów badawczych, do których na okres 50 dni przybywają
wolontariusze, którzy monitorują przemieszczanie się stad oraz
przeprowadzają ogólnie pojęte badania nad zwierzętami. W takim punkcie
mieliśmy pierwszy nocleg. Dzięki uprzejmości badaczy oraz 15BR,
ugotowaliśmy na ich kuchence kolację, makaron z cebulą. Nasze dania
niestety będą monotonne gdyż Dinszo to naprawdę była dziura i udało
nam się kupić tylko makaron, cebule, papryki, margarynę i kilka bułek.
Noc była chłodna ale nie tak zimna jak w górach Siemen.
O poranku ruszyliśmy w drogę o 8:30. Tego dnia szliśmy po największej
(1000 km2 powierzchni), najwyżej położonej (4000 m n.p.m.) równinie Afryki. Krajobraz był iście księżycowy, ale przepiękny.
Wciąż widzieliśmy w oddali wilki, a do tego świstaki, szczury preriowe
(tak je nazwałem, nie wiem dokładnie jak się nazywają), zające oraz
setki gatunków ptaków. Ptactwa jest tu istne mrowie, ponad 280 gatunków,
w tym około 17 endemicznych. Po prostu przyrodniczy raj.
Znów wymogliśmy na przewodniku dalszą drogę, minęliśmy około godziny
13tej następny obóz i doszliśmy do trzeciego około 15tej.
Zakwaterowanie znaleźliśmy w opuszczonej chacie pasterskiej. W środku rozbiliśmy namiot. Mimo sprzeciwu, niezbyt mocnego, naszego przewodnika rozpaliliśmy ogień i ugotowaliśmy tradycyjną kolację.
Z nudów chodzimy spać zaraz po zmroku około 19tej, a wstajemy po 8ej, dawno tak się nie wysypialiśmy. We śnie przeszkadzają nam jedynie nasze pasażerki na gapę, czyli pchły, które ciągniemy już od Lalibeli. Nawet okadzenie śpiworka dymem z ogniska nie pomaga.
Kolejny dzień to znowu spacer po wyżynie, omijamy największą górę,
chcieliśmy na nią wejść ale leniwy przewodnik stwierdził, że nie ma na
to czasu. Jesteśmy jeden obóz do przodu, ale on chce się wykpić i
skrócić wyjazd o jeden dzień. Na nasze pytanie co z naszą kasą, w
końcu zapłaciliśmy za 5 dni, w ogóle się obraził i nie rozmawiał
już z nami - tępy kmiot. Znowu doszliśmy do obozu o 14tej i koniec.
Tym razem obóz był nad pięknym jeziorem Garba Guracze.
Obeszliśmy jezioro, weszliśmy na okoliczne góry, wynudziliśmy się,
zjedliśmy już o 16tej iz tych nudów poszliśmy spać o 17tej godzinie.
Trasa na następny dzień to tylko półtora godziny marszu, mija się
przecudne jeziora z mnóstwem dzikiego ptactwa i wychodzi na główną
drogę prowadzącą do miasta Gobe.
W biurze naciągnęli nas na opłatę za 2 lub 3 dodatkowe dni. Cała trasa
jest do zrobienia w 2 dni, a jak by nam pozwolono jeszcze wchodzić na
najwyższy szczyt, to 2,5 dnia. W tym miejscu stwierdzam, że to zupełny
brak profesjonalizmu i naciągactwo. Złapaliśmy autobus do najbliższego
miasta i przedpołudniem było już po wycieczce.
Góry są przepiękne, dzikie, przez te 4 dni widzieliśmy mnóstwo zwierząt,
ptaków, a zaledwie kilka osób. Trzeba jednak przyznać, iż organizacja
jest niestety na żenującym poziomie.
W Gobe dodatkowo musieliśmy zapłacić za nocleg przewodnika, który i tak
po chwili się zmył i tylko dzięki stanowczości Bartka udało nam się
odzyskać pieniądze za hotel.

