niedziela, 25 września 2011

Pokara

Po dziewięciu miesiącach przerwy wróciłem do Pokhary. Po ciężkim sezonie letnim wreszcie przyszedł czas na upragnione wakacje. Gdy wysiedliśmy z autobusu przed piątą rano miasto powitało nas ulewnym deszczem, znak że sezon monsunowy jeszcze się nie zakończył. Obskoczyło nas kilku taksówkarzy cena za przejazd w stronę Lakeside spadła do 150Rp, ale postanowiliśmy przeczekać deszcz w kafejce i ruszyć gdy się rozpogodzi, wszak to tylko 30min piechotą. Ulewa, jak szybko nadeszła tak szybko się skończyła, zmieniając ulicę w wartki potok. Miasto budziło się do życia, skierowałem się w stronę Nord Lakeside gdzie stacjonowałem ostatnio. Jest tam ciszej, spokojniej i troszkę taniej niż w centrum turystycznego getta. Zakwaterowanie znaleźliśmy w Funny House, w tym samym w którym stacjonowałem w grudniu. Jako że byłem z dziewczyną postanowiłem podnieść standard wypoczynku i za 400Rp dziennie mieliśmy czyściutki pokój z łazienką z widokiem na jezioro i okoliczne góry. Warunki nie do pomyślenia w zasyfionych Indiach. Tak tu można odpoczywać!!! Pierwsze kilka dni to czas na aklimatyzacje i przyzwyczajenie się do innej strefy czasowej. Czas też by smacznie pojeść i popróbować miejscowego Gurkha Beer. Nie znaczy to że przez następne 9 dni leżeliśmy brzuchami do góry, marnując czas który pozostał nam w Nepalu.

I tak, jeden dzień spędziliśmy na obejście jeziora Fewa. Wyprawa wydawała się niby prosta, ale dużo pobłądziliśmy wśród pól ryżowych, lasów, potoków, rzeczek i osuwisk skalnych. Mimo to bardzo było miło.

Gdy za 25€, w jednym z kilkudziesięciu sklepów ze sprzętem turystycznym, kupiłem nowiutkie buty Salomona, postanowiłem je sprawdzić w działaniu. Ruszyliśmy na podbój Pagody Pokoju, która góruje nad miastem. Trasa znowu wiodła małymi polnymi ścieżkami wśród lasów i wszystko było w porządku, gdyby nie pijawki, które dotkliwie nam w tym przeszkadzały spijając litry krwi z naszych nóg.

Odwiedziliśmy też dwie jaskinie za miastem Mahendra Gufa i Bat Cave. Niestety o tej porze roku, w jaskini nietoperzowej, naliczyliśmy tylko kilkanaście nietoperzy. Ale i tak było przyjemnie szczególnie wyjście z jaskini po mokrych śliskich kamieniach. Gdy wracaliśmy w biurze Annapurna Area Conservation Projekt załatwiliśmy pozwolenia na treking wokoło Annapurny. Pozwolenie kosztuje 2000Rp + 2 zdjęcia, a TIMS czyli takie niby ubezpieczenie, które nie jest ubezpieczeniem, a według mnie służy do wyciągnięcia kasy, 1450Rp + dwie foty.

Do Pokhary w piątek zawitał mój znajomy, Szymek razem z dwójką kumpli i ojcem. Będą kręcić tutaj dokument, ciekawy jestem jak im to wyjdzie:)

Spotkaliśmy się by obgadać szczegóły podboju Himalajów. Oni ruszają już jutro, my z Isą dopiero w poniedziałek. Mam nadzieje że złapiemy ich gdzieś na szlaku.

piątek, 23 września 2011

Ruszamy

Sezon jesienno-zimowy się zaczyna czas więc wyruszyć w podróż. W tym roku mam niestety mniej czasu tyko 2 i pół miesiąca, długo się zastanawiałem gdzie jechać. Wybór padł na Nepal, po ostatniej wizycie czułem niedosyt Himalajów. Tym razem wybieram się z moją dziewczyną Isą. Ciekawe jak to będzie, na pewno wesoło:)

Udało nam się kupić bilety do Delhi, w dwie strony za 550€. Została jeszcze kwestia wiz. Isa swoją wyrobiła w Berlinie, trwało to około tygodnia, ja wyrabiałem ją w Warszawie.

