wtorek, 30 listopada 2010

Pounducherry - Francja w Indiach

W Bangalore wylądowałem rano. Niestety nie mogłem znaleźć taniego rządowego autobusu do Poundochery. W informacji wysyłali mnie z jednego dworca autobusowego na drugi, w końcu żeby nie spędzić całego dnia w tym głośnym, tłocznym mieście zdecydowałem się na drogi prywatny autobus-450Rp. Ponduchery to stara Francuska kolonia, miasto zupełnie inne niż te w których już byłem, szerokie ulice, dużo zieleni. A wszystko nad brzegiem Oceanu Indyjskiego. Znalazłem pokój za 200Rp i tu postanowiłem trochę odpocząć.

Pokuszę się o pierwsze spostrzeżenia z Indii. Ogólnie mi się tu nie za bardzo podoba. Nie łapie mnie ta hipisowska moda i ogólne życie na wdechu, jeżeli ktoś już był w Azji południowo-wschodniej nie będzie niczym zaskoczony. Mam nadzieje że inne części kraju będą ciekawsze. Na plus można dodać wyśmienite jedzenie, i przemiłych ludzi. Reszta kiepsko. A co najgorsze żeby utrzymać budżet na niskim poziomie nie można sobie pozwalać na ekstrawagancje w postaci piwa czy innych przyjemności. Trudno, takie życie uciekam w stronę Nepalu z nadzieją że inne części Indii będą ciekawsze.

piątek, 26 listopada 2010

Ruiny Hampi

Autobus dowiózł mnie do miejscowości Hospet. Od razu rzuciło się na mnie kilkunastu rykszarzy oferując podwiezienie do Hampi za 100Rp. Nie docierało do nich że jadę Autobusem za 10Rp i ściemniali mnie albo że będzie on dopiero wieczorem, albo że w ogóle nie jeździ i takie tam. Znam te ściemy za dobrze. Pierwszy autobus był o 6.30. Na dworcu spotkałem Igora Izraelczyka z Kazachstanu. Okazał się miłym kompanem i gdy dojechaliśmy do Hampi razem wynajęliśmy pokój żeby obniżyć cenę. Hampi to malutka mieścina, a nawet wioska powstała przy ruinach starego XV wiecznego miasta. Góruje nad nią wieża świątyni Varupaksha. Przyznać trzeba że robi wrażenie. Pierwszego dnia wynajęliśmy rowery żeby objechać ruiny zamku królewskiego oraz świątynie Vitala. Całość położona jest nad rzeką wśród gór które wyglądają jak by olbrzym poukładał wielkie, kilkuset tonowe kamienie jeden na drugim. Widok naprawdę rewelacyjny.

Ruiny są dobrze zachowane i wyglądają naprawdę majestatycznie. W świątyni Vitala wzięliśmy przewodnika 100Rp i to była dobra inwestycja. Wprowadził nas w tajniki mitologi Hinduskiej. Ogólnie pozostałości po starym mieście robią wrażenie, jednakże jeżeli ktoś już widział Ankhor Wat, to będzie zawiedziony.

Całą okolicę można zwiedzić w ciągu jednego dnia.

Drugiego dnia przeprawiliśmy się przez rzekę, okazało się że całe życie toczy się właśnie tam. Myślę że około 50% turystów tu w Indiach to Izraelczycy. Jak wytłumaczył mi Igor, po służbie w wojsku wyjeżdżają oni na półroczne wakacje, a za cel przeważnie wybierają Indie.

Wieczorem, z Hospet miałem autobus do Bangalore. Zaryzykowałem i kupiłem bilet na autobus luksusowy. Kosztował 360Rpczyli o 100Rp więcej niż zwykły. Fakt był wygodny ale cóż z tego jak przez całą noc gryzły mnie pchły. Cóż taki urok Indii :(


środa, 24 listopada 2010

Panaji

Jako że wybiła 14ta dzień był już nie do uratowania, ale na szczęście wyspałem się dobrze co zawsze poprawia mi humor.