wtorek, 19 stycznia 2010

Kierunek góry Bale, etap Addis, Szeszemene, Dinszo

Tradycyjnie żeby wyjechać z jakiegoś miasta na dworcu stawiliśmy się o
5 rano. Addis Abeba to pierwsze miasto gdzie najpierw kupuje się
bilety, a potem wsiada do autobusu. Dla nas to normalne, wierzcie, dla
Etiopczyków niekoniecznie. Wcześniej ludzie zdobywali miejsca w
autobusach po prostu napierniczając słabszych, kobiety, dzieci i
starszych. Teraz jest tak samo tylko ma się bilet w ręku.
Pochwaliliśmy pomysł z kasami, wiadoma rzecz – stolica!, jak się
później okazało, pochopnie. Chcieliśmy jechać do wioski Dinszo,
udało się bez problemu dostać bilet, weszliśmy na teren dworca,
zajęliśmy miejsca w autobusie i czekaliśmy aż ruszy. I tu niespodzianka,
sprzedano tylko połowę biletów, co było nieopłacalne dla przewoźnika,
więc odwołał kurs. Oczywiście oddano nam za bilety ale dalej
byliśmy w dupie. Drugi autobus był już pełny i właśnie odjeżdżał.
Trzeba było skorygować plany, jedziemy więc do Szeszemene - mekki
etiopskich rastamanów, leżącej akurat w połowie drogi do Dinszo.
Taaaa.... pomysł dobry ale jak go wykonać?
Kierownicy zamieszania stacji, zaprowadzili nas do autobusu. Miły,
przyjemny, ale zapełniony w połowie autobus nie rokował dobrze. Po
15 minutach okazało się, że jednak nie jedzie. Kasa zwraca za bilety,
nie nam, bo nie zdążyliśmy ich nawet kupić. Z nadzieją na zmianę losu
udałem się w okolice kas biletowych. Szukałem usilnie kogoś,
kto mógłby nam pomóc w tej dosyć rozpaczliwej sytuacji.
Pojawił się kolejny kierownik zamieszania w pomarańczowej kamizelce,
w tłumie ludzi czuł się jak ryba w wodzie, znał wszystkich przewoźników,
wszystkie połączenia, firmy transportowe, godziny odjazdów i
lubił gadać po angielsku. On to, prowadząc za rękę, doprowadził mnie
pod odpowiednią kasę biletową, wywalił miejscowych z kolejki i
umożliwił mi kupno biletu jako pierwszy. Co mnie zdziwiło, nie oczekiwał
żadnej finansowej gratyfikacji, po prostu łechtały go moje komplementy i
zwracanie się do niego per boss. Miałem bilety i minęła tylko godzina,
wróciłem na dworzec i już po chwili z Bartkiem zajęliśmy miejsca
siedzące.
Niestety czarne chmury ponownie zawisły nad nami, autobus był znowu
pełen tylko w połowie. Nie trwało to długo, po 20 minutach
okazało się, że autobus nie jedzie tam gdzie chcemy ale jest światełko
w tunelu, następny autobus do Szeszemene jest w połowie pusty i
trzeba po prostu przebukować bilety. I znowu walka, rzuciłem się
jak lew wpychając stary bilet nowemu konduktorowi. Chamstwo,
twarde łokcie oraz polskie epitety spod budki z piwem pomogły,