Termin wylotu zbliżał się nieuchronnie, a o wizie ani słychu ani widu. Dwa tygodnie od złożenia wniosku i cisza, proszę czekać i być cierpliwy, usłyszałem w słuchawce. Tak proszę Pani, ale ja po jutrze wylatuje!!!

Nie było wyjścia, spakowałem się szybko i ruszyłem do ambasady popchać moje sprawy.

Takich turystów jak ja było dużo, wszyscy czekaliśmy cierpliwie do 20tej aż konsul wklei papierek umożliwiający mój pobyt w Indiach. Wizę dostałem półroczną z możliwością nieskończonej ilości wjazdów i wyjazdów z kraju.

Z Warszawy pociągiem dojechałem do Berlina, tam spotkałem się z Izą, spędziłem noc na małym lotnisku Shonenfeld, a rano via Moskwa polecieliśmy do Delhi.

Stolica powitała nas monsunowym deszczem i mimo że to była piąta rano temperatura sięgała 30stopni. Metro rusza dopiero o 6 rano, chcąc nie chcąc zmuszeni byliśmy korzystać z komunikacji autobusowej. Już od samego początku zgrzyt, wiadomo Indie. Kontroler nie miał wydać 50RP, a gdy domagałem się reszty ten po prostu sprzedał nam dodatkowe 2 bilety. Taaa.... na szczęście będę tu krótko, tak krótko jak się tylko da.

Po obejściu kilku hoteli znaleźliśmy taki, gdzie prześcieradło miało tylko około miesiąca, a spod plam i szarości w kilku miejscach prześwitywał biały kolor.

Zmiana czasu i trudy podróży dawały nam się we znaki. Cały dzień spędziliśmy na spaniu i szlajaniu się po mieście, i odsyłaniu z kwitkiem namolnych sprzedawców i rykszarzy. Kupiliśmy bilet na następny dzień na 19.50 do Gorakhpur(162 Rp jeden).

Podróż trwała całą noc, ja, w przeciwieństwie do Isy spałem jak dziecko, wyłączyłem się zupełnie, ona niestety poddała się pociągowemu życiu i co chwila musiała się opędzać od różnej maści żebraków, ściemniaczy i sprzedawców chińskiego badziewia.

Pociąg przyjechał prawie o czasie. Czas na dalszą podróż. Naprzeciwko dworca stoją autobusy pod Nepalską granice. Po dwóch godzinach i ubożsi o 60Rp. Byliśmy na miejscu. Oczywiście rzucili na nas się rykszarze, ciągnąc nasze plecaki wykrzykując long way, cheep price!!! ale ja wiedziałem że do granicy jest raptem 300m.

Wizę wzięliśmy miesięczną koszt 40$ płatne w dolcach plus jedno zdjęcie. W Katmandu i Pokarze istnieje możliwość przedłużenia jej o kolejny miesiąc.

Ostatnią częścią podróży był 200km odcinek do Pokary. Bilet na nocny autobus kosztował 350RP (1€=100Rp) a cała podróż trwała raptem 12 godzin. Wymęczeni ale szczęśliwi po 32 godzinach tułaczki znaleźliśmy się na miejscu.



czwartek, 1 września 2011

Remanent

Zawsze na koniec mojej podróży pisanie idzie mi ciężko. Minęło już parę miesięcy czas zacząć nową podróż ale przydało by się kilka słów zakończenia. Spędziłem miłe dwa tygodnie w Kambodży bycząc się na plaży w Sikanuk Vill. Wylądowałem w miłym miejscu, w Sunrise cafe na Otres Beach, której współwłaścicielką była Polka Moni. Wszystkim polecam to miejsce, tanio(nocleg 5$) miło i przyjemnie. Przy okazji pozdrawiam, mam nadzieje że się jeszcze spotkamy :)

Do Tajlandii wracałem drogą lądową. Spreparowałem sobie lewy bilet lotniczy, więc bez problemu dostałem wizę na granicy. Musiałem co prawda zapłacić 200B bakszyszu, oficjalnie za ksero wizy którą mi wbili, ale innych problemów nie miałem. Czas gonił, spędziłem kilka dni w Bangkoku, i ruszyłem do Malezji. Odlatywałem z Kuala Lumpur, i po kilkunastu godzinach wylądowałem w Paryżu. Potem stopem do Amsterdamu i już byłem w domu. Były to wspaniałe 4 miesiące, mimo że podróżowałem samotnie nigdy nie byłem sam, ach ta Azja!!!