Dzień minął na POMie czyli powolnym obchodzie miasta. W Panaji widać wpływy Portugalczyków którzy mieli tu kolonie w zamierzchłych czasach. Na ścianach wielu budynków widać sławne niebieskie kafelki które swego czasu tak bardzo mnie ujęły w Porto. Oprócz wpływu na architekturę widoczny jest też wpływ na religię. Sporą część mieszkańców jest katolikami, a nad parkiem miejskim góruje kościół.

Tu na Goa wieczór przychodzi dosyć szybko i o 19tej miasto spowijają ciemności. Na zakończenie dnia, poszedłem jeszcze na piwko z zapoznaną Szwajcarką Valerii. I tyle dzień dla mnie się zakończył.

Rankiem pożegnałem się z Ewą i Rafałem, oni pojechali się byczyć na kilka dni na plażę, ja podziwiać ruiny w miasteczku Hampi. Autobus (243Rp)miałem z odległego o kilkanaście kilometrów Marago. Jechałem nocą i znowu się nie wyspałem, Jak ktoś będzie jeszcze narzekał na drogi w Polsce niech sobie przyjedzie w te rejony, tragedia.


poniedziałek, 22 listopada 2010

Żegnaj Europo na kilka miechów.

Pożegnałem się ze wszystkimi znajomymi zarówno w Polsce jak i Amsterdamie, a muszę przyznać że trwało to dosyć długo no i hucznie :) i przyszedł ten wspaniały czas żeby opuścić zimną Europę, teraz kierunek Goa.

Wylot miałem z Frankfurtu. Bojąc się że coś się stanie po drodze z autobusem z Amsterdamu wyjechałem już w nocy, w razie jak by co, żeby zdążyć dojechać stopem.

Oczywiście nic się nie stało i w zupełnie opustoszałym Frankfurcie, wylądowałem o piątej rano. Nie było wyjścia pobujałem się trochę po mieście i w południe znalazłem się na lotnisku. Wylot dopiero o 23.30 nuda,nuda,nuda. Na szczęście w budynku portu na parterze jest dobrze zaopatrzony supermarket z przyzwoitymi cenami :)

Podczas odprawy spotkałem parkę z polski Ewe i Rafała zawsze to raźniej w grupie.

Lot minął spokojne z krótką przerwą na do tankowanie paliwa w Bahrajnie.

Indie powitały mnie gorącym podmuchem wiatru, koniec zimy, przynajmniej do Nepalu. Wylądowaliśmy o 16tej miejscowego czasu ale zanim biurokratyczne procedury dobiegły końca zrobiła się 18ta i zaczęło się ściemniać.

Nie chcąc ryzykować że nie dostaniemy się przed nocą do Panaji wybraliśmy z Rafałem i Ewą droższą wersje podróży czyli taksówką. Wersja tańsza, czyli najpierw do Vasco da Gamma, a potem autobusem do Panaji mogła się zakończyć spaniem pod chmurką. Utargowaliśmy cenę do 450Rp na 3 osoby i za godzinę byliśmy na miejscu(15 Rupii to około 1zł.)

Trafiliśmy niestety na Międzynarodowy Festiwal Filmowy na Goa i znalezienie taniego noclegu okazało się rzeczą nie łatwą. Wreszcie zaczepiliśmy się w jednym z guest housów i po wysupłaniu 550Rp za pokój mogliśmy odetchnąć w spokoju. Zmiana czasu dawała się nam we znaki. Nie było co kombinować, wzięliśmy prysznic poszliśmy coś zjeść i przejść się po mieście i jak grzeczne dzieci poszliśmy spać o 22giej.

Spałem jak dziecko i wstałem dopiero po 15godzinach.