mieliśmy nowe bilety numer 39 i 40. To był pierwszy autobus,
gdzie przestrzegano numeracji siedzeń. Jeszcze tylko półgodzinna
pyskówka z nieszczęśnikami bez biletów i ruszamy. Byliśmy tu od 5 rano,
teraz wybiła 9. Cztery godziny walki i już jedziemy.
Podróż do Szeszemene trwała 4 godziny i kosztowała 50BR.
Dworzec mieści się na skrzyżowaniu dróg, północ - południe, wschód -
zachód. Do centrum idzie się piechotą około 20 minut. Znaleźliśmy
zakwaterowanie w domu publicznym za 35BR, jednym z licznych na głównej
alei miasta. Chcieliśmy wymienić kasę w banku, niestety akurat trafiliśmy
na dzień świąteczny. Udało się ją zmienić w sklepie z chińską elektroniką,
ostatnie 10$, było na piwko, nocleg i na jutrzejszą drogę w góry.
Pobudka, jak zwykle, przed piątą rano. Jedziemy tuk - tukiem za 20BR
na dworzec. Poranna walka o wolne miejsce, bilet za 55BR i jedziemy.
Mimo, że to tylko niecałe 200 km, jedziemy 7 godzin. W ciągu całej trasy
jest tylko 10 km asfaltu, reszta to brak drogi, co gorsza jedzie się
przez góry. Na szczęście droga jest w budowie i ma być ukończona
za 3 lata. Niestety drogę budują Chińczycy i za kolejne 3 lata drogi
już nie będzie. Widzieliśmy już wcześniejsze dzieła budowniczych
Państwa Środka - makabra.
Dojechaliśmy do Dinszo, które okazało się być zwykłą, małą, ponurą,
zapyziałą wioską. Wybraliśmy nocleg w jednym z dwóch hoteli za 30BR i
po wypiciu piwa gotówka nam się skończyła. W tej dziurze nie było banku,
znowu byliśmy w dupie. Poszliśmy się dowiedzieć czegoś w biurze Parku.
Okazało się, że trekking kosztuje 90BR dziennie od osoby, plus 40BR za
camping, plus obligatoryjnie 170BR dziennie za przewodnika. Drogo,
szczególnie dla kogoś kto nie ma ani jednego birra. Oczywiście w
biurze Parku przyjmują inną walutę ale za 70% jej nominalnej wartości.
To było dla nas nie do przyjęcia. Mieliśmy jednak dużo szczęścia,
na trekking samochodowy wybierała się grupka Czechów. Udało nam się
z nimi dogadać, wymienili nam 150 Euro po normalnym kursie.
Wiem, że pewnie tego nie czytają ale chciałem im w tym miejscu
za to podziękować.
Mieliśmy gotówkę, zaczęliśmy negocjacje. Chcieliśmy iść na 4 dni w
góry, niestety trasa którą chcieliśmy zrobić była zaplanowana na 5
dni. Koleś który nam sprzedawał pakiet wyjazdowy, jak się później
okazało, był górskim ignorantem, a trasę wymyślał na bieżąco.
Trudno - musieliśmy, wziąć 5 dniowy trekking, a prawda jest taka,
że można to zrobić w 2 dni.
Mieliśmy wszystko opłacone, za 2 osoby zapłaciliśmy 1900BR za 5 dni -
zdzierstwo. Mamy się rano stawić pod biurem Parku.