czwartek, 10 lutego 2011

Bunt i trauma



Mając już bilet w ręku, wiedziałem że muszę opuścić Bangkok. Szkoda, ale żeby przesiedzieć tu resztę wyjazdu było by to trochę marnotrawstwem czasu. Rankiem zwlekłem się z wyra, spakowałem, zostawiłem ciężkie rzeczy w moim guest housie i stawiłem się na ustalonym miejscu, skąd mieli mnie odebrać busikiem i zawieść do Siem Reap. W głowie, po wczorajszych pożegnaniach dudnił tętent koni, ale wiedziałem że po drodzę odeśpię zmęczenie. Już na początku jednak poszło coś nie tak. Najpierw, kierowca spóźnił się prawię godzinę, a potem trzy razy przerzucali mnie z busa do busa. Po co i dlaczego pozostanie to ich słodką tajemnicą. Udało się po dwóch godzinach ruszyć, a ja zapadłem w błogi sen. Wywieziono nas do jakiegoś resortu przed granicą, wręczono nam do wypełnienia wnioski wizowe i zażądano 1200Batów opłaty. Miałem ze sobą baty ale chciałem zapłacić dolarami. Nie chcieli dolców i to mnie zdziwiło. Zacząłem przeliczać, zaraz, zaraz, wiza kosztuje 20$ to jest jakieś 600B. Pytam co i jak, a oni na to że muszą to załatwić sami, bo na granicy nie można. Już wiedziałem że to kant. Walcząc z kacem, postanowiłem wszcząć rewolucje. Mówię wszystkim jak sprawa wygląda, że chcą nas orżnąć na kasę i faktycznie ziarno niepewności zostało zasiane, no i lawina ruszyła. Z 12 osób w busie, ośmioro się zbuntowało. Pozostała 4 miała już wizy, tak że nic na nas nie zarobili. Doprowadziło to do białej gorączki jakiegoś szefa, doszło do ostrych utarczek słowno fizycznych i stwierdzili jak nie zapłacimy to nie pojedziemy. A pies ich trącał. Cała nasza ósemka ruszyła na granicę. Z wizą nie było problemu – koszt 20$ + 100B a cała procedura trwała 20 minut. Niestety z drugiej strony granicy czekali następni ściemniacze. Prowadzą cię do darmowego autobusu wywożą 10 km za miasto, niby na główny przystanek autobusowy. Fakt, dworzec jest piękny ale to tylko ściema dla turystów. W Kambodży jest kilkanaście firm przewozowych i każda ma własny malutki przystaneczek w odległości do 500m od granicy. A te dranie pośredniczą tylko kasując za to 100% zysku bo i tak autobus przejeżdża koło nich. Dla mnie to było za wiele, powiedziałem im że mogą mnie pocałować tam gdzie oni się podmywają, a ja używam papieru toaletowego. Pożegnałem 7 moich buntowników i poszedłem łapać stopa, lecz tym razem prosto do Phnom Penh.

Po godzinie zatrzymał się jeden Khmer który jechał do stolicy ale jeszcze po drodze musiał się zatrzymać w ośrodku dla ofiar min. To co tam widziałem było dla mnie wielką traumą i nie mam ochoty o tym pisać. Każdy człowiek który narzeka, że wszystko jest źle, wszystko nie tak, coś go boli czy tego typu durne gatki, powinien spędzić przynajmniej godzinkę w tym miejscu. Tylko czy to miejsce wytrzymało by najazd ponad połowy narodu Polskiego ????

Dojechaliśmy do Phnom Penh. Wysiadłem na bulwarze Federacji Rosyjskiej a stamtąd miałem 10 minut do strefy hoteli przy jeziorze, a więc w drogę.


Podsumowanie.