środa, 1 września 2010

Porządki

Trudno pisać posta po kilku miesiącach, ale wydaje mi się że trzeba zakończyć tę historię. Z Mombasy udaliśmy się na wyspę Lamu. Miejsce cudowne, wręcz magiczne. Mieliśmy szczęście akurat trafiliśmy na festiwal, a do tego 20minut drogi od naszego hotelu były przecudne białe plaże.
Jedynym problemem, który przerwał tą sielankę, była malaria która dopadła mnie 2 dnia pobytu na wyspie. Jednak szybka interwencja lekarska i leki(za 4€ !!!), spowodowały moje całkowite wyleczenie już następnego dnia, kurcze żeby tak przechodzić każdą grypę. Posiedzieliśmy troszkę na Lamu, a po kilku dniach jadąc na południe wzdłuż wybrzeża trafiliśmy najpierw Malindi,
potem do Watamu by w końcu dotrzeć z powrotem do Mombasy. Tu spędziliśmy ostatnie kilka dni rozkoszując się nieróbstwem i atmosferą miasta.
Wieczorem przed planowanym odlotem pojechaliśmy na lotnisko i tam spędziliśmy noc (dojazd do lotniska minibusem z pod stacji benzynowej w centrum). 22go marca mieliśmy lot do Brukseli.
P.S. Cały nasz wyjazd z biletami, ubezpieczeniem i innymi kosztami wyniósł nas po 2100€ za 4 miesiące na Czarnym Kontynencie. Nie tak źle.
Cóż, przychodzi jesień, trzeba uciekać do ciepłych krajów. Tym razem Indie, Nepal, Bangladesz i może coś jeszcze, jeżeli zmieszczę się w 4,5 miesiącach. Chętnych zapraszam, lecę 22.XI, koszty przewiduje podobne.
Do zobaczenia, usłyszenia, przeczytania :)

sobota, 6 marca 2010

Mombasa - miasto z duszą.

Żeby z Lolitoktok dojechać do Mombasy, trzeba się troszkę wrócić w stronę Nairobi, do miasta o przedziwnej nazwie Email (Bus kosztuje 300Ks) , a potem już prosto do Mombasy (700Ks). Można tez skrócić trochę drogę o dobrych 100km, ale trzeba przebić się przez Tanzanię. Niestety nie mogliśmy uzyskać pewnych informacji czy da się to zrobić bez kupowania za 100$ wizy, dlatego zrezygnowaliśmy z tej trasy. Nie wiedzieliśmy czego spodziewać się po Mombasie, ale już od pierwszych chwil w tym mieście zdawaliśmy sobie sprawę że przyjazd tu to strzał w dziesiątkę. Miasto to istny magiel kulturowy, czułem się tam jak w domu. Przez setki lat przez półwysep przetaczały się, rożne nacje. Swoje piętno na mieście, oprócz rdzennych Afrykańczyków zostawili, Arabowie, Portugalczycy, Anglicy oraz tysiące innych kupców z Chin, Indii i Indonezji. Od razu widać to na mieście, mimo ze panuje tu islam, jest kolorowo, wesoło, a cale życie toczy się na ulicy.

Znaleźliśmy w miarę tani nocleg w Hotelu Plaza, 500Ks, i bez obawy, wieczorem poszliśmy w miasto. Na ulicach jest pełno straganów ze słodkimi ciastkami, czajem, przepysznymi samosami, smażoną lub wędzoną ryba, daktylami, Świerzymi sokami, owocami i wszystkim czego sobie można wymarzyć. Do tego, jako że to miasto portowe, ulice zawalone są kramami z najróżniejszymi towarami a Chin, od koszulek, przez ładowarki do telefonów, po motory. Postanowiliśmy zostać jeszcze jeden dzień. W miasto ruszyliśmy z rana, tu na wybrzeżu panują nieludzkie upały, jedyne schronienie dają podcienia starych pokolonialnych budynków. Do południa kręciliśmy się po starym mieście, mimo ze to dość biedna i trochę zaniedbana dzielnica ma swój niepowtarzalny urok. Wreszcie pojawił się orzeźwiający sok z trzciny cukrowej, niewidziany przez nas od czasów Egiptu. Po południu kupiliśmy bilet, na jutrzejszy autobus do Lamu - 700Ks. Jeszcze wrócimy do Mombasy, na pewno, na kilka dni bo warto i mamy stad lot, do Brukseli 22go. Tu upal, słonko, przepięknie, a w Europie pewnie dalej mrozy - bryyy......

czwartek, 4 marca 2010

Loitoktok - knajpa z widokiem na Kilimandżaro.