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Addis Abeba - wiadoma rzecz, stolica!!!

Koniec z miastami po kilka tysięcy mieszkańców, czas na miasto pełną
gębą, 4,5 miliona ludzi w budynkach z metalu i szkła, czas na
drapacze chmur, autostrady i metro!!!! Czas na Addis Abebę!!!
Jak zwykle zjawiliśmy się przed szósta rano na dworcu, jak zwykle
poranna gimnastyka z akcentem na łokcie i kopnięcia oraz różnego
rodzaju przepychanki i kuksańce. Mamy miejsca w autobusie, plecaki
załadowane na dachu, chciwi, etiopscy naciągacze zrugani przez nas
jak psy, humor dopisuje, bilet za 92BR zakupiony u kierownika
zamieszania, możemy jechać.
Trasa jest asfaltowa – rzadkość – jest więc szansa na krótką drzemkę.
Droga jest długa ale jakoś leci. Niestety, przed stolica musimy
zatrzymywać się na kontrole. Nie wiadomo czego gliniarze szukają
ale robią ogólny kipisz, stoją na dachu, wyrzucają ludziom rzeczy
na ulice, rozpieprzają walizy, istne gestapo.
Etiopczycy się ich boją, ja wręcz odwrotnie, tylko czekam aż postanowią
zrzucić mój plecak z laptopem, a następną rzeczą jaka poleci, będzie
pieprzony gliniarz. Kierowca od razu pokazał, że to nasze plecaki i
tępe gliny obchodziły się z nimi jak z jajkiem. Policjanci we
wszystkich krajach są tacy sami, tępe dupki, które swoje kompleksy, a
szczególnie kompleks niższości chowają za odznaką, i leczą go, wyżywając
się na słabszych.
Z powodu kontroli, w stolicy byliśmy dopiero wieczorem. No cóż, budynków
ze szkła i metalu tu jak na lekarstwo, kilka wieżowców, brak metra ale
są autobusy, reszta to wielka wieś ze swoim niezapomnianym klimatem.
Powiem krótko: sadystycznie pięknie.
Dworzec jest oddalony o 20 minut od Piazza, czyli od centrum.
Tam znajduje się zagłębie hotelowe i tam też zmierzaliśmy. Niestety,
z segmentu tanich hoteli, nie mogliśmy wybrać nic godnego zamieszkania. Zaryzykowaliśmy i poszliśmy do hotelu wymienionego w Lonely Planet.
Co ciekawe, okazał się pusty, czysty, w miarę tani, 105BR za dwójkę
z prysznicem i ciepłą wodą. Tak, to był dobry wybór.
Oczywiście znalazło się wcześniej kilku naganiaczy, którzy chcieli
nam wcisnąć drogie hotele, sprzedać marihuanę, panienki i coś
podobnego - my tradycyjnie, zbesztaliśmy ich po polsku, angielsku,
rosyjsku i niemiecku. Przez ten nasz niewyparzony język, według nich,
nie zdaliśmy egzaminu na prawdziwych rastamanów. Oczywiście zwisało
nam to, a oni dostali jeszcze większy opiernicz. Oj, podoba mi się tutaj.
Po miesiącu jedzenia indżery wreszcie mieliśmy szanse zmienienia menu.
Z włoską okupacją przyszło spaghetti, pizza i kawa z ekspresu. Włosi
się wycofali ale kuchnia została. Zrobiliśmy sobie kulinarny dzień
dziecka. Pizza nie była droga około 8-9 PLN.,a wieczorem pojawiała
się pizza o nazwie fasting food, czyli na cieście wszystko, co ludzie
nie zjedli w ciągu całego dnia. Można było na przykład obok, buraczków
i kapusty znaleźć frytkę, ale ogólnie wszystko było sycące i smaczne,
polane dużą ilością chilli.
Jako, że oprócz kilku kościołów, dwóch muzeów i tysiąca knajp,
Addis Abeba nie ma zbyt dużo do zaproponowania, postanowiliśmy
udać się do muzeum narodowego. Wstęp kosztuje tylko 10BR.
Ekspozycja mieści się na trzech piętrach i w podziemiu.
Pierwsze piętro to ekspozycja kamiennych rzeźb, ozdób z brązu, naczyń,
strojów, broni i mebli pochodzących od czasów antycznych po współczesne.
Drugie piętro to wystawa malarstwa i rzeźby mistrzów etiopskich, zaś
ostatnie piętro to część etnograficzna. Największe skarby kryją się jednak w podziemiach. Są tam szczątki prehistorycznych ssaków, ptaków, gadów oraz najciekawszy eksponat: szczątki naszej przodkini sprzed 4,5 mln lat - Lucy.
Słodkie to imię nadał jej angielski odkrywca, na cześć utworu
"Lucy in the sky of diamond". Ciekawe czy wiedział że Beatlesom chodziło
o LSD??? Ach ci naukowcy!
Po tak mile spędzonym przedpołudniu przyszedł czas na na sprawy
organizacyjne. Poszliśmy do biura Etiopian Air. Mieści się ono w
budynku hotelu Hilton. To chyba największy budynek w mieście ale Paris
Hilton tam nie spotkaliśmy. Dowiedzieliśmy się za to, że najtańszy bilet do
Europy, na koniec marca, kosztuje 800$. Za drogo, nie opłaca się
wracać. Może znajdziemy jakiś czarter z Kenii.
Wieczorem próbowałem wysłać coś na bloga, jednakże transfer o zawrotnej prędkości 0,7kb/s uniemożliwiał otworzenie jakiejkolwiek strony, na otwarcie skrzynki GMAIL poświęciłem 8 minut. TRAGEDIA!!!!! Coś jednak wymyślę :).