Najbardziej opłaca się wziąć bus tylko do granicy - 250B, a potem na nóżkach do Kambodży. Tam najtaniej wychodzi rejsowy autobus i tak: Siem Reap - 4$ ,Phnom Penh - 8 do 10$. Nie dać się wywozić za miasto. Aha, normalny autobus z Bangkoku kosztuje 207B ale trzeba wziąć tuk tuka za 50-80B lub dylać na piechotkę 6km do granicy. Podobno za 50B jest pociąg ze stolicy, nie wiem nie sprawdzałem.

środa, 9 lutego 2011

Raj na ziemi !!!

Znowu się trochę zawiesiłem, tym razem na plaży w Kambodży!!! Wszystkim polecam to miejsce. Jestem w raju!!! Postaram się w ciągu kilku dni opisać moje perypetie, ale na razie cieszę się plażą, słońcem, tanim piwkiem i pięknymi paniami wokoło:))

środa, 2 lutego 2011

Kierunek Bangkok.


Powoli nacieszyłem się prawdziwym relaksem, odpocząłem i zebrałem siły na kontynuowanie bloga. Po Indiach potrzebowałem chwili wytchnienia i mimo że trwała ona bardzo długo wróciłem wreszcie do życia.

Przyszedł czas powiedzieć cześć Indiom i udać się w krainę luksusów czyli Tajlandia!!!!

Mój samolot wylatywał o 12tej. Spakowałem się i ruszyłem na przystanek autobusowy, ale po drodze zobaczyłem jadący autobus z wywieszką airport - DN/11 wskoczyłem i już jechaliśmy w pożądanym kierunku. Trudno mi powiedzieć ile kosztuje bilet, gdyż dałem 10Rp kontrolerowi i wszystko było OK, bez biletu, bez zadawania pytań po 45min byłem przy lotnisku. Potem żmudna procedura kontroli, litr rumu w wolnocłówce, przywitanie się ze stewardesami i w górę!!!

W samolocie poznałem Hiszpana Horche z którym kontynuowałem dalszą podróż. Zawszę w dwójkę milej. Gdy lądowaliśmy w Bangkoku było już ciemno. Lotnisko w stolicy oddalone jest o 20,30 km od centrum. Jeżdżą oczywiście autobusy pod Khosan Road za 150B (10B to około 1 zł) ale od niedawna można do centrum dostać się kolejką za 45B, a stamtąd jednym autobusem za 7B dostać się pod hotelowe getto. Wybraliśmy oczywiście wersje tańszą. Niestety późno przychodzisz sam sobie szkodzisz:( Wszystkie tanie hotele były zajęte. Dopiero przy chyba już dziesiątej próbie trafiliśmy do Mini House. To na takiej uliczce, przedłużenie Khosan Road tylko 50m wyżej. Nocleg 300B za dwójkę, 150 za jedynkę. Ach, co to było za miejsce!!!! Jak bym pisał magisterkę z socjologi to po tygodniu cała była by gotowa, a po 2 tygodniach pewnie mógł bym bronić doktorat. Mieszkali tam przedziwni ludzie. Niektórzy zawiesili się tam na stałe, nie chcąc lub nie mogąc wrócić do swojego kraju. Był Jukka – Fin mieszkający w Oslo, który był spłukany z kasy i codziennie walczył ze swoją ambasadą żeby kupiła mu bilet do domu, no i co najśmieszniejsze zgodzili się na to ale czekali na ceny promocyjne, lub jakiś czarter. Jukka powoli wysprzedawał swoje rzeczy, a kasę przeznaczał na piwo i whisky. Był Klaus – 48letni Niemiec z Frankfurtu, którego przyjaciel miał wypadek w Malezji, czekał na niego aż dojdzie do siebie, a że również był bez kasy, spał na ławeczce przy hotelu. Nie pił piwa, tylko spijał resztki po wieczornych imprezach. John – szkot, stary punkowiec, który pożerał wszystkie nielegalne środki kilogramami. Hassan – Tunezyjczyk który mieszkał tu od 3 tygodni robił jakieś szemrane interesy, a że jego ojciec studiował w Polsce znał podstawowe słowa typu kiełbasa, Kocham Cię, nie mam pieniędzy, daj mi buzi, no i oczywiście jak wszyscy z tego towarzystwa K****a. To słowo chyba jest symbolem Polski, szkoda:( poza tym przewijały się tam najróżniejsze postacie, których historia życia była gotowym scenariuszem na film.