Zrywaliśmy się z Nairobi wcześnie rano, po ciężkiej, głośnej nocy. Najpierw, do drugiej nad ranem, trwało pompowanie wody do naszego hotelu przez bardzo stary beczkowóz, a potem od czwartej zaczęły się zjeżdżać do stolicy autobusy ze wszystkich zakątków Kenii. Swoja obecność komunikowały trąbieniem w odstępach 20sekundowym. Pamiętajcie, mimo ze nocleg na River Road jest najtańszy, to noclegiem tego nazwać nie można.
Naszym następnym celem była mieścina Lolitoktok, oczywiście nie dlatego ze ma tak śmieszną nazwę ale dlatego że stamtąd jest najlepszy widok na Kilimandżaro. Oczywiście jeżeli niebo nie jest zachmurzone. My mieliśmy pecha, noc wcześniej padało i chmury spowiły wierzchołek, który tylko rzadka przebijał się przez kumulusy i ukazywał ośnieżony szczyt. Podroż (450Ks)trwała 3godziny, z czego ostatnie pół po niemiłosiernych wybojach. Gdy dojechaliśmy na miejsce Lolitoktok ukazał się wielka dziura, z dwoma hotelami, małym targiem, i pięcioma knajpami, hmm... bardzo dziwne miejsce. Pochodziliśmy trochę po okolicy z nadzieja ze Kilimandżaro ukarze się w pełnej okazałości. Udało się, jeszcze przed wieczorem chmury rozwiały się zupełnie. Przed nami ukazała się wielka góra z ośnieżonym szczytem. Do podnóża było jakieś 20, 30 km, a sam szczyt nie wyglądał na wymagający, ach, chciało by się tam wejść, ale cena ponad 1000$ ostudza nasz zapal niczym ten śnieg na wierzchołku. Cóż było robić, udaliśmy się do jednej z 5 knajp na piwo lane, w stylu kenijskim, czyli cieple, bez gazu, w plastikowym, brudnym kubku ale za 40Ks czyli 1,60zl. Gdy sobie wspomnę kulturę picia alkoholi w Etiopii, to aż zal serce ściska. Ale miejscowym to nie przeszkadza, co gorsza najchętniej pitym trunkiem jest wódka z trzciny, pita wprost z 50ml plastikowego woreczka, w temperaturze barowej, czyli około +30 stopni. Oj dużo się jeszcze muszą nauczyć. W knajpie był oczywiście ochroniarz. Do tej roboty najchętniej najmują się Masajowie. Cieszą się dużym respekt wśród pijących, pod warunkiem ze są trzeźwi, inaczej sami dostają po nosie. Dla mnie ochroniarz w sukience, koralikach i kolorowymi bransoletkami na rekach wyglądał trochę zniewieściale, mimo ze miał potężnego kija, którym raz na jakiś czas wywijał. Masaj poczuł się w obowiązku pilnowania dwóch Muzungu, przez co nie odstępował nas na krok, co było dosyć krepujące gdy się chciało pójść do toalety :)
Gdy wszyscy miejscowi byli już w dobrych humorach zaczęły się tance. Wszyscy bawili się przednio, mimo ze na 10 chłopa przypadały 2 panienki. Bardzo mi się podobało to wioskowe szaleństwo, wybawiłem się za wszystkie czasy na tym wyjezie. Rano, po ostatnim rzucie oka na Kilimandżaro, pojechaliśmy do Mombasy.

wtorek, 2 marca 2010

Nairobi - dużo hałasu o nic.