niedziela, 17 stycznia 2010

Dire Dawa - niespodziewana odmiana

Zwijaliśmy się z Hararu koło południa. Nie było co dłużej tam siedzieć
i odpowiadać na zaczepki naćpanych gości. Busem dojechaliśmy do Dire
Dawa. Jest to drugie co do wielkości miasto Etiopii. Na dworcu
dowiedziałem się że bus do Addis Abeby odjeżdża o czwartej rano i
kosztuje 92BR. Z racji tak wczesnego wstawania, nie szukaliśmy daleko
noclegu i zamelinowaliśmy się w najbliższym hotelu za 50BR.
Była sobota i zaczynało nam drastycznie brakować gotówki. Okoliczne
banki były pozamykane, więc poradzono nam żeby udać się na Tajwan
Market i tam popytać. Nie było wyboru, czas było ruszać. Market, dosyć
duży, zajmował się przede wszystkim handlem tekstyliami. Nie mieliśmy
problemu z wymienieniem 20 Euro. Ruszyliśmy dalej wzdłuż wyschniętej
rzeki, w korycie której ludzie zrobili sobie toaletę i wysypisko śmieci.
Smród był nieznośny, a do tego wszędzie latały sępy.
Szliśmy i szliśmy, aż znaleźliśmy się w centrum miasta. Okazało się ono
bardzo miłe i sto razy ładniejsze od Hararu, uroku dodawała mu parterowa,
kolonialna zabudowa.
Na końcu głównej uliczki znajdował się targ.
Pomimo, iż tu ludzie także żuli czat, nie było tylu nachalnych,
naćpanych kretynów. Ogólne wrażenie było bardzo miłe, w dodatku
nie spotkaliśmy tu żadnych turystów. Znaleźliśmy za to czynne banki i
wymieniliśmy jeszcze trochę pieniędzy. Poszlajaliśmy się trochę po mieście, wieczorkiem wypiliśmy piwko i poszliśmy wcześnie spać.
Jutro Addis Abeba!

piątek, 15 stycznia 2010

Harrar - gdzie ta magia???

Z Lalibeli kierowaliśmy się w stronę Hararu. Jest on trochę na uboczu,
z dala od głównych dróg. Pierwszego dnia udało nam się dojechać
do miasta Dese (61BR). Tam znaleźliśmy nocleg z widokiem na dworzec
autobusowy. Istniała też możliwość pojechania ciężarówką do Addis Abeby,
ale musielibyśmy wówczas robić kółko. Postanowiliśmy rano ruszyć
do wioski Mille i tam złapać stopa do Awash.
Rano obudził nas portier wyjrzeliśmy przez okno i zobaczyliśmy potok
ludzi kierujący się do setki autobusów. Szybciutko zlecieliśmy na dół,
mieliśmy szczęście, nie było wielu chętnych udających się w naszym
kierunku, większość jechała do stolicy.
Podróż trwała 5 godzin, czas ostrej męczarni w kurzu i bez asfaltu.
Wysadzono nas na skrzyżowaniu. Tam setki, jak nie tysiące ciężarówek
kursuje na trasie Dżibuti - Addis Abeba i z powrotem. To była nasza
jedyna szansa. Nawet się nie zorientowaliśmy kiedy jakiś miejscowy
złapał nam tira do Awash. Kierowca okazał się miłym gościem,
nieźle jak na miejscowe warunki mówiącym po angielsku. Skasował nas
tylko po 100BR za drogę, wyszło więc taniej niż autobus.
Ruszyliśmy, przed nami ponad 300 km przez pustynię. Widoki dokoła
naprawdę piękne.
Po drodze zatrzymaliśmy się przy ciepłych źródłach na kąpiel. Dopiero koło
18tej byliśmy u celu. Wykończeni, znaleźliśmy nocleg i poszliśmy spać,
mimo że za płotem była dyskoteka.
Rano nie było żadnego transportu do Hararu więc został nam tylko
minibus. Dojechaliśmy po 7 godzinach z 2 przesiadkami za 100BR.
I już zaczęło mi się nie podobać. Przypomniał mi się Luksor,
pełno naganiaczy, ludzie nauczyli się oszukiwać widząc turystę,
ogólny niesmak. W dodatku na ulicach leżą setki, jeśli nie tysiące ludzi
naćpanych czatem, nic nie możesz załatwić bo wszyscy są tak naćpani,
że nie wiesz co do ciebie mówią, ogólna masakra.
Znaleźliśmy jakiś tani hotel z prysznicem obsługującym kilka okolicznych
hoteli, na dodatek płatnym ale nikt nam o tym nie mówił.
Wieczorem poszliśmy oglądać karmienie Hien. Od razu przyczepił się
jakiś "darmowy" przewodnik. Karmienie hien to tandetna cepelia,
dobra dla durnych turystów. Na koniec stwierdzili, że skasują nas
po 100BR za osobę, nie daliśmy się wycyckać, Bartek zapłacił 50 BR,
a ja za tą tandetę chciałem kolesiowi złamać nos.
Dosyć Hararu! Dno, dno, dno!
Coś takiego jak karmienie hien powinno być darmową wizytówką miasta,
jak hejnał z wieży kościoła Mariackiego, a nie tandetnym pseudoteatrem.
Rano ruszyliśmy pooglądać miasto. Różni się ono od typowych
afrykańskich miasto-wiosek. Jest całe za murami, poprzecinane malutkimi
uliczkami, wszystkie budynki są parterowe lub piętrowe. Jest to typowy
przykład architektury arabskiej.
Jeżeli nikomu nie przeszkadza panujący smrodek i setki tysięcy kup
ludzkich na każdym kroku, to naprawdę fajne miejsce. Ja jednak
cieszyłem się, że stąd wyjeżdżam. Na zakończenie jeszcze próbowano nas
naciąć na 40BR w hotelu. Sorry, ale mam negatywny stosunek do tego miasta.