W takim oto towarzystwie przyszło mi mieszkać i spędzać czas, ale w takim towarzystwie czułem się naprawdę dobrze. Sam już jestem trochę spłukany, więc odkurzyłem moją harmonijkę i wieczorami chodziłem grać. Pieniądz może to nie był wielki, bańki dawały by godziwy zarobek, ale zawszę starczało na dobre jedzenie i kilka Changów wieczorem.

Któregoś dnia pojawił się Polak Marek. Chłop 57 lat, łysy jak kolano i z bejsbolówką POLSKA na łbie. Od razu podszedłem do niego z dystansem, ale koniec, końców okazał się fajnym kolesiem. Podróżował po Azji, ni w ząb nie znając języka, pomogłem mu w kilku sprawach, a on odwdzięczył się piwkiem i miłą rozmową. Jedyna rzecz która mi nie pasowała ,to to, że przyjechał tu w celach seksualnych i gadał o tym bez przerwy. Cóż, ja uważam, że po co za coś płacić jeżeli można mieć to za darmo, a szczególnie tutaj :) A może jak będę miał 57 lat będę na to patrzył inaczej, oby nie!!!!

Tak powoli mijał czas, że aż zatraciłem rachubę. Byłem już w Bangkoku chyba z 5 razy, popstrykałem go całego, więc w dzień bujałem się bez celu, rozkoszując się atmosferą miast, a wieczorami imprezowałem. A co na Khosan Road? Po staremu, kafejki, knajpy, stragany, rewia mody dredy, tatuaże, kolczyki, tak że z moimi dredzikami wtapiałem się w tłum, bez żadnych polskich przycinek typu patrz jak on wygląda pewnie narkoman, sodomita lub dzieciobójca. Nawet z perspektywy kilku tysięcy kilometrów Polska budzi we mnie odrazę i niepohamowaną ochotę do puszczenia pawia. A szkoda, bo to piękny kraj.

W końcu, w przypływie silnej woli kupiłem bilet do Siem Rap za 300B i któregoś ranka uciekłem. Ale wiem że tu wrócę, znowu miasto przywita mnie gwarem i muzyką, a ja znowu w nim zatonę. Ale teraz Kambodża!!!! Już się cieszę!!!!

wtorek, 1 lutego 2011

Azja gdzieś tam

Przepraszam, trochę się zawiesiłem, ale jak się odwieszę, zaraz coś napiszę. Ta część Azji wciągnęła mnie tak, że aż ciężko się wyciągnąć:)))

środa, 26 stycznia 2011

Kalkuta po raz drugi.


23 godziny w pociągu, tak, początkowo mnie to przerażało, ale z drugiej strony, miałem miejsce leżące, na samej górze. Zawsze mogłem tę podróż przespać nadrabiając braki snu. W moim „przedziale” jechało pięciu mieszkańców Bangladeszu oraz jeden wojskowy służący w Kaszmirze. Współpodróżni okazali się miłymi kompanami do rozmowy, szczególnie porucznik Muzar, który właśnie jechał do rodziny w Kalkucie. Opowiadał dużo o jego misjach, a był w Kongo, Afganistanie, Iraku i w innych miejscach ogarniętych wojną. Muzar, jako „prawdziwy” muzułmanin miał ze sobą litrową flaszeczkę Ginu z której popijaliśmy w trakcie jego opowieści. Podobał mi się jego stosunek do Indii, a raczej Hindusów. Jego zdaniem 80% jego ziomków to ściemniacze i oszuści, nie mogłem się z nim nie zgodzić. I tak rozmowa się toczyła, ja mówiłem o podróżach on o służbie, a panowie z Bangladeszu opowiadali o swoim kraju, czas płynął, butelka Ginu krążyła i nawet nie spostrzegłem jak minął cały dzień podróży. Po zmroku zaległem na mojej pryczy, a gdy przyszedł ranek byliśmy na miejscu. Pożegnałem się z wszystkimi i przez budzące się miasto ruszyłem do mojego starego hotelu. Tym razem nie dostałem osobnego pokoju ale łóżko w dormitorium za 80Rp. Nawet mi to pasowało bo zawsze jest możliwość spotkania nowych ludzi. Pokój był w 90% zajęty przez mieszkańców kraju kwitnącej wiśni. W latach 40tych armia japońska zdobyła większą część Azji, ale zatrzymana została gdzieś w Birmie i nie dotarła do Indii. Teraz udało się to młodym Japończykom, z tym ,że jest to najazd w 100% pokojowy. Młodzi turyści z tego kraju są bardzo mili, ale strasznie skrępowani i zamknięci w sobie, jednakże wystarczy dobry joint, odrobina alkoholu i wszystkie bariery pękają. Polubiłem ich bardzo.