Znowu zabawiliśmy tylko jeden dzień w Kabale nie za bardzo wnikając w skarby ugandyjskiej stolicy. Następnego dnia ruszaliśmy do Kenii. Ale że do Kenii również nam się nie spieszyło, postanowiliśmy się zatrzymać w Jinjy. Plan był taki, żeby nad brzegiem jeziora, w końcu sobie poleżeć w słoneczku. Niestety fatum pogodowe wisiało nad nami czarnymi chmurami. W Jinjy, z powodu deszczu, odwiedziliśmy tylko dworzec autobusowy. Chcąc, nie chcąc trzeba jechać do Kenii. Dojechaliśmy do Mabele, miasta na granicy, nie było problemów z wizą kenijską, nie trzeba było kupować nowej, po prostu na starą wróciliśmy z powrotem. Zaraz przy granicy stało pełno naganiaczy sprzedających bilety do autobusów do Nairobii. Miasto Eldoret leżało po drodze. Zdecydowaliśmy się jechać autobusem. Oczywiście witamy w Kenii, od razu na dzień dobry próbowano nas naciąć na kasę mówiąc że 500 Ks za przejazd to normalna cena. Wiedzieliśmy że to nie prawda, w końcu stanęło na 400Ks choć i tak uważamy, ze przycięli jeszcze stówę na nas. Kenia, muszę myśleć pozytywnie bo ostatnie trzy tygodnie będą dla nas masakrą. Ale jak tu myśleć pozytywnie jak magicy od autobusu nie wlali paliwa i silnik wziął i stanął. Oczywiście zapowietrzyli silnik i nie mogli go potem odpalić. Próbując to naprawić za pomocą młotka i klucza piętnastki, jedynych dostępnych narzędzi, poświęcając sobie zapałkom, rozwalili wszystko dokumentnie, tak ze musieli sprowadzać mechanika z pobliskiego miasta. Przez to cale zamieszanie mieliśmy 3 godzinny postój i w Eldoret byliśmy dopiero przed północą. Na szczęście to miasto nie zasypia nigdy. Bez problemu znaleźliśmy nocleg. Żeby nie wylądować w Nairobi w nocy postanowiliśmy pojechać do miasta Nawisha. Gdy weszliśmy na dworzec kilkunastu naganiaczy chciało nam sprzedać miejsca w swoim wanie, ale nie chcieli negocjować ce, dlatego my wybraliśmy najtańszą opcje- autobus 350Ks. Już siedząc w autobusie, naganiacze nie dawali za wygrana, oni się sami nakręcają, zwariowane wariaty. Dojechaliśmy do Navishy. Kierowca wysadził nas na obwodnicy miasta, do centrum nie było daleko, zrezygnowaliśmy z podwiezienia motorem i poszliśmy piechotą. Po drodze, zaczepiło nas 3 dość dziwnie i bidnie wyglądających gości. Byli ubrani w dziurawe koszulki, podarte spodnie i kalosze. Chcieli nam sprzedać marihuanę. Byli to najdziwniejsi dilerzy jakich kiedykolwiek widziałem. Jeżeli komuś diler kojarzy się z BMW czarnymi okularami i tego typu atrybutami zapraszam do Kenii, może się trochę zdziwić.
Miasto w którym wylądowaliśmy znajduje się nad pięknym jeziorem, ale jak ktoś pomyśli że dzięki temu można tu dostać tanie ryby to jest w błędzie. Ceny są takie, jak za pstrąga na Krupówkach. Szkoda, bo na rybkę miałem sumaka. Mieścina jest bardzo mała, jak większość afrykańskich miast które mijaliśmy i nie za bardzo ma się czym pochwalić.
Rano pojechaliśmy do Nairobii. Bilet kosztował 150Ks i droga minęła bardzo szybko. Stolica jest bardzo rozległa i minęło dobre pół godziny od rogatek gdy dostaliśmy się do centrum. Znaleźliśmy dość tani nocleg, jak na miejscowe warunki, w Zahra Hotel 500Ks. Hotel ten mieści się na głównej ulicy miasta River Rd. i jest prowadzony przez ortodoksyjnych Muzułmanów, którzy już na wstępie powiedzieli nam, że w związku z tym, panuje kompletny zakaz spożywania alkoholu, ja dumnie odpowiedziałem że my, jako hiper ortodoksyjni chrześcijanie nie bierzemy alkoholu do ust, co wywołało lekką konsternacje.
Coz mogę napisać o stolicy??? Jest gwarna ruchliwa, nowoczesna jak na afrykański warunki, ale nie ma duszy, nie ma tego ulicznego życia, które jest w innych miastach. Ale jest to miasto bez historii, w którym muzeum stawia się pisarce Karen Blixen, a wystarczyło być jej kochankiem aby zasłużyć na pomnik. Cale centrum, ok, jest ładne, czyste i zadbane ale to tyle, zero ochów i achów. Co najgorsze po zmroku lepiej nie wychodzić na ulice. Jest to obok Johannesburga, najniebezpieczniejsze miasto w Afryce. Wróciliśmy wiec o 18tej do pokoju nie mogąc się doczekać kiedy rano z tad wyjedziemy