wtorek, 12 stycznia 2010

Cuda Lalibeli

Do Lalibeli dojechaliśmy z całonocnym przystankiem w dziurze o
nazwie Welda. Bilet do tego miasta kosztował 69BR. Stamtąd można się
dostać minibusem za 80BR lub porannym autobusem za 50BR.
Doszliśmy do wniosku, że i tak będziemy tam za późno i zmarnujemy
jeden dzień. Ruszyliśmy więc rano. Autobus miał ruszyć o szóstej
ale nie był do końca pełny, więc udało się ruszyć dopiero koło 9tej.
Razem z nami jechał także sześćdziesięciukilku letni londyńczyk Naigel,
który Afrykę przemierzał na rowerze ale miał już dosyć górek,
braku asfaltu i dzieciarni rzucającej w niego kamieniami, wybrał więc
transport publiczny.
Podróż trwała 6 godzin, jak zwykle, jak to jest tu w zwyczaju,
z półgodzinną przerwą na śniadanie. To bardzo miły zwyczaj, szczególnie
gdy się jest od czwartej na nogach.
Znalezienie taniego noclegu w Lalibeli nie jest łatwe. Ceny zaczynają
się od 100BR. Mieliśmy szczęście, że było już po świętach i w hotelach
były pustki. Nasz wybór padł w końcu na baraki "hotelu" Kademt. Po
negocjacjach udało się nam zbić cenę do 40BR. Nie wiedziałem jeszcze
wtedy że był to najgorszy z możliwych wyborów. Nie chodzi o atmosferę
i obsługę, bo ta była naprawdę miła, nawet nie chodzi o śmierdzącą
dziurę w ziemi pod dumną nazwą toaleta. Chodzi o nieprzeliczalną ilość
robactwa, która gnieździła się pod materacem, w ścianach, na klepisku i
bóg wie gdzie jeszcze. Po dwóch nocach na samej twarzy i szyi miałem
ponad 50 ugryzień po pchłach, nie zliczę ile było na rękach, nogach,
brzuchu i nawet dupsku, mimo że byłem szczelnie opatulony w śpiwór. Nic
to, takie są uroki taniego podróżowania. Pierwszy dzień odpuściliśmy
sobie ze zwiedzaniem, było już późno,
jedyne co, to kupiliśmy bilet, który jest ważny
przez 4 dni i kosztuje 300BR. Wydaje się iż to drogo jak na etiopskie warunki ale jak się okazało następnego dnia, warte było każdych pieniędzy.
Na zwiedzanie ruszyliśmy o 7 rano. „Kościoły wykute w skale” - brzmiało dziwnie i intrygująco.
Na początku myślałem, że są to
kościoły w jaskiniach, jednakże jak się okazało, są to całe monastyry, tylko
zamiast wybudowane kamień na kamieniu, w całości wydarte górze.
Wszystko jest pogrupowane w trzech miejscach oddalonych od siebie o
kilka minut drogi. Jako że byliśmy tam wcześnie rano, trafiliśmy na
poranne modlitwy. Dało się wyczuć prawdziwie magiczny klimat.
W pierwszej grupie było 5 kościołów, w drugim miejscu był tylko jeden
ale wykuty w kształcie krzyża. Naprawdę - coś cudownego.
Wnętrze urokiem nie powalało na kolana, za to cała okolica była
porażająco piękna. Jako że cały kościół był wykuty ze skały,
w jego ścianach znajdowały się wykute groby, w jednym z nich
nadal spoczywały szczątki mnicha.
Ostatnia grupa pięciu kościołów leżała troszkę na uboczu. Oczywiście, oprócz monastyrów skalnych, równie pięknych jak poprzednie, było tam coś co naprawdę mnie poruszyło. Cała obszar poprzecinany jest labiryntami, w których można się zgubić, oczywiście jest to tylko wrażenie, gdyż łatwo stamtąd wyjść ale i tak klimat jest niesamowity.
Całe zwiedzanie zakończyliśmy o 12tej, kiedy wszystkie kościoły są zamykane na dwie godziny, żeby modlący się od rana mnisi mogli
coś zjeść. My również poszliśmy w ich ślady, zjedliśmy dobrą indżerę oraz słodką herbatę o smaku goździka o nazwie szaj.