W Kalkucie miałem spędzić 4 dni czekając na lot do Bangkoku. Czas mijał szybko, na zwiedzaniu, jedzeniu i pogaduszkach. Po prawie dwóch miesiącach w Indiach, przywykłem do brudu i smrodu, nie przeszkadza mi on tak bardzo jak na początku podróży. Nie przeszkadzają mi też żebrzący, może dlatego że nauczyłem się z nimi postępować. Wystarczy zdecydowane fuck off, lub przywalenie z liścia i już nikt ode mnie nie chce żadnych pieniędzy. Stałem się chyba postrachem hotelowej dzielnicy, bo po dwóch dniach nawet nikt do mnie nie podchodził z prośbą o jałmużnę.

Wreszcie zrobiło się ciepło, mogłem założyć krótkie spodnie i sandały. Ale wiem że prawdziwe upały czekają mnie dopiero w Tajlandii i Malezji. Cóż, zima nawet tutaj pokazuje swoje chłodne oblicze.

Kalkuta zdecydowanie mi odpowiadała. Oczywiście na ulicach było sporo bezdomnych mieszkających w namiotach zbudowanych z jakiś starych płacht reklamowych, lub leżących pokotem na chodnikach, ale będąc w Paryżu, taki obrazki też widywałem. Jedynie w nocy trzeba uważać żeby komuś na głowę nie nadepnąć.

Miasto wciągało mnie powoli i czułem się z tym dobrze. Przeszedłem je piechotą wzdłuż i wszerz. Trochę żal że większość budynków kolonialnych jest w tak kiepskim stanie, bo te odnowione sprawiają naprawdę duże wrażenie.

Jednego dnia wybrałem się do świątyni Kali, poczuć magię miejsca. Zostałem zaraz wyłapany przez jakiegoś pseudo przewodnika, dostałem pęk kwiatów które złożyłem w świątyni, oraz kadzidełka które zapaliłem na pomyślność. A że gotówka przeznaczona na Indie powolutku się kończyła przekazałem krwiożerczej bogini tylko 20 Rp, co spowodowało prawie oburzenie przewodnika który bąknął coś o 1000Rp!!! Powiedziałem że jestem z Polski, a niech myśli sobie o tym kraju co chce, zresztą Polska to chory kraj, chory na gorączkę Smoleńską, a ja przez to nie czuję się Polakiem i wcale się tego nie wstydzę.

Z wszystkich miejsc w Indiach Kalkuta jest najtańsza, łatwo to stwierdzić po cenach filiżanki czaju, wszędzie 5,6 Rp tutaj 3 Rp. A czaj jest dostępny na każdym rogu ulicy, potrafi rozgrzać człowieka, oszukać żołądek i jest dobrym kompanem w zwiedzaniu.

Mogę się już pokusić o subiektywną ocenę kraju. Jeżeli ktoś zaczął swoje podróżowanie od Indii, z pewnością będzie mu się tu podobać. Ale dla mnie to naprawdę nic specjalnego i niczym mnie nie chwyciły za serce. Nawet teraz, z perspektywy czasu uważam że Taj Mahal choć niewątpliwie piękny, jest tylko zwykłym klocem z marmuru ze śmieszną kopułka umieszczonym w środku parku i nie umywa się do na przykład Durbar Squer w Katmandu czy Patanie.

Ale wrócę do Indii na pewno, to wielki różnorodny kraj, a ja, mimo że przemierzyłem kilka tysięcy km, widziałem zaledwie ułamek tego co może zaoferować turyście i żeby poznać go dokładnie, na pewno nie wystarczą 2 miesiące.

sobota, 22 stycznia 2011

Deli



Pociąg z Agry doturlał się wreszcie do Deli, niestety nie do głównego dworca New Deli, gdzie jest główne zagłębie hotelowe, tylko na południowy dworzec Nizamuddin. Minęło trochę czasu zanim zorientowałem mapę i zorientowałem się sam, gdzie się znajduje. W tym czasie odprawiłem z setkę kierowców ryksz którzy za 50, 70Rp byli gotowi zabrać mnie do centrum. Komunikacja miejska w Deli jest dobrze rozwinięta więc popytałem na dworcu o autobus i za 15Rp dojechałem pod dworzec kolejowy w New Deli. Przede mną kolejne wyzwanie znalezienia noclegu.