piątek, 26 lutego 2010

Wyspy Sesse w deszczu

Przyszedł czas by już definitywnie opuścić Kabale. Niestety pogoda nie pozwoliła na to zbyt szybko. Dopiero kolo południa, miedzy jednym deszczem a drugim, udało nam się dotrzeć na dworzec autobusowy. Naszym celem było miasto Masaka. Jest ono na drodze do stolicy, tak że autobusy jeżdżą z dość dużą częstotliwością. Zaopatrzeni w bilet za 16000Ush ruszyliśmy w kilku godzinna podroż. Niestety konduktor zapomniał nas wysadzić na miejscu, ale dopiero wioskę dalej, zdarza się. My niestety musieliśmy złapać jakiś przewóz na miejsce. Zatrzymała się osobowa Toyota i jako pasażer nr 6 i 7 załadowaliśmy się do samochodu. Nie obyło się już na miejscu bez małych zgrzytów, kierowca chciał od nas więcej pieniędzy niż się umawialiśmy przed jazdą . Przypadek wart odnotowania, bo po raz pierwszy, Ugandyjczyk chciał nas naciąć na kasę. Ale po prawie 4 miechach na Czarnym Ladzie nie z nami te numery - Bruner!
O Masace można powiedzieć tyle, że jest tam rynek, targ, meczet, bardzo wolno działający internet i pyszna smażona ryba. To tyle nie zastanawialiśmy sie nad innymi urokami to tylko miasto przesiadkowe.
Zeby dotrzeć do promu na wyspy Sesse trzeba z Massaki dostać się do małego miasta na krzyżowce głównych tras. Jako że dzionek był piękny, a droga była z górki zrobiliśmy trasę piechotą, zajęło to nam pół godzinki. Tam, na dworcu autobusowym, wpakowaliśmy się do busa i czekaliśmy aż uzbiera się komplet czyli zwyczajowe dwadzieścia kilka osób w 14 miejscowym pojeździe:) Zajęło to kolejną godzinkę. Ruszyliśmy do promu, to tylko 20 kilometrów szutru w przeładowanym wanie w trzydziestu kilu stopniowym upale - luzik, takie rzeczy już mnie przerażają, a cop ciekawe czuje w nich jakaś sadomasochistyczna przyjemność.
Prom niestety nam uciekł więc w słoneczku, zajadając ananasa czekaliśmy na następny. Gdy przypłynął , ciasno upakowano 3 wany,jedna ciężarówka i 2 samochody osobowe, a do tego setkę ludzi. potem pół godzinki rejsu i dodatkowe półtora w aucie do wioski Kalangala. Uff jesteśmy!!!!
Zastanawialiśmy się nad noclegiem, gdzie może być fajne, wyluzowane miejsce. Nasz wybór padł na camping Hornbi, tylko dlatego, że przewodnik odradzał to miejsce, a dokładniej właścicieli. Na miejscu okazało sie ze nasz wybór to strzał w dziesiątkę. Camping prowadziła, już od szesnastu lat dwójka czterdziestokilku letnich, niemieckich hipisów, kompletnie rozwalonych jointami i alkiem ale przemiłych, choć z zakodowanym niemieckim porządkiem. Dla nich świat zatrzymał się piętnaście lat temu, ale byli z tym bardzo szczęśliwi. Na miejscu był bar, a piwo sprzedawali na krechę czego można chcieć więcej od życia. Razem z właścicielami obchodziliśmy hucznie urodziny Bartka. Ten, oprócz darmowego piwa, dostał hipisowski bębenek - milo!!! Zostaliśmy na noc pod namiotem. Niestety ranek przywitał nas deszczem, uciekliśmy pod wiatę, ratując nasze rzeczy przed zmoknięciem i łapczywie wypatrując słońca. Niestety pora deszczowa, to pora deszczowa i przez cały dzień lało. Szkoda bo chcieliśmy popływać i powygrzewać się na słońcu. Następną nockę już spaliśmy w domku, ale za cenę pola namiotowego, kolejny fajny gest ze strony kierownictwa.
Nie czekaliśmy kolejnego dnia aż pogoda się poprawi pożegnaliśmy się z nowymi znajomymi, spłaciliśmy zaciągnięte długi, co i tak wyszło 50% mniej niż ja to wyliczyłem, ach ci hipisi kiedyś przez to zbankrutują wiec przyjeżdżajcie do nich, puki tam jeszcze są.
Porannym promem za 10000Ush dopłynęliśmy do Entebe, a potem busem dojechaliśmy do Kampali( 2500Ush)
Mimo że pogoda nie dopisała bardzo fajnie się bawiliśmy na wyspach.