niedziela, 10 stycznia 2010

Mekele - poszukiwanie drogi na pustynię

Z Aksum ruszyliśmy w kierunku miasta Mekele (bilet 59BR).
Według naszego przewodnika właśnie tam znajdują się biura,
które organizują wyjazdy na Depresję Danakil.
Podobno jest to jedno z najcieplejszych miejsc na świecie,
a zarazem jedno z najciekawszych. Problemem było to, że przyjechaliśmy
w sobotę w południe.
Po długich, żmudnych poszukiwaniach udało nam się namierzyć biuro
informacji turystycznej, niestety zamknięte.
Chodziliśmy po wielkich hotelach z nadzieją że tam znajdziemy
biuro turystyczne ale jak się można domyślić wycieczka okazała się
bezcelowa. Ostatnim typem był hotel Axum, w którym podobno ktoś coś wie. Zrezygnowaliśmy po 4 godzinach bezskutecznych poszukiwań.
Trzeba jednak przyznać, iż przyjazd do tego miasta nie okazał się
całkowitą klapą. W naszym hotelu zatrzymała się parka Brytyjczyków
zdążająca w stronę Kairu, dzięki czemu dokonaliśmy wymiany barterowej,
nasza mapa Egiptu za ich przewodnik po Kenii, Ugandzie i Tanzanii.
Teraz tamte tereny nam nie straszne.

czwartek, 7 stycznia 2010

Aksum

W Aksum spędziliśmy 2 dni. Jak większość dotychczas odwiedzanych
mieścin tak i ta jest bardzo mała. Zapoznanie się z topografią nie
sprawia żadnego problemu gdyż są tu tylko dwie, krzyżujące się
ze sobą główne drogi. Trafiliśmy tutaj w czasie etiopskiego
Bożego Narodzenia. Etiopczycy obchodzą go tak jak wyznawcy
prawosławia, około dwóch tygodni po naszych Świętach.
W ogóle czasem tutaj jest dosyć dziwacznie, kończy się właśnie
kwiecień roku 2002. Jak by na to nie patrzeć jestem młodszy o 8 lat,
a co więcej tak właśnie się czuje :).
Podobny problem występuje z godzinami. U Etiopczyków godzina pierwsza
to nasza szósta rano. Ma to nawet sens, o pierwszej godzinie zaczyna
się życie a o 12tej się kończy. O pierwszej ludzie idą pracować, a
wszystkie autobusy ruszają w swoje trasy. Tak to sobie sprytnie
wykombinowali.
Wracając do Aksum. Głównym celem wszystkich wycieczek zmierzających
w tym kierunku są kamienne obeliski, stele, z których największa ma
33 m.To właśnie największa jest rozbita na 3 części.
W czasie okupacji Abisynii przez Włochy, faszystowski rząd "pożyczył"
sobie ją i dopiero kilka lat temu wróciła z powrotem na swoje pierwotne miejsce. O tym fakcie przypominają plakaty wychwalające wieczną przyjaźń między narodem włoskim i etiopskim.
W cenę biletu, 50BR, wliczone jest także zwiedzanie katakumb
znajdujących się pod obeliskami oraz ruiny pałacu Królowej Saby,
a także wielki głaz znajdujący się 6 km za miastem z wyrytym lwem.
Cóż, można to sobie darować, a stele w zupełności wystarczy obejrzeć
zza ogrodzenia. Kolejną atrakcją miasta jest muzeum i kościół
St. Mary Of Zion - wstęp 120BR. Akurat to miejsce naprawdę warto odwiedzić.