Wszyscy naganiacze hotelowi śmiali się ze mnie gdy mówiłem że szukam noclegu do 200Rp, mówiąc, że to stolica i ceny hoteli zaczynają się od 350Rp. Wiedziałem że to nieprawda i ruszyłem na poszukiwania. W końcu w jednej z małych bocznych uliczek znalazłem zakwaterowanie w obskurnej norze hotelu Shiva, gdzie po długich negocjacjach dostałem pokój za 180Rp plus Vat co dało 200Rp. I co można? Miałem własny pokój, telewizor i o dziwo nie miałem dodatkowych mieszkańców w postaci pcheł i wszy. Jeszcze nie znalazłem noclegu w Indiach w którym chociaż prześcieradło było czyste i oczywiście tak było i tym razem. No cóż taki urok tego kraju.

W Deli miałem do załatwienia przede wszytkim wizę do Tajlandii. Wybrałem się więc pierwszego dnia do Ambasady, gdzie okazało się że obsługą wizową zajmuje się prywatna firma na Tołstoj street, w budynku o tej samej nazwie co ulica. Szkoda że tych informacji nie było w przewodniku, bo oszczędził bym sobie długiego spaceru, ale z drugiej strony, przechodząc koło budynków rządowych oraz Indyjskiego Łuku Triumfalnego czyli India Gate załapałem się na próby do defilady z okazji dnia niepodległości, który przypada na 26 stycznia. Były czołgi, armaty, wyrzutnie, helikoptery,konnica i tego typu sprawy które lubią duzi chłopcy:)

Straciłem jeden dzień, ale to nic, poczułem się nad wyraz dobrze w stolicy. Część rządowa miasta jest zielona, pełna parków, a ulice szerokie, niezakorkowane, gdzie kierowcy nie używają aż tak często klaksonów, które w wąskich uliczkach razem z gwarem ludzi i hałasem aut,rykszy i autobusów, tworzą nieznośną kakofonię dźwięków.

Wybrałem się następnego dnia po wizę, obsługa była miła kompetentna i szybka. Okazało się że wiz jest darmowa, jedynie trzeba było uiścić 294Rp za tą miłą obsługę , ale to i tak lepiej niż 30$, które za wizę płaciłem 3 lata temu. Po odbiór miałem się zgłosić po 2 dniach.

Wiedząc co i jak i kiedy postanowiłem zawczasu kupić bilet do Kalkuty. Lecz bez paszportu okazało się to rzeczą niełatwą i dopiero po interwencji kierowniczki kasy dla obcokrajowców dostałem upragniony papierek. Wyjazd w niedzielę o 7.10 rano, a na miejscu w poniedziałek 6.00. Tak, 23 godziny w pociągu, chyba jedna z moich najdłuższych podróży pociągiem w życiu.

Kolejne dni mijały mi na dalszej eksploracji miasta, błąkałem się więc po uliczkach starego Deli, raz na jakiś czas odwiedzając meczet to hinduską świątynie czy przysiadając na czaju. Wieczorami odganiałem się od dilerów, sprzedawców, żebraków i innej maści naciągaczy.

Powoli niestety zaczyna brakować mi gotówki, więc darowałem sobie muzea, oraz Red Fort, którego jedynie obfotografowałem ze wszystkich stron. Wkurza mnie trochę że są tu dwie ceny dla Hindusów i dla nas, turystów. I tak wejście do Fortu kosztuje 20Rp, ale dla nas białasów już 250Rp, no i tak ze wszystkim. Fakt że to tylko 5€ ale gdy mój dzienny budżet wynosi 6-8€ ta kwota staje się gigantyczna.

Mimo wszystko spędziłem kilka miłych dni w stolicy, w której jest jakby czyściej i schludniej. Może to zasługa dużej ilości darmowych miejskich toalet, a może to to że ryksze i autobusy napędzane są gazem ziemnym i nie smrodzą aż tak, a może to przez święte krowy których naliczyłem tylko kilka, przez co znika problem gór łajna na ulicach, a może to po prostu ludzie, którzy mają tu inną kulturę życia W końcu jak mówią słowa piosenki – wiadoma rzecz stolica.

niedziela, 16 stycznia 2011

Agra, perła na kupie łajna.

Cały czas, będąc w Indiach, czuje się trochę jak by w tym kraju była wojna domowa. Oprócz policji na ulicach jest dużo wojska, wszędzie kontrole, zablokowane ulice, wykrywacze metalu. Parę tygodni przed moim przybyciem ktoś się wysadził w Varanasi, biorąc ze sobą do nieba kilku nieszczęśników. Dodatkowo 26 stycznia jest dzień republiki i pewnie dlatego wszystkie te militarne szopki.

Pożegnałem się z Alexem który jechał do Bombaju, ja ruszyłem nocnym pociągiem do Agry-260Rp. W pociągu spotkałem dwójkę Polaków, których odczucia, co do tego kraju, po ich kilku tygodniach podróżowania, nie różniły się wiele od moich.

Hotel znalazłem zaraz przy południowej bramie Taj Mahal (India Inn - 150RP), po obejściu kilku rekomendowanych przez przewodnik. Sprawdza się teoria, że jeśli hotel pojawi się w Lonely Planet, ceny wzrastają nieraz dwukrotnie.

Plan był taki, żeby zobaczyć Taj Mahal przy wschodzie słońca, ale jak zasięgnąłem języka, i widziałem na własne oczy, poranne słońce nie może się przebić przez zachmurzone niebo. Poczekałem do południa kiedy się rozjaśniło i ruszyłem na zwiedzanie. Wejście od południowej bramy było najmniej oblegane, zakupiłem więc bilet za astronomiczną cenę 750Rp, która była wyższa niż mój budżet na cały dzień, dostałem „szpitalne” czerwone nakładki na buty i w drogę.

Taj robi naprawdę wrażenie, olbrzymia budowla z białego marmuru, nad brzegiem rzeki, wokoło pięknie utrzymany park, a mury i dwa meczety ceglanego koloru dopełniają wizerunek jednego z cudów świata.

To budowla z XVIIw nie jest zamkiem, ani fortem to budowla hołd, wzniesiona dla drugiej żony króla Sahah Jahana, Mumatz Mahal, która zmarła wydając mu na świat 14tego dzieciaka. Nie wiem, czy to ona akurat urodziła mu wszystkich potomków, ale tak czy inaczej chłop spust miał niezły. W owym czasie Sahah Jahan był największym pracodawcą w rejonie, przy budowie pracowało 20 000 pracowników, a ich dzieło jest naprawdę imponujące. Jeżeli jednak ktoś szuka obrazów, rzeźb, jakiś zapomnianych korytarzy czy czegoś magicznego, znalazł się w złym miejscu. Ta budowla jest kamienna, surowa i jedynie piękne rzeźbienia w marmurowych ścianach krypty powodują że Taj nie jest zwykłym kamiennym klockiem.Po godzinie zwiedzania, i próbowania zrobienia zdjęć bez głowy jakiegoś turysty, opuściłem ten majestatyczny dowód miłości do utraconej żony, poszedłem zwiedzać miasto. Ale jak szybko zacząłem tak szybko skończyłem. Agra jest tłoczna, zakorkowana, głośna i chaotyczna . Podobno godny jest zobaczenia, ukryty za wysokimi murami, Fort – 250Rp, ja zostawiłem sobie zwiedzanie takiej militarnej budowli na Deli.

Nie było żadnego sensu zostawania dłużej w mieście. Rano udałem się na dworzec, zakupiłem bilet do stolicy(62Rp), wpiłem się do przeładowanego pociągu, cudem znalazłem wolne miejsce na półce z bagażami i po 3 i pół godzinie dotarłem do celu. Podróż pociągiem na półce z bagażami nie należała do łatwych, ale sprawiała mi jakieś dziwną masochistyczną przyjemność. Bo ja ogólnie bardzo lubię pociągi nawet te indyjskie:)))