środa, 24 lutego 2010

Muzungu in the mist,

Nie za bardzo spieszyliśmy się do Kisoro, ciągle czuliśmy ogólny wyluz po tych kilku dniach w Kabale ale czas goni. Na dworcu znaleźliśmy się dopiero po 11tej i powolutku wielka, biała Toyota zaczynała się zapełniać. Oprócz naszej dwójki, małżeństwem ze słonecznej Kalifornii, oraz trójką Niemców pracujących tu na wolontariacie. W Afryce poznaliśmy bardzo dużo młodych ludzi, pracujących w ten sposób przez pół roku czasem dłużej w szpitalach, dla czerwonego krzyża czy w szkole. Fajna sprawa dla mieszkańców, a dla nich dobra szkoła życia i zawsze jest co wpisać w CV.
Auto było w komplecie 7 muzungu, czyli białych + kierowca i mogło ruszać. Naszym celem był wulkan Muhabura 4127m. Niestety, wspomniana już wcześniej pora deszczowa nie wróżyła najlepiej. Cały czas siąpiło, a szczyty były pokryte gęstymi chmurami. Zdecydowanie nie była to pogoda na szybki sprint na szczyt. Postanowiliśmy to olać, jutro uderzyć do Ruandy a górę zrobić w drodze powrotnej. Znaleźliśmy tani nocleg, poszwendaliśmy się po Kisoro, a jest to naprawdę mała dziura i tyle, czekamy do rana. Ranek jak na złość powitał nas pięknym słońcem, sam nie wiedziałem cieszyć się , czy przeklinać swój los. Wyjście w góry trzeba było zgłosić dzień wcześniej, gdybyśmy tylko znali kaprysy pogody.
Ruszyliśmy do granicy. Droga obchodzi wulkan więc widoki były imponujące. Cały park narodowy po stronie Ugandyjskiej obejmuje aż 3 stożki wulkaniczne i tylko tu, i po stronie Ruandy można zobaczyć Goryle Górskie, ale taka przyjemność kosztuje 500$ :(
Po 3 godzinach dobrnęliśmy do granicy, a tu pasm niepowodzeń ciąg dalszy. Wiza kosztuje 60$, co jeszcze można przeboleć, ale problemem jest to że trzeba tu wrócić, co wiąże się z kupnem kolejnej wizy Ugandyjskiej. Daje to w sumie 110$, nie licząc kosztów życia , za 3,4 dni. Budżet nasz jest skromny i wolimy te pieniądze wydać na góry. Postanowiliśmy ze wracamy. W samochodzie, który nas wiózł z powrotem do Kisoro poznaliśmy 2 młodych Duńczyków, spoko chłopaki i teraz oni stali się naszymi sprzymierzeńcami w podroży. Zapadła decyzja, jutro bez względu na pogodę, wchodzimy na Muhabure. Gdy wróciliśmy do hotelu, obsługa się bardzo ucieszyła, szczególnie dlatego, że przyprowadziliśmy dwójkę nowych gości :)
Zorganizowaliśmy sobie samochód, który rano zawiózł nas pod bazę parku, a popołudniu miał nas odwieść z powrotem koszt to 50000Ush na czterech, trochę dużo ale z monopolem parku nie ma jak walczyć. O godzinie 7 znaleźliśmy się w obozie, tam walka o zniżkę dla studenta za pomocą dońskiej karty bibliotecznej i polskiej karty Euro26 - udana, wypisywanie rachunków i jesteśmy gotowi. Udało się urwać 7$ z przepisowych 50$, zawsze to coś. Na szczęście dostaliśmy super przewodnika Petera i ochroniarza pod bronią Roberta.
Droga wije się trawersami na sam szczyt. Mija się geste lasy, dziwne skarłowaciałe drzewa, lobelie, bambusy, jak na taki krótki odcinek roślinność zmieniała się kilkakrotnie. Po drodze mijamy 2 schrony, ale jako ze my młodzi i wysportowani nie zatrzymujemy się na długo i po 4 godzinach zdobywamy szczyt. Jest on malutki, należy do Ugandy i Ruandy, a w samym środku jest 20metrowe jeziorko wulkaniczne. Tam właśnie, żeby uczcić nasz wyczyn, Bartek wziął kąpiel. Mnie na sam widok było zimno w dodatku zaczęło padać, szczęście które sprzyjało nam cały dzień zaczęło nas opuszczać. Szczyt zasnuł się mglą, a na dodatek rozszalała się burza gradowa. Trzeba było ociekać. Droga w dół, po potwornie śliskim szlaku, trwała 3 godziny. Mokrzy ale szczęśliwi dobrnęliśmy do obozu. Przegnaliśmy się z przewodnikiem, naprawdę super facet i wróciliśmy do miasta. Chcieliśmy uczcić jakimś piwem to osiągnięcie, ale wszyscy byli tak zmęczeni i zmoknięci, że na chęciach się skończyło.
W biurze parku naciągnięto nas na jeszcze jedna wycieczkę, tym razem na Snake Safari. Nie była to wygórowana kwota tylko 12000Ush, wiec czemu nie, zawsze fajnie zobaczyć pytona w akcji :) Chodziliśmy za przewodnikiem, szukaliśmy, szukaliśmy ale nic, po wężu ani śladu, cóż nie zawsze się wygrywa, ale mimo wszystko spacer w chaszczach wokół jeziora i po okolicznych górach był bardzo fajny i relaksujący po wczorajszej ostrej wspinaczce.
Nie było sensu zostawać jeszcze jedna noc w Kisoro, dlatego nasza czwórka postanowiła zamelinować się w Kabale.
A nie mówiłem że tam jeszcze wrócę!!